Rozdział 24 'Wschód słońca' cz. 2

 Znów wyciągnął rękę, którą pochwyciłam bez zawahania. Uśmiechnął się do mnie. Jakby myślał, że ma nade mną kontrolę. Przewróciłam oczami, a on prowadził nas przed siebie. Na szczęście, ziemia nie była zbyt kamienista. Szliśmy tak około pięciu minut. Otaczały nas gęste drzewa, aż ciężko było cokolwiek dojrzeć.
 W końcu doszliśmy na skraj. Przed nami rozpościerała się duża polana. Ależ tu było pięknie, nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego.

  Polana była idealnym okręgiem, no i raczej nie wyszła spod ręki człowieka. Niebo miało kolor atramentu i było pokryte gwiazdami. Księżyc wisiał nad nami. Kiedy nabrałam powietrza do płuc poczułam zapach i smak, usłyszałam muzykę, magiczne połączenie z tym miejscem. Rzadko rozłożone, wysokie drzewa dawały mi możliwość zauważenia potoku, który płynął obok polany. Trawa była bujna, gęsta jak dywan.
 Wszystko to skąpane w świetle naturalnego satelity Ziemi.
 - Łaaał, to wspaniałe – wyjąkałam zdumiona.
 - Tak, pięknie tu – potwierdził. Byłam cicho, kiedy pochłaniałam ten cudowny widok.. - Usiądziemy?
 - Jasne – mruknęłam. Nadal trzymając mnie za rękę, poprowadził nas do podnóża największego drzewa, które górowało nad wszystkimi innymi i wydawało się stare, jak sam czas. Spojrzałam na jego korzenie – niektóre pędy owinęły się na szczycie innych. Miejsce, w którym Arty chciał usiąść tworzyło sploty, które wyglądały jak siedzisko, i w sam raz zmieścilibyśmy się tutaj we dwoje.
 Artemis pozwolił mi usiąść i sam klapnął obok mnie.
 - Przytulnie tu, prawda? - Zapytał z uśmiechem.
 - Troszkę – przewróciłam oczami – Więc... Sprowadzasz tutaj wszystkie swoje dziewczyny?
 Na ogół Artemis lubi pięć dziewczyn. Mnie, Minerwę (która może sobie pomarzyć), Shry, która nie byłaby zainteresowana i wyśmiałaby go, gdyby zapytał, Julia umarłaby ze śmiechu, a jego mama najprawdopodobniej nie wyszłaby ze zdumienia.
 Myślałam, że się zarumieni, albo chociaż zająknie. Ale nie! Jak zwykle pozostał niewzruszony, w dodatku zachichotał!
 - Nie ma żadnych „dziewczyn”. Jesteś pierwszą osobą, którą tu ze sobą zabrałem.
 Łał. Jestem pierwsza. To znaczy bardziej Holinda niż ja. Rzeczywiście musiałam baaardzo go zainteresować. A raczej mój dzisiejszy wygląd go oczarował.
 - Serio? - Zapytałam, a on potaknął głową, z dziwnym spojrzeniem. Zadecydowałam, że nie będę nad tym rozmyślać. Przynajmniej nie teraz.
 - Więc dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - zażądałam wyjaśnienia.
 - Chciałbym Cię lepiej poznać po prostu – wzruszył ramionami – Potrafiłabyś ze szczerością przyznać, że nie masz do mnie żadnych pytań? Nie chcesz nic więcej o mnie wiedzieć?
 - Okej, masz racje – przyznałam niechętnie – Więc... W jaki sposób chcesz się dowiedzieć więcej na mój temat?
 - Prosta gra.
 Chyba się przesłyszałam.
 - Gra? Co masz na myśli? - Zapytałam ponownie, unosząc brwi.
 Może i to zabrzmiało podejrzanie, ale każdy wie, że Arty nie gra w gry, chyba że: a) wygra, b) ktoś pomoże mu wygrać.
 - Jeśli odpowiesz szczerze na moje pytanie, ja zrobię to samo. Będziemy to ciągnąć, dopóki któremuś z nas nie zabraknie pytania.
 Brzmiało sensownie i fair... I zabawnie. No i jeszcze lepiej poznam Artiego.
 - Okej – zgodziłam się – Kto zaczyna?
 - Panie pierwsze – odparł.
 Grr, to było oczywiste, że pozwoli mi zacząć. O co by tu zapytać? Niby dał mi pierwszeństwo, ale wciąż nade mną górował. Znowu sobie ze mną pogrywał, uwielbiał to robić.
 - Dobra, daj mi chwilkę.
 - Nie śpiesz się – jego uśmieszek rozpraszał mnie bardziej niż cokolwiek innego. W końcu go zignorowałam i zaczęłam zastanawiać się nad pytaniem, ale tylko jedna rzecz przychodziła mi do głowy... Ale to nie miało nic wspólnego z Artemisem. Przed oczami ciągle mam twarz Shry, kiedy była okropnie zła i wymieniała z nim spojrzenie. Wiedział o co chodziło i ja też chciałam się dowiedzieć. I nie, nie jestem wścibska. Po prostu martwiłam się o swoją nową przyjaciółkę.
 - Mam coś, ale pytanie nie tyczy Ciebie – ostrzegłam go.
 Artemis uniósł brew, ciągle na mnie patrząc. Po chwili zamachnął na mnie ręką, abym kontynuowała.
 - Co sprawiło, że Shry tak wściekła się na Emorego?
 Chłopak zachmurzył się na chwilę. Ale nie przez to, że zadałam te pytanie, to była raczej reakcja na to, co musi mi powiedzieć. I cokolwiek to było musiało należeć do najnieprzyjemniejszych rzeczy.
 - Żeby to zrozumieć musiałabyś poznać historię Shry – zaczął, a ja tylko skinęłam głową, dając znak, aby mówił dalej.
 - Pochodzi z ciężkiej rodziny. Wyglądali na perfekcyjnych, ale oczywiście nie ma nic idealnego. Nic takiego nie istnieje. Tak czy siak, jej ojciec był miliarderem, który na całe nieszczęście był również alkoholikiem. A kiedy wypił stawał się agresywny – powiedział, a ja poczułam, jak moje serce się kraja. Nie sądziłam, że Shry przeszła tak wiele. Gdzie ona widziała dobro? Gdzie znalazła siłę, aby być tak miłą i dobrą?
 - Bił ją i jej matkę, której była aniołkiem. Trzymały się razem, ale rodzicielka nie chciała opuszczać męża. Miała nadzieję, że się zmieni, poza tym zbyt mocno go kochała. Shry opatrywała rany swojej mamie, dlatego też jest teraz taka opiekuńcza. I podczas tych wszystkich zdarzeń uczyła się i planowała, jak stamtąd uciec. Była geniuszem, w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Pracowała bardzo ciężka, była najlepsza w klasie. Jej ojciec chciał, aby poszła w jego ślady, ale ona nie była ani trochę taka jak on. Więc zrobiła kurs na sprzedawcę i otworzyła swój własny sklep. Swoją drogą, przeżycia z dzieciństwa dały natchnienie do nazwy sklepu.
 Czułam, że zaraz się rozbeczę, jednak powstrzymałam łzy i starałam się uspokoić. Nie mówiłam nic jeszcze przez chwilę, chcąc mieć pewność, że mój głos nie będzie się trząsł.
 - To dlatego nie piła.. - Więc to ukrywała, i to było tym, czego nie chciała mi powiedzieć.
 - Tak, łatwo popaść w alkoholizm. A ona nie chce ryzykować nawet w najmniejszym stopniu, że stanie się taka jak ojciec. Nigdy nic nie wypiła i nie zamierza.
 - Dziękuję, że mi powiedziałeś – słabo się uśmiechnęłam, aby ukryć przed nim to, co naprawdę czułam – Twoja kolej.
 - Jaki jest Twój ulubiony kolor? - Zapytał.
 - Co?
 - Chciałbym Cię poznać. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
 - No dobra – odpowiedziałam przewracając oczami – Zielony.
 - Naprawdę? - Spytał ponownie z błyskiem w oku. - Dlaczego?
 - Jest piękny. To kolor roślin, generalnie kojarzy się z naturą i...
 - I kolor Twoich oczu – przerwał mi.
 - Moich oczu, właśnie – powtórzyłam za nim, próbując w ogóle na niego nie patrzeć. W końcu się przełamałam. Patrzył na mnie radosnym wzrokiem.
 - Moja kolej?
 - Pewnie – skinął głową, wciąż patrząc na nie w ten sposób.
 - Jeśli mowa o oczach – zaczęłam – Twoje zawsze były innego koloru?
 - Nie – odpowiedział zamyślony, jakby przypominał sobie naszą podróż i wszystko to, co działo się dalej – Były takie same, zmieniły się dwa lata temu.
 - Teraz Ty – powiedziałam.
 - Ulubiony muzyk?
 Kiedy zawiał na nas chłodny wiatr przysunął się do mnie trochę bliżej.
 - Jest ich zbyt wielu i nie potrafię wybrać. Słucham praktycznie wszystkiego – wzruszyłam ramionami.
 To prawda. Kocham wszystkie gatunki muzyki. Jak większość elfów. Jesteśmy bardzo emocjonalną rasą i lubimy wiele rodzajów.
 - Hm, dobra zasada – uśmiechnął się do mnie, tak jak robił to kiedyś.
 - Nie, to nie żadna zasada, lol!
 - Lol? - Zapytał zaciekawiony – LOL?
 - Tak.. To kolokwializm... Coś w stylu „bardzo śmieszne”.
 - No tak, jasne – odparł. I nie trzeba być geniuszem, żeby widzieć, że nie zrozumiał.. - Twoja kolej.
 - Co to za wysoki facet, z którym byłeś wcześniej? - Taaak, musiałam zapytać o Butlera. W końcu sama Holinda nie miała pojęcia, kim on właściwie może być. Musiał być obiektem zainteresowania.  Dlatego zadałam to pytanie.
 - Butler. Jest moim ochroniarzem odkąd tylko się urodziłem. No i od tamtego czasu również najlepszym przyjacielem.
 - To bardzo miłe. Fajnie mieć kogoś tak bliskiego.
 Artemis uśmiechnął się, a na jego białych zębach odbiło się światło księżyca.
 - Tylko czasami jest... Przewrażliwiony na moim punkcie.
 - Na pewno – odpowiedziałam, również szczerząc zęby. Pomyślałam o wszystkich naszych wspólnych przygodach – Jak sądzisz, co teraz chodzi mu po głowie.
 - Nawet nie chcę wiedzieć – zachichotał, a ja poszłam w jego ślady.
 - Twoja kolej – powiedziałam po chwili.
 - Oczywiście... Pamiętasz kiedy nazwałeś Minerwę złą czarownicą z zachodu? - Zapytał.
 - Jasne, że pamiętam – znowu się zaśmiałam. Ona naprawdę jest czarownicą! Nietrudno wyobrazić sobie ją jako złą, manipulującą innymi osobę. O wiele ciężej gdyby miała być kimś miłym...
 - Do kogo z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” byś mnie porównała?
 Podrapałam się po podbródku. Widziałam ten film tylko raz, kiedy Juliusz nam go włączył. Jeśli dobrze pamiętałam, to były tam tylko trzy lub cztery męskie, odgrywające ważniejszą rolę postacie.  Strach na wróble, Tchórzliwy Lew, Blaszany Drwal i Oz.
 - Na pewno nie strach na wróble – zastanowiłam się – myślę, że jednak masz mózg.
 - Mam taką nadzieję – zachichotał, a ja rzuciłam w niego maliną – kontynuuj – uśmiechnął się.
 To będzie ciężkie. Muszę kierować się tylko tym, co wie o nim Holinda.
 - Nie jesteś również lwem. Nie wydaje mi się, że brak Ci odwagi.
 - Skąd to wiesz? - Dociekał, robiąc wielkie oczy, tak jakbym właśnie popełniła błąd oceniając go. I gdybym go nie znała to pewnie by mnie przekonał.
 - Ocaliłeś dziewczynę z łap faceta-potwora. Później z nią rozmawiałeś, nawet gdyby chciała Cię pobić, albo coś.
 - Nigdy nie pomyślałem o tym, że mogłabyś mi coś zrobić – powiedział z pewnością.
 - Dzięki, staram się być miła. Ale wracając do mojego wyboru...
 - Właśnie... - Westchnął.
 - Blaszany Drwal również odpada.
 Gdyby Ogierek pobrał ten film ponownie, znów moglibyśmy się z tego pośmiać.
 - Och, naprawdę?
 - Oczywiście! Masz tam serce, nawet jeśli myślisz, że tak nie jest.
 Pod nosem wymamrotał coś, czego nie zrozumiałam. Ale nie miałam zamiaru pytać, o co chodziło.
 - Gdybyś go nie miał nie ocaliłbyś dziewczyny, której nie znasz. Nie zatańczyłbyś z nią, i nie wziąłbyś jej do tak specjalnego miejsca jak to, tylko po to, żeby z nią pogadać – zapewniłam go - Ktoś taki nie mógłby w ogóle żyć. No więc? Nie brzmi, jak Ty?
 - Raczej nie – odpowiedział – Są rzeczy, których o mnie nie wiesz.
 Oj, oj mój drogi, i tutaj się mylisz.
 - Artemisie są rzeczy, których nikt nigdy nie będzie o Tobie wiedział. Wszyscy tacy są. I wcale nie jesteś bez serca.
 - Dobrze więc – powiedział, wydawało mi się, że jest trochę weselszy. I oby tak było. Nienawidzę, kiedy jest smutny. - No więc? Kim jestem?
 Znowu zachichotałam na myśl o tym, kim mógłby być.
 - Oz, Toto i szef latających małp.
 - Wspaniały wybór! - Odparł baaardzo sarkastycznym tonem. - No taaak, kto nie chciałby być porównanym do psa lub latającej małpy?
 - Powstrzymałam chęć poprawienia go, że to był szef, a nie zwykła małpa...
 - Nic się nie martw – przestrzegłam go – Nie jesteś ani jednym, ani drugim.
 - Oz? - Zapytał z niedowierzaniem. - Podaj mi jakieś argumenty.
 - No więc... - Zaczęłam. - To zwykły facet, ukryty pod warstwami inteligencji, mądrości, obaw i pewności. Ma sekret, o którym nie może nikomu powiedzieć, ale chciałby, aby ktoś w końcu go odkrył. Daje innym rzeczy, dzięki którym Ci lepiej się czują. Aah, no i lubi mieć władzę, nie żeby coś – skończyłam, puszczając mu oczko.

c.d.n.

Rozdział 24 'Wschód słońca' cz. 1

 Cóż mogę Wam powiedzieć.. CZEŚĆ:)
Myślę, że powoli z tym będę jechać.. Powoli, ale systematycznie, może nie dziennie, bo czasem po prostu nic mi się nie chce, nawet siedzieć przy laptopie. W wolnym czasie w pracy będę coś tłumaczyć.. Po statystykach widzę, że tu jeszcze jesteście i czekacie wytrwale, na kolejną część.. Dziękuję Wam. Bez Was nie byłoby tego bloga i nic by mnie na nowo nie zmotywowało.. Jeszcze jedno - musicie mi wybaczyć, jestem osobą ze słomianym zapałem, trzeba mnie gonić do tego, abym nie przestawała.. I jeszcze znowu... Teraz części jednego rozdziału będzie trochę więcej, w oryginale są one bardzo obszerne, tutaj jedna część ma trzy strony w open'ie, za to Was muszę przeprosić, ale takie długie części strasznie mnie potem zniechęcały i nie potrafiłam się za to zabrać. Pozdrawiam Was gorąco i zapraszam:) (w konću, o Jezu!)


  O matko! Właśnie zgodziłam się na to, aby Artemis odwiózł mnie do domu. Żebym tylko znowu nie żałowała swojej głupoty..
 - Hej, zabierz ze sobą to – powiedziała Shry, podając mi swoją wizytówkę. Na czarnym papierze widniały informacje na temat jej sklepu, z koli na białym odwrocie precyzyjnym pismem zapisane były cztery numery – Nie zgub, w razie czego jesteśmy w kontakcie. Pierwszy to domowy, drugi komórkowy, trzeci prywatny i ostatni to kontakt do Mackenzie.
 - Dzięki – wyszczerzyłam zęby – Odezwę się do Ciebie później.
 - Mam nadzieję – odburknęła, jakby naprawdę się o mnie bała.
 - Do zobaczenia w hotelu – Julia pożegnała się z nami, mrugając znacząco.
 Artemis chyba zdawał sobie sprawę, że zaraz zacznę znowu nadawać i zanim otworzyłam usta, przerwał mi:
 - To jak? - Zapytał, wyciągając w moją stronę dłoń.
 To była moja ostatnia szansa, aby mu odmówić. Jakaś malutka część mnie nie chciała opuszczać tego miejsca, ale chęć wyjścia razem z nim przejęła nade mną kontrolę. Nie odzywałam się ani słowem po chwyceniu jego ręki i ruszeniu do drzwi.
 Kiedy w końcu dotarliśmy do przejścia prowadzącego do holu odwróciłam się i rozejrzałam ostatni raz. Zorza polarna. Niestety teraz widać było tylko wizualizację światła, która wyglądała jak to zjawisko.
 - Na pewno chcesz wyjść? - Spytał mnie ponownie.
 - Jasne – uśmiechnęłam się – Chodźmy.
 Artemis pchnął ciężkie drzwi i przepuścił mnie przodem. Te zamknęły się z ogromnym hukiem. Dziwne wrażenie. Jakbym nagle przeniosła się do innego świata – razem z zatrzaśnięciem odeszły wszystkie dźwięki, nie słyszałam nic. Jakby nurkowanie pod wodą, wrażenie pływaka wskakującego do wody.
 Nieważne. Teraz się zacznie. Sama tego chciałam. Jeśli będę cierpieć to tylko i wyłącznie z własnej winy. Artemis otworzył kolejne drzwi i wyszliśmy, a ja pozostawiłam wszystkie moje rozmyślania i wątpliwości za sobą w tyle.
 Adonis pojawił się przy przejściu.
 - Do zobaczenia Holindo, do widzenia panie Fowl.
 - Artemisie, jeśli mogę prosić.
 Strasznie zaskoczył mnie tym, co właśnie powiedział... Był taki miły. Normalnie przecież ucieszyłby się, że nie został znieważony. Zdumiewał mnie chyba po raz tysięczny tego wieczoru..
 - Dobrze Artemisie – Adonis wzruszył tylko ramionami – Holindo... Mam randkę ze Shry.
 Chyba myślał, że będę tym przejęta lub zdumiona... Ale przecież każdy, kto posiadał mózg i oczy mógłby to przewidzieć.
 - Lepiej, żeby wróciła cała i zdrowa..
 Albo mi się wydawało, albo jego ciało ciut zadrżało.
 - Możesz mi zaufać. Nie skrzywdzę jej.
 - Dobrze... Przynajmniej jest stąd.
 - Tak, to bardzo dobrze się składa
 Artemis nic nie mówił, stał w ciszy i czekał na mnie.
 - Musimy iść – powiedziałam do Adonisa.
 - Pewnie, nie będę zbierał Ci więcej czasu – odpowiedział i zerknął na Artemisa – Uważaj na siebie.
 Nie ufał Artiemu. I nie żebym go za to winiła. Jeśli bym go nie znała i spotkalibyśmy się w ciemnej uliczce bez zastanawiania się skręciłabym, wybierając inną ścieżkę. Żartuję, znając mnie pewnie przeszłabym obok niego dumnie, niczego się nie obawiając. Ale wiecie o chodzi, większość by zwiała.
 Odwróciliśmy się i już chcieliśmy ruszyć, kiedy Adonis ponownie się odezwał:
 - Artemisie, lepiej trakuj ją dobrze.
 Łał, to było wzruszajace. Czy na serio wszyscy myślą, że nie będę w stanie poradzić sobie sama? Może to przez te włosy... Pewnie dodają kilka punktów do karty „DAMA W OPAŁACH”.
 - Nigdy nie zrobiłbym jej nic złego – zapewnił go Artemis.
 Coś w jego twarzy musiało przekonać Adonisa, który skinął głową i odrzekł:
 - Dobrej nocy.
 Pożyczyliśmy mu tego samego i odeszliśmy. Artemis poprowadził mnie na sam środek parkingu.  Jedynym dźwiękiem, jaki dało się słyszeć był stukot moich obcasów.
 - To tutaj – powiedział.
 Oczekiwałam, że pewnie przyjechał tutaj swoim czarnym Lexusem, ale po raz kolejny musiał mnie zaskoczyć i kliknięciem odblokował zamki w czerwonym Ashton Martinie. Wow, Arty w czerwonym samochodzie. Kiedyś przypięłam mu łatkę: „jeździ tylko czarnymi i eleganckimi samochodami”.
Arty otworzył przede mną drzwi pasażera i przytrzymywał je, kiedy gramoliłam się do środka. Siedzenie było ciepłe, pokryte szarym welurowym materiałem. Dzięki Bogu, że to nie była skóra... W innym wypadku musiałabym wysiąść i iść do hotelu na pieszo. I tak szczerze wątpiłam, że Arty sam jeździłby samochodem, przy którego produkcji zginęło zwierzę.
 Delikatnie zatrzasnął moje drzwi i sam wsiadł do auta. Zablokował drzwi. Po chwili wepchnął srebrne kluczyki do stacyjki i je przekręcił, tym samym włączając silnik.
 - No cóż, to miła niespodzianka – skomentowałam.
 - Co masz na myśli? - Spytał i poprawił lusterko tak, aby mieć lepszą widoczność.
 - Spodziewałam się, że to będzie jakiś czarny wóz, z jakimś luksusowym skórzanym obiciem.
 Ku mojemu zdziwieniu zachichotał:
 - Taaak, wyglądam na takiego, prawda? Ale nie przepadam za skórę.. Jak to ekolodzy mają do siebie.
 - To tak jak ja.
 Zaśmiałam się na widok jego wyrazu twarzy.
 - Dobrze wiedzieć – odpowiedział, po czym wrzucił wsteczny i zaczął wycofywać – Więc jak bardzo chcesz wrócić do domu?
 - Zależy – pokonałam go jego własną bronią, wyszczerzyłam zęby.
 - Od czego? - Zażądał wyjaśnień i zmarszczył brwi... W bardzo atrakcyjny sposób. NIE. Nie mogę o tym myśleć.
 - Od tego, co Ty masz na myśli, oczywiście.
 Holly poszłaby za nim wszędzie. Ale teraz jestem Holindą. Holinda musi mieć trochę zahamowań.
 - Znam miejsce, w którym moglibyśmy zobaczyć wschód słońca.
 - Więc pytasz mnie, czy nie chciałabym się z Tobą tam wybrać? - Zapytałam, spoglądając przez przednią szybę. Nie mogłam na niego patrzeć. Po prostu nie.
 - Owszem. - Potaknął, lekko się uśmiechając. Na jego policzku wykwitł rumieniec.
 - Dobrze wiedzieć. Zgadzam się – potwierdziłam, sama się rumieniąc – Ale chyba nie masz nic przeciwko, jeśli zapytam, gdzie to jest dokładnie.
 - Oczywiście, że nie.
 - No to może odpowiedz – dociekałam, przez tą jedną chwilę było jak zawsze.
 - Zrobiłem to – uniósł kąciki ust, nie odwracając wzroku od samochodu przed nami.
 - GDZIE JEDZIEMY? - Byłam prawie obrażona, co za skończony głupek!
 - Niedaleko stąd – dał wymijającą odpowiedź i wzruszył ramionami.
 W końcu wydostaliśmy się z parkingu. Skręcił za rogiem i pojechaliśmy wprost przed siebie. Zrobił na mnie wrażenie, tym jak jeździł. Myślałam, że nie posiada zbyt wielkich umiejętności w tej dziedzinie... Ciągle zapominam, że on nie jest już dzieckiem... Chłopczykiem, który prawie zwymiotował na statku. Teraz wykonywał naprawdę dobrą robotę. Ale nigdy mu o tym nie wspomnę!
Kontynuowaliśmy jazdę przez kolejne pięć minut, potem wjechaliśmy na łuk, droga prowadziła w dół. Artemis znowu skręcił. W prawo. W PRAWO DO LASU. To było koszmarem każdej dziewczynki. Jak scena z filmu we wszystkich tych horrorach błotniaków, które oglądaliśmy z Wodorostem. Dwóch wjeżdża do środka i nikt nigdy nie jest ocalały. Taka droga bez powrotu. Oczywiście według mnie to jakaś totalna bujda na kółkach. Poza tym, do cholery, byliśmy już w tak niebezpiecznych sytuacjach, że wszyscy zdają sobie sprawę, że i tak byśmy z tego wyszli.
 Artemis zaparkował samochód, urywając moje głupie myśli i przywracając do rzeczywistości.
 - Jesteśmy na miejscu – oznajmił.
 Spojrzałam na niego i uniosłam brew. Nie byłam jakimś snobem, ale... Czy to serio miało być miejsce, do którego Artemis zabiera swoich przyjaciół?
 - Nie tu, tam za drzewami.
 - O. No to wyglądało trochę lepiej.
 Artemis wysiadał właśnie z auta, kiedy zadecydowałam, że nie dam mu wygrać tej gierki.  Otworzyłam drzwi i odpięłam pas, ale nim zdążyłam wyciągnąć nogi już był przy mnie. Nigdy nie był TAK szybki. No cóż, pewnie wyrósł ze swojego głupkowatego i dziecięcego zachowania.
 - Pozwól mi – poprosił i podał mi rękę.
 Przewróciłam oczami, ale chwyciłam jego dłoń. Pomógł mi wysiąść. Pierwsze, co odczułam po opuszczeniu samochodu to temperatura. Spadała. Brr. Owinęłam się rękoma. Chyba porozmawiam sobie z Julią na temat tych krótkich spódniczek w taką pogodę.
 I wtedy uświadomiłam sobie, że zostawiłam swoją kurtkę w klubie na krześle. ŚWIETNIE. Teraz zamarznę na śmierć. I kiedy tak melodramatyzowałam Artemis po prostu wyciągnął czarną marynarkę.
 - Weź – powiedział, próbując mi ją wręczyć.
 - Nie, dzięki – oddałam ją, chociaż nie pragnęłam niczego innego, jak tego okrycia. Pewnie wydawałam się szalona, kiedy odmówiłam, ale sam miał na sobie tylko koszulę i kamizelkę. Nie chciałabym, aby było mu zimno.
 - Trzęsiesz się. Weź marynarkę... Proszę – nie zauważyłam, że naprawdę drgam... Dopóki tego nie powiedział. Pewnie wrażliwość na chłód nie została usunięta przez pierścień. Muszę o tym pogadać z Ogierkiem...
 - Ni-nie – zaszczękałam zębami. Teraz miał stuprocentową pewność, że jest mi zimno. SUPER. (nie żeby przedtem jej nie miał) – Ty też potrzebujesz.
 - Nie, wcale nie – zapewnił mnie – Jestem przyzwyczajony do klimatu, który panuje w Irlandii. Ty z kolei, ani trochę.
 No i oczywiście w ogóle się nie mylił. Przyglądałam się jego twarzy i całemu ciału , poszukując jakichkolwiek oznak, że mu zimno, ale wyglądało na to, że rzeczywiście wcale tak nie było. Nie, żebym mogła temu ufać, bo dobrze wiem, jak Arty potrafi panować nad swoim ciałem.
 Myślałam nad tym chyba z minutę, ale nic innego nie mogłam zrobić.
 - Dz-dzięk-ki – odparłam, wsadzając ręce w marynarkę, którą Artemis przytrzymywał. Kiedy tylko pomógł mi ją nałożyć od razu poczułam ciepło. Oczywiście i tak nadal marzły mi nogi, no ale co takiego mogłam zrobić...
 Dyskretnie powąchałam materiał. Może i brzmi to dziwnie, ale byłam bardzo ciekawa. Ubranie pachniało mężczyzną. Zapach, który mój nos w ułamek sekundy rozpoznał. Woń wody kolońskiej, ciała i czegoś jeszcze... Ale sama nie wiedziałam, co to mogłoby być.
 - Musisz wybaczyć, ale nie mam żadnych spodni, które by na Ciebie pasowały – powiedział przepraszająco.
 - Wszystko okej. Jest w porządku – i naprawdę było. Na całe szczęście przestałam się trząść i mogłam normalnie mówić.
 - Ruszamy? - Zapytał ponownie.
 - Jasne – odpowiedziałam dumnym głosem.
 Znów wyciągnął rękę, którą pochwyciłam bez zawahania. Uśmiechnął się do mnie. Jakby myślał, że ma nade mną kontrolę. Przewróciłam oczami, a on prowadził nas przed siebie. Na szczęście, ziemia nie była zbyt kamienista. Szliśmy tak około pięciu minut. Otaczały nas gęste drzewa, aż ciężko było cokolwiek dojrzeć.
 W końcu doszliśmy na skraj. Przed nami rozpościerała się duża polana. Ależ tu było pięknie, nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego.

c.d.n.

Rozdział 23 'Taniec: Holinda i Artemis' część 3

 - Wow - powiedziała Julia, kiedy Artemis skończył opowiadać.
 Reakcja Julii raczej mnie nie zaskoczyła. Bardziej zdziwiłam się, widząc zachowanie Shry. Ze złością odo kntrolować.wróciła się do Emorego.
 - Wiedziałeś, że Twój brat jest pijany? - Zażądała wyjaśnień.
 Emory uniósł ręce w górę w geście obronnym, ponieważ Shry wyglądała tak, jakby miała go zaraz zaatakować.
 - Przysięgam, że nie miałem o tym pojęcia - jako policjantka dobrze wiem, kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy kłamie (pomijając Artiego). A Emory wyglądał na takiego, który rzeczywiście nie ma nic do ukrycia.
 - Jechaliście razem... Widziałeś go... I nic? - Zaczęła dogadywać. Od kręcenia głową poczochrały się jej włosy. W oczach błyszczało szaleństwo. Wyglądała trochę jak... Umysłowo chora... I smutna.
 Adonis próbował ją uspokoić - objął ją w talii i zaczął szeptać coś do ucha. Odrobinę złagodniała, jednak nie pozostała w uścisku, a odsunęła się.
 - Nie jechał ze mną. Nigdy tego nie robi. Chciał z nią pogadać - powiedział wskazując na mnie. Czułam na sobie wzrok Artiego, ale zignorowałam go.
 - Z drugiej strony, mój brat kiedyś miał problem z alkoholem. Ale po kilku latach odwyku niby z tym wygrał - przyznał - Tak czy siak, nigdy nie wiadomo, czy może znowu nie będzie pić.
 Shry spojrzała na niego bardzo sceptycznie. Ktoś musiał to przerwać. I zdecydowałam, że to będę ja.
 - Shry, on ma rację. Sama nie byłam pewna, czy jest pijany, a dobrze się na tym znam. Emory mógł nie wiedzieć.
 Spojrzała mi w oczy, nie wiedząc, czy jestem zła, czy też może kłamię. Uśmiechnęłam się do niej, dając znak, że nic się nie stało.
 - Dobrze - odburknęła - Przepraszam... Ale jeśli cokolwiek jej zrobił to po nim.
 - Jest okej - powiedział Emory - Ja również przepraszam za mojego brata.
 - Nic się nie stało - zapewniłam go - Przecież nie dasz rady go kontrolować.
 - Więęęc... - Wtrąciła się Julia, chcąc zmienić temat. - Co jeszcze robiliście?
 - Eee... Także... Tańczyliśmy - odpowiedziałam.
 - Wiemy. Widzieliśmy - Shry lekko się uśmiechnęła - Zrobiliście na nas wrażenie.
 - Shry... Trochę czasu minęło, odkąd widziałem Cię po raz ostatni.
 - Artemisie - zaczęła Shry - Tęskniłam. - Wyciągnęła przed siebie ręce, chcąc go uścisnąć. Artemis wyglądał na nieźle zaszokowanego. Postąpił krok na przód i lekko ją przytulił. I to była jedna z najśmieszniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek ujrzałam. Żałuję, że nie mogłam nagrać jego spojrzenia.
 - Podobnie, jak ja - odpowiedział, wysuwając się z jej ramion. Nadal rozmawiali, ale Artemis spoglądał na mnie. Julia też widziała jego wzrok. I jak to ona, musiała się nagle wtrącić.
 - Heeej, Artemisie, Shry... Dzisiejsza noc jest po to, aby się wyszaleć!
 Artemis przerwał konwersację i zapytał:
 - Co masz na myśli?
 - Idziemy tańczyć! - Powiedziała Julia. I to z takim tonem, który dawał do zrozumienia, że to jest najbardziej oczywista rzecz na świecie. Dla niej była. Z drugiej strony, chciała tylko, żebyśmy się wszyscy dobrze bawili. Myślałam, że będę się tutaj czuła trochę przygnębiona, ale tak naprawdę było całkiem fajnie. Tak czy siak, niestety musiałam trochę zasmucić Julię.
 - Ja już odpuszczam.. - Poinformowałam ją.
 - Oh przestań...Tańczyłaś z nami tylko jeden raz - zaczęła kwilić.
 - Nie. Przepraszam - trudno było mi odmówić, ale musiałam to zrobić.
 Oczywiście Julia chciała znaleźć pomoc u Artemisa. Odwróciła się w jego stronę. Niektórzy ludzie nie znają odpowiedzi "nie".
 - Artemis... Poproś ją do tańca.
 Nie wiem, czego oczekiwałam. Może tego, że zacznie mnie zmuszać do wyjścia z powrotem na parkiet. Ale on oczywiście zrobił mi na przekór.
 - Julio, jeśli nie chce tańczyć to jej do tego nie zmuszajmy.. - Zbeształ ją.
 Skrzyżowała ręce i strzeliła focha jak typowa nastolatka. Dobrze wiedziała, jak długo czasami trwają, dlatego chciałam spróbować zapobiec temu, niż jeszcze na dobre się zaczęło.
 - Zostajesz do rana? - Zapytałam.
 - Oczywiście - odpowiedziała, i jej zły humor nagle zniknął - Musimy zostać.
 - Mhmm, będzie super! - Przytaknęła Shry.
 - Myślę, że jednak wyjdę trochę wcześniej - powiedział Artemis. Wszyscy, oprócz mnie, odwrócili się w jego stronę i spojrzeli na niego, jakby oszalał. A ja? Zgadzałam się z nim, ale Julii oczywiście to nie pasowało.
 - Co? - Prawie krzyknęła. - Jak to nie zostajesz?
 Przyjął jej wybuch bardzo spokojnie, jakby był do nich przyzwyczajony. Jestem pewna, że był.
 - Nie chcę - odparł - I nie zmusisz mnie do tego.
 Nie powstrzymałam swoich emocji i zaczęłam się śmiać. Obydwoje - Julia i Artemis - odwrócili się w moją stronę i spróbowałam się uspokoić.
 - Przepraszam - powiedziałam, nadal chichocząc - Ale to zabrzmiało tak, jakby mówił to kapryśny dzieciak.
 Julia i Shry zawtórowały mi śmiechem, wiedząc, jak Artemis to zrozumiał. Miałam nadzieję, że chociaż trochę go to zdenerwuje albo zażenuje. Jednak znowu nie trafiłam. Artemis zaczął się śmiać.
 - Chyba masz rację - powiedział Artemis i stłumił chichot.
 - Więc na pewno nie zostaniesz? - Zapytała Julia, kiedy w końcu się uspokoiła. Ta dziewczyna czasem miała jednotorowe myślenie. Nic do niej nie docierało. Czasami naprawdę zachowywała się jak typowa nastolatka.
 - Definitywnie. Na pewno.
 - To bardzo źle... Kiedy będziesz uciekać?
 Mruknął pod nosem, patrząc na zegarek.
 - 3:27... Późno.
 Wydawało mi się, że byliśmy tutaj o wiele krócej... Że jest wcześniej. Szczególnie czas, który spędziłam z Artemisem wydawał się niezbyt długi.
 - Już 3:27? Jesteś pewny? - Zapytała Shry, zakładając ręce na biodra.
 Artemis przybrał najbardziej sarkastyczny uśmiech, na jaki było go stać.
 - Potrafię odczytywać godzinę z zegarka.
 Shry była osobą, która nie dawała sobie w kaszę dmuchać - na ripostę odpowiadała równie ciętymi słowami.
 - Naprawdę? Nie sądziłam, że posiadasz na tyle dużo intelektu, aby móc to zrobić. Potrafisz odczytywać analogowe zegarki?
 Ojj, brzmiała jak geniuszka.
 - Oh tak. Szczerze mówiąc, to ja jestem zdziwiony, że przy Twoim intelekcie udało Ci się otworzyć sklep. Zastanawiałem się... Kiedy w końcu nauczyłaś się liczyć?
 - Kiedy biegałeś jeszcze w pieluszce i próbowałeś powiedzieć "mama".
 - Dobra... Tym razem wygrałaś. Ale następnym razem dam Ci popalić - Artemis zachichotał.
 - Zobaczymy - powiedziała Shry, przewracając oczami.
 - Oczywiście, kiedy mówiłem, przerwano mi - zaczął, posyłając Shry znaczące spojrzenie - Za chwilę będę się zbierać.
 - Reszta zostaje. Prawda? - Zapytała Julia. Czasami potrafiła być szorstka. Powinna zostać politykiem.
 Wszyscy oprócz mnie energicznie skinęli głowami. Artemis oczywiście to dostrzegł i odwrócił się w moją stronę.
 - Co z Tobą, Holindo?
 - Raczej nie widzi mi się fakt, że mam tutaj ślęczeć przez następne trzy i pół godziny. - Wzruszyłam ramionami. - Ale jeśli Julia zostaje, ja też muszę.
 - W sumie masz też inną opcję - odpowiedział.
 - To znaczy? - Zapytałam. Te jego gierki zaczęły być trochę irytujące. Chyba, że było się Shry.
 - Pojedziesz ze mną - odparł, nie owijając w bibułkę - mimo to, i tak myślałam, że źle go zrozumiałam. Wszyscy gapili się na niego z otartymi ustami. To był dla mnie znak, że wcale się nie przesłyszałam.
 Od razu zrozumiał, że trochę mnie tym zaszokował.
 - Pojedziemy prosto do hotelu - obiecał - Po prostu... Jeśli nie chcesz tutaj być to Cię stąd zabiorę.
 Wyglądał na naprawdę zatroskanego. I to było fajne. I ciekawe.
 Odwróciłam się do Julii, która wciąż nie zamknęła buzi.
 - Nie masz nic przeciwko?
 Szybko się ogarnęła i odpowiedziała:
 - Oczywiście, że nie. Zajmę czymś Butlera.
 Cholera. Totalnie o nim zapomniałam...
 - Gotowa do wyjścia? - Zapytał Artemis.
 Spojrzałam na moich przyjaciół, którzy wciąż wpatrywali się w nas z zaciekawieniem. Wciąż mogłam zmienić zdanie. Ale z moich ust wydobył się dźwięk, zanim nad tym zapanowałam.
 - Idziemy.

Rozdział 23 'Taniec: Holinda i Artemis' część 2

 Minerwa odwróciła się i odeszła, głośno tupiąc nogami. Zostawiła mnie na skraju parkietu. Wróciłam z powrotem do mojego towarzysza. Krzywo się uśmiechał. - Wiem co robiłaś - szepnął do mojego ucha.
 - Nie kryłam się z tym - odpowiedziałam, kiedy odchrząknął.
 - Dość tej dramaturgi, dobrze? - Zapytał.
 - Spróbuję - zachichotałam.
 Chciał jeszcze coś dopowiedzieć, ale DJ mu przerwał - jego donośny głos wydobywał się zewsząd.
 - Dość na razie tych skoczliwych piosenek! Z myślą o nowych parach czas na coś wolniejszego!
 Mówił jeszcze przed chwilą, ale w ogóle go nie słuchałam. Odwróciłam się i chciałam odejść, ale Arty złapał mnie za rękę.
 - Idziesz?
 - Noo.. Tak. Taniec dla par. Wolny taniec. - Powiedziałam to tak, jakby to wszystko miało tłumaczyć. Bo miało. I sądziłam, że mnie zrozumiał.
 - Tak? I co z tego? - Zerknęłam na niego z niedowierzaniem. - Jesteśmy parą przyjaciół, a to tylko taniec.
 Spojrzałam w jego oczy, nie będąc pewną, co mam odpowiedzieć. Zanim cokolwiek zdążyłam odpowiedzieć, wyciągnął asa z rękawa.
 - Proszę?
 Oczywiście nie jestem osobą, która wymięka słysząc słowo "proszę" i robi to, czego chce druga osoba. Ale Artemis naprawdę rzadko prosił zamiast kimś manipulować, i to czyniło takie momenty specjalnymi. Tak wiem, to w sumie też była forma perswazji. Ale jednak, nie przejmowałam się dlatego, że nikogo to nie krzywdziło.
 - Dobra - odburknęłam.
 Artemis wyglądał na takiego szczęśliwego. Poprowadził mnie z powrotem na środek parkietu, a wtedy do moich uszu doszła pierwsza spokojna piosenka.
 Arty był odrobinę niższy niż ja, dlatego że miałam obcasy. Jednak to nic nie zmieniło. Położył dłoń na mojej tali, najwyżej jak się dało. Drugą złapał mnie za rękę. Zrobiłam to samo co on.
 - To raczej nie wyjdzie - mruknęłam cicho.
 Spojrzał na mnie uważnie - wiedziałam, że martwi się o to, czy dobrze spędzam z nim czas. Tak w zasadzie nie chodziło o to, ale była jedna rzecz, która naprawdę mnie krępowała.
 - Coś nie tak?
 Wyciągnęłam jedną rękę i zsunęłam nią dłoń Artemisa trochę niżej, tak że teraz idealnie była dopasowana do wcięcia w mojej tali. Muszę przyznać, że miał o wiele silniejsze i cieplejsze dłonie niż sobie to wyobrażałam. Nie żebym często o tym myślała czy coś... Tak czy siak, ponownie spletliśmy palce, a ja starałam się nie myśleć o tych dziwnych rzeczach.
 - Lepiej - powiedziałam, a on uniósł brwi do góry.
 Sunęliśmy po parkiecie, a ja nie mogłam oderwać wzroku od jego dwukolorowych oczu.
 - To było potrzebne? - Zapytał, wykonując najprostsze kroki.
 - Tak. Tak jest wygodniej dla naszej dwójki. - I naprawdę było. Nie mógł trzymać dłoni tak wysoko, nienawidziłam tego. Niżej było wygodniej i bardziej normalnie.
 Skinął głową na znak, że zrozumiał mój przekaz.
 - Myślałem, że masz przeciwko temu, że w ogóle Cię trzymam.
 Pomyślałam sobie o tych wszystkich sytuacjach, kiedy mnie dotykał.
 - Nigdy - odpowiedziałam, po czym zaklęłam w myślach. Nie wiedział przecież, że ja to Holly. Może przyszło mu do głowy, że wybiegłam trochę w przyszłość.
 Spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, a ja wzruszyłam ramionami. Mógł sobie myśleć, co chciał. W końcu i tak nie zobaczy Holindy nigdy więcej po tej nocy.
 Wolna piosenka nagle się skończyła, i trochę bardziej żywa wypłynęła z głośników. "Pyramid" od Charice. Artemis mnie prowadził i na całe szczęście był w tym bardzo dobry. Nie wiedziałam dlaczego czułam się zaskoczona. Muszę to przyznać, ten błotniaczek jest dobry chyba we wszystkim.
 - To miejsce jest takie wspaniałe - wyszeptałam do jego ucha - Wygląda tak znajomo...
 - Zorza polarna - podpowiedział, wciąż wykonując perfekcyjne ruchy.
 - Światła północy?
 - Między innymi.
 - A co to ma z tym wspólnego? - Zapytałam, podczas gdy kołysaliśmy się do jakieś piosenki lecącej w tle.
 - To miejsce ma stwarzać poczucie, że otacza cię natura. Ściany są nocnym niebem z gwiazdami. A migające światła mają przypominać o zorzy, czy jak też to nazwałaś - o światłach północy.
 To miało sens. A gdy tylko to powiedział, przypomniało mi się, jak byłam tego świadkiem podczas pobytu w Kanadzie.
 - Kocham to - powiedziałam, przypatrując się światłom jeszcze uważniej.
 - Oczywiście w pełni nie odwzorowuje prawdziwej natury.
 - Bo tego nie można zrobić - powiedziałam, a on na mnie spojrzał z zaskoczeniem w oczach. Wzruszyłam tylko ramionami. Wyglądało na to, że jeszcze wiele razy użyję tego gestu dzisiaj. Jednak nim zdążył cokolwiek powiedzieć kawałek się skończył, a DJ zapuścił następny - coś w stylu szybkiego tango.
 Pozwólcie, że to powiem - Artemis jest genialny w tango! I chociaż wiedziałam, że nie powinnam być tym zaskoczona, to jednak tak się stało. Wirowaliśmy po całej sali. Zostawił mnie w jednym rogu parkietu, po czym spotkaliśmy się w środku. Nie mogłam wykonać kroku w stylu tradycyjnego podnoszenia nogi w górę, ale za to dodałam inne pozy do tańca, co zrobił również Artemis.
 Artemis mnie obrócił i przyciągnął do siebie. Mocno objął mnie rękoma.
 - Nieźle - uśmiechnęłam się.
 Kiedy to powiedziałam, spojrzałam w jego oczy. Gdy tylko nawiązałam kontakt wzrokowy ponownie mną zakręcił. Kiedy przyciągnął mnie z powrotem, lekko się otarliśmy. Wiedząc, że nie mogę podnieść nogi, lekko ją wygięłam, na tyle, aby nic nie pokazać.
 Czułam się świetnie, Jakbym była tutaj jedyną dziewczyną. Ciężko mi się do tego przyznać, ale to w jaki sposób się ze mną obchodził sprawiało, że moja duma rosła. Dobrze było wiedzieć że tak mnie lubi. Chociaż zależy jeszcze którą mnie. I tego musiałam się dowiedzieć.
 Tańczyliśmy tak jeszcze przez kilka utworów. Jedyne o czym mogłam myśleć to jego dłonie. Czułam przez ubranie ich siłę i ciepło. No i tak świetnie dopasowały się do mojej tali. Stop. Musiałam przestać o tym myśleć. To nie sprzyjało mojemu zdrowiu psychicznemu i równowadze emocjonalnej,
 Na całe szczęście w tym samym momencie DJ postanowił ponownie przerwać swoją audycję i coś powiedzieć.
 - Jestem pewien, że jak na razie wystarczy tych spokojnych utworów - odchrząknął, i przysięgam, że czułam jego wzrok na sobie - Pora na powrót do największych klubowych hitów.
 Kiedy piosenka się skończyła, stałam przyciśnięta do jego torsu. I do tej pory to się nie zmieniło, a ja czułam się dość dziwnie.
 - Odetchnijmy - powiedział, pomagając mi powrócić do normalnej pozycji.
 - Dlaczego? - Zapytałam. - Jesteś zmęczony?
 - Nie będę tańczył do tej piosenki.
 I rzeczywiście nie wyobrażałam sobie go podrygującego i skaczącego do rytmu muzyki. Dobrze wiedzieć, że zachował jeszcze dumę. Nie żeby kiedykolwiek ją stracił. Zaśmiałam się i spróbowałam wyciągnąć dłoń, jednak on nie ustąpił.
 - No dobrze - zgodziłam się - Chodźmy.
 Uśmiechnął się, kiedy sprowadzał mnie z parkietu.
 - Gorąco? - Zapytał, wciąż trzymając mnie za rękę.
 - Bardzo - przyznałam. Chwilę później uświadomiłam sobie, jak to mogło zabrzmieć. Super, teraz pewnie to wyglądało to tak, jakbym go pożądała.
 Na szczęście postanowił tego nie komentować.
 - Napijesz się czegoś?
 - Pewnie... Najlepiej bezalkoholowego drinka żurawinowego.
 - Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem - powiedział, a ja się zaśmiałam. Przypomniała mi się Julia, która też używała tego wyrażenia. Tak czy siak, dziwnie brzmiało to w jego ustach. Raczej byłam przyzwyczajona do jego wyrafinowanego języka.
 Poprowadził mnie do barku i usadowił na krześle naprzeciwko barmana. Sam jednak nie usiadł. Stał i przypatrywał się barmanowi.
 - Jeden szprycer żurawinowy - poprosił.
 Mężczyzna wyciągnął kieliszek i pomieszał wszystko. Posłał mi uśmiech i posunął napój do mnie, ale nic nie powiedział. Artemis mu zapłacił, a po chwili z powrotem zwrócił się do mnie.
 - Dobrze tańczysz.
 - Ty też nie jesteś najgorszy - zaśmiałam się. Musiałam jednak brzmieć na zaskoczoną. A jak to Artemis musiał się do tego przyczepić.
 - Zaskoczona?
 - Tak... Nie wyglądasz na faceta, który wskakuje w wir tańca z nowo co poznaną dziewczyną - wzruszyłam ramionami. Jedyny taniec, w którym go sobie wyobrażałam nie był tym, co przytrafiło się dzisiaj - Swoją drogą... Jesteś głupkiem.
 Nie, nie chciałam być niemiła. Po prostu dałam mu trochę popalić.
 - Jedna z najgorszych piosenek jaką słyszałem - wzdrygnął się.
 - No nie wiem... Jest o wiele gorszych.
 - Wymień co najmniej pięć.
 - Jasne - odparłam, będąc zawsze gotową na zaakceptowanie wyzywania. Wymieniłam więc mu pięć tytułów najgłupszych piosenek. - Może jeszcze?
 - Proszę nie. Rozumiem i zgadzam się.
 Świetnie! Wygrałam jeden z tych naszych pojedynków "kto-wie-lepiej".
 - No, więc...? - Zaczęłam, ale w tym samym momencie przerwał mi znajomy głos.
 - Ej, szukaliśmy was! - Julia jęknęła za moimi plecami.
 Odwróciłam się do niej i zobaczyłam całą grupę ludzi. Julia, Shry, Mackenzie, Jasper, Emory i Adonis. Z tego widziałam Butler też nie był tak daleko. Najprawdopodobniej czytał z ruchu naszych warg. Obserwował mnie, ale w ogóle się tym nie przejmowałam.
 - Byliśmy tutaj przez cały czas - wzruszyłam ramionami.
 - A gdzie dokładnie jest "tutaj"? - Zapytała Julia, zakładając ręce na biodra.
 - To tu, to tam. Wszędzie. - Zaśmiałam się. Julia wiedziała, że nie otrzyma ode mnie innej odpowiedzi, więc przestała o to wypytywać.
 - Więc co robiliście odkąd widzieliśmy się po raz ostatni?
 - No wiesz. Rozmawialiśmy, poznawaliśmy się, Minerwa, tańczyliśmy. Jak w każdym innym klubie.
 - Czekaj co? - Zapytała Julia. - Co robiliście?
 - Rozmawialiśmy?
 Dobrze wiedziałam, co miała na myśli.
 - Nie... To przedostatnie.
 - Poznawaliśmy się? - Dopytywałam bezczelnie.
 - Po tym i przed tańczeniem - odpowiedziała urażona tą głupią gierką - Pomiędzy tymi dwoma.
 - Ah... Minerwa?
 - Tak! - Julia klasnęła w dłonie. - Co się stało?
 - Była po prostu zazdrosna - wzruszyłam ramionami. Oczywiście Juli nie wystarczała taka odpowiedź, a wiedziała, że ze mnie nic więcej nie wyciągnie. Odwróciła się do osoby, która jako jedyna mogła jej wszystko wytłumaczyć. Do Artemisa.
 - Co się stało Artemisie?
 Ten nerwowo spoglądał raz na mnie, raz na Julię, jakby nie był pewny, której z nas ma odpowiedzieć. Skinęłam na niego głową, dając mu znak, że powinien im streścić całą historię. I tak nie było dużo do mówienia.
 - Natknęliśmy się na mężczyznę o imieniu Aiden i Minerwa.
 Nie słuchałam, kiedy objaśniał szczegóły. Była przy tym, więc nie było potrzeby, żeby przeżywać to ponownie.

Część 3 - niebawem:)

Rozdział 23 'Taniec: Holinda i Artemis' część 1

Pozwoliłam sobie nie przepisywać fragmentów piosenek, sens całego tekstu i tak się nie zmienia. Nieprzetłumaczona kursywa to słowa utworów.

 Spojrzałam na Artemisa. Czy mi się tylko wydawało, czy on naprawdę to powiedział? To było niemożliwe. Artemis nie tańczy.
 - Co proszę?
 - Nie słyszałaś? - Zapytał uśmiechając się szelmowsko, dał mi do zrozumienia, że wie, że bardzo dobrze go zrozumiałam. Artemis, jak zwykle arogancki.
 - Myślałam, że się przesłyszałam.
 - Jak się przesłyszałaś?
 Uśmiechnęłam się delikatnie.
 - Wydawało mi się, że powiedziałeś: "zatańcz ze mną".
 - Więc dobrze słyszałaś -  odpowiedział - Zaprosiłem Cię do tańca.
 No, przynajmniej nie jestem głucha. I dobrze.
 - Po co? - Zażądałam wyjaśnień, rumieniąc się.
 W takich momentach, a ten był kolejnym, wydawało mi się, że on dobrze wiedział, kim jestem. Albo po prostu mu się podobałam.
 - No cóż, są tylko trzy rzeczy, które robi się w klubie, a taniec jest chyba najbardziej opłacalną.
 - I... te trzy to?
 - Poznać kogoś płci przeciwnej - wzruszył ramionami.
 - Pewnie - uśmiechnęłam się - Co jeszcze?
 - Taniec, który jest bezsprzecznie najlepszą opcją - zapewnił mnie.
 - I ostatni pomysł?
 Artemis zaczął wiercić się na krześle. Był pewny, że raczej tego nie polubię:
 - Upić się.
 Ale nie sądziłam, że mógłby to zrobić.
 Nie mogłam się powstrzymać i wybuchłam śmiechem. Arty wyglądał, jakby jego najgorszy koszmar stał się jawą, a ja nie potrafiłam nad sobą zapanować.
 - Mając taki wybór, moja odpowiedź jest chyba oczywista.
 - Tak? - Zapytał. - Zatańczysz ze mną?
 Teraz, kiedy to powiedziałam mogłam nim manipulować. A teraz najwidoczniej tego chciał.
 - Jeszcze nie wiem... - Zamilkłam, chociaż odpowiedź znałam doskonale.
 - Co masz do stracenia? - Nagle zażądał mojej odpowiedzi.
 - Godność - zasugerowałam - Albo dumę.
 Artemis odchrząknął.
 - Nie sądzę, abyś mogła stracić którąkolwiek wartość. Widziałem wcześniej, jak tańczysz, więc uwierz mi na słowo, kiedy mówię Ci, że to niemożliwe. Z drugiej strony, Twoja duma jest jak ze stali.
Oparłam się pokusie odpowiedzenia na ostatni przytyk, ponieważ wiedziałam, że on chciał, abym to zrobiła.
 - Ah... Więc widziałeś? - Zapytałam, rumieniąc się. I jeśli teraz odkryłby, że JA to ja, spaliłabym się ze wstydu i nie mogłabym z tym żyć. Super.
 - A kto nie? - Wyszczerzył zęby, a ja zaczerwieniłam się jeszcze mocniej. - To było dość... intrygujące. Żaden mężczyzna przy zdrowych zmysłach nie mógł odwrócić wzroku.
 - Pochlebstwo nie zaprowadzi Cię zbyt daleko - zbeształam go, jak matka dziecko.
 Artemis zaśmiał się głośno.
 - Wręcz przeciwnie, sądzę że "pochlebstwo" zaprowadzi nas dokładnie tam, gdzie chcielibyśmy się znaleźć.
 - Ah tak? Czyli gdzie? - Dopytywałam, chociaż w zasadzie bardzo dobrze, wiedziałam, że chodzi mu o parkiet. Początkowo powiedziałabym, że zachowuję się trochę jak kretynka, ale teraz użyłabym raczej słowa wstydliwa.
 - Tam - odparł, wskazując jednocześnie i oczywiście parkiet.
 Spojrzał mi w oczy, a ja zatraciłam się w jego wzroku.
 - To jak? Zatańczysz?
 I to było niesamowite w Artemisie. Nie musiał nic na Tobie wymuszać. Po prostu był sobą i robiłaś automatycznie to, czego chciał.
 - Dobrze, zrobię to - zgodziłam się - Ale to dlatego, że wygrałeś ze mną tą małą potyczkę.
 - Zapewniam Cię, że wszystko jest w porządku... Dopóki wygrywam.
 Teraz byłam bardziej niż pewna. Zawsze musiał dominować, a ja powinnam grać do jego scenariusza.
 - Więc zawsze wygrywasz? - Zapytałam, mając nadzieję, że nie byłam jednym z pionków w jego grze.
 - Zazwyczaj tak - uśmiechnął się. Jednak nie chciał nic więcej objaśniać. Przypomniał mi się ten dwunastoletni dzieciak, który tak zaszedł nam za skórę te kilka lat temu. Teraz trochę wyrósł i się zmienił, jednak pragnienie zwyciężania wciąż w nim pozostawało.
 - Więc przygotuj się na to, że możesz być zaskoczony.
 - Zawsze jestem gotowy - wzruszył ramionami - A teraz chodź.
 Wziął moją dłoń i ścisnął ją jeszcze mocniej, kiedy prowadził mnie na parkiet. Najprawdopodobniej myślał, że może zechcę mu uciec. Ale był szczęściarzem.
 - Poczekaj - powiedziałam i wyciągnęłam rękę z uścisku.
 - Tak? - Zapytał z obawą w głosie.
 Zrzuciłam z siebie bolerko i powiesiłam je na oparciu krzesła.
 - Potem byłoby mi zbyt ciepło - powiedziałam. Definitywnie nauczyłam się dzisiaj czegoś na temat tańczenia.
 Muszę przyznać, że sprawiało mi przyjemność to, w jaki sposób na mnie patrzył. Nie chodziło tutaj tylko o to, że był to ten mężczyzna, ale ogółem. Uczucie, którego doświadczają kobiety, kiedy są akceptowane i podziwiane. Widziałam, jak jego oczy uważnie mnie obserwują. Jego wzrok zatrzymał się na moich butach i długich nogach. Widziałam, jak z góry na dół mierzy mnie wzrokiem.
 Uznałam to za okazję do przyglądnięcia się, tak naprawdę po raz pierwszy. Co mogę powiedzieć? Wow! Wyglądał... świetnie. Miał na sobie czarne, obcisłe spodnie i trampki tego samego koloru z domieszką bieli. Nigdy nie widziałam go w takich butach! Tak czy siak - dobrze na nim leżały. Spoglądałam na niego dalej. Przywdział niebieską koszulkę, która zgrywała się z odcieniem jego oczu. Bluzka połączona była z czarną kamizelką, pochodzącą z garnituru. Podwinięte rękawy uwydatniały jego ręce, które teraz stały się bardziej umięśnione. Również guziki na samej górze były rozpięte i odsłaniały trochę torsu.
 Mój wzrok w końcu zawędrował na jego twarz. Dziecięcy wyraz znikł, a w jego miejscu pojawiły się dojrzałe rysy. Jego dwukolorowe oczy były jasne i wyraźne, a brwi pociemniały jeszcze bardziej. Rozczochrane, czarne włosy nadały mu wygląd przyjaznej osoby, czego wcześniej nie widziałam nigdy. Artemis stał się mężczyzną, temu nie można było zaprzeczyć. Nie był już tym dzieciakiem, którego pamiętałam. I pomyśleć, że tak bardzo zmienił się w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Jedno słowo: ekstra! Adonis nie mógł mu dorównać pod żadnym względem!
 Kiedy skończyłam, Artemis wciąż jeszcze patrzył.
 - Możesz otrzeć ślinkę - rzuciłam.
 - To samo mógłbym powiedzieć - odrzekł, uśmiechając się. Zarumieniłam się. Nie wiedziałam, że zauważył, że tak mu się przyglądałam. Teraz w jego oczach wyglądałam pewnie jak jakaś głupia dziewczynka. Nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Na całe szczęście odwrócił wzrok.
 - Nie myśl o tym - ostrzegłam. Jednak dobrze wiedziałam, że to niemożliwe.
 - Nie da się tego nie zrobić - odpowiedział z jednym z tych swoich uśmieszków. Oczywiście. Mam nadzieję, że nigdy nie odkryje, kim naprawdę jestem. Nie przeżyłabym tego.
 - Idziemy tańczyć - nigdy nie czułam większej potrzeby zmiany tematu.
 - Ah więc teraz chcesz iść tańczyć? - Wyszczerzył zęby.
 DJ uratował mnie przed udzieleniem odpowiedzi.
 - Panie i panowie, po pierwsze chciałbym przypomnieć, że można składać zamówienia na piosenki - ogłosił - Po drugie, witam was wszystkich serdecznie w Phenomie tejże nocy. Specjalnej nocy. Obchodzimy dziś comiesięczny poranek...! - Przewał mu skandujący tłum ludzi.
 Odwróciłam się do jedynej mi znanej tutaj osoby, która mogła wiedzieć o co chodzi. Która zawsze wiedziała wszystko.
 - Wiesz co to znaczy, prawda? - Zapytałam Artiego.
 - To znaczy, że ludzie bawią się dziś do wschodu słońca, do bialutkiego rana - wyjaśnił z niesmakiem w głosie. Nie sądziłam, aby chciał zostać tutaj tak długo. Niestety, Julia zrobi to na pewno. A już w ogóle jeśli bawi się gdzieś z Emorym. Mam tylko nadzieję, że on nie jest jak jego brat. A jeśli tak to polecą głowy. Chociaż z bratem takim, jak Butler, powinna być bezpieczna.
 W końcu okrzyki radości ustały i po sali ponownie poniósł się głos DJa.
 - Będziemy grać dla was całą noc. Więc nie zapomnijcie trochę się z nami pobawić!
 - Powinniśmy? - Zapytał Arty, ciągnąc mnie w górę po schodach. Wyglądało na to, że chciałby zostać na skraju, w cieniu. Ale jeśli ja musiałam cierpieć to on również!
 - Idziemy - powiedziałam besztającym tonem, prowadząc go na sam środek parkietu. Miał przerażone oczy. Doskonale!
 - Nie martw się - wyszeptałam, kiedy DJ puścił pierwszą piosenkę.
 "Take it off" Ka$hy.
 Ta piosenka była już trochę stara, ale miała fantastyczny rytm.
 Zaczęłam bez skrupułów, przyciągnęłam Artiego do siebie i zaczęłam poruszać biodrami. Trzymał dłonie na mojej tali. No i co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem - potrafił tańczyć! Doskonale nadążał za tempem.
 Chwyciłam bluzkę Artemisa i za każdym razem, kiedy wybrzmiały słowa "take it off" podnosiłam ją do góry, jakbym chciała ją z niego ściągnąć. I nie miałabym nic przeciwko temu, gdybyśmy nie byli w miejscu publicznym.
 - Myślałeś, że będzie tak łatwo? - Szepnęłam, kiedy piosenka się skończyła. Artemis spojrzał na mnie i się zaśmiał.
 - Oczywiście, że nie! Chyba oszalałaś! - Odpowiedział i tym razem to ja wybuchłam śmiechem. Dobrze było spędzić z nim trochę czasu, kiedy nic nas nie obowiązywało. Widzieć go innym, niż był zawsze. Rozluźnionym.
 Przyszła pora na kolejną piosenkę: "He said, she said" od Ashley Tisdale - była dobra do tańca.
 Teraz Artemis prowadził. I to z wielką finezją. Ruszył w moją stronę bardzo wyluzowany. Postawił kołnierz swojej koszuli i szybko się obrócił. Wyciągnął dłoń i wskazał na mnie palcem, dając mi do zrozumienia, że w tym momencie przyszła kolej na mnie.
 Przybliżyłam się do niego. Zrobiłam rzecz, która jako jedyna przyszła mi na myśl. Przykucnęłam i po chwili wstałam z powrotem. Arty podszedł bliżej i zaczęliśmy ruszać się w jednym tempie. Kręciłam biodrami do rytmu i głaskałam go po policzkach.
 Kilka chwil później położył dłoń na mojej tali i zaczął mnie prowadzić w tańcu. Jego ręce były silne, ale jednocześnie i bardzo przyjemne.
 Znajdowałam się dokładne naprzeciwko Artemisa. Gładziłam jego tors. Jedna noc. Myślałam o wszystkich tych rzeczach, które mogłabym z nim zrobić przez jedną noc.
 - You're amazing - Artemis szepnął do mojego ucha.
 - Then why you waitin'? - Wiedziałam, że słowa, jak i również ton mojego głosu nadawał temu wszystkiemu drugie znaczenie. - What you doin'? Let's get to it*. (*przejdźmy do sedna)
 - Już to zrobiłem. - Odpowiedział przyciszonym głosem, a mnie przeszedł dreszcz. Nie byłam pewna, o co mu chodziło. A może miał powiedzieć, że chce to zrobić?
 Utwór się skończył. Zaczęłam myśleć nad tym, co powiedział. Chociaż z drugiej strony, lepiej było to wyrzucić z głowy i nie zastanawiać się teraz.
 Następna piosenka na pewno zażenowała Artemisa. A ja nie mogłam jej się oprzeć. Wiedziałam, że miał ochotę stamtąd uciec, ale było tutaj zbyt dobrze, aby mógł to zrobić. Stałam z determinacją w miejscu, kiedy DJ włączał "Peacock" Katy Perry.
 Chwyciłam Artiego za kołnierz i przyciągnęłam do siebie. W odpowiedzi objął mnie rękoma.
 Kiedy w piosence wystąpiło słowo "underneath" (poniżej), ugięłam się na kolanach, przykucając na chwilkę. Moje oczy znalazły się na wysokości jego spodni.
 Wstałam i zaczęłam z powrotem ruszać biodrami. Przejechałam dłonią po włosach i zbliżyłam się do Artiego., który próbował wyeksponować swoje kształty.
 Z każdym wersem poruszałam się coraz szybciej i zbliżałam się bardziej. Artemis wyglądał na lekko zaniepokojonego, ale podążał za moimi ruchami. Potem za każdym razem kiedy kręciłam biodrami obijałam się o jego kości. Zobaczyłam Minerwę i wtedy postanowiłam dać z siebie wszystko. Nasze twarze dzieliła minimalna odległość - była ona na tyle mała, że ocierałam się nosem o jego skórę. Fajnie się z niej pośmiać. Miałam nadzieję, że występ się jej podoba.
 Zderzyliśmy się biodrami w ostatnim momencie piosenki. Artemis poczerwieniał. Winna była temu piosenka i moja bliskość co do niego. Zerknęłam na Minerwę. Była wściekła. Posłałam jej ironiczny uśmiech. Wyglądała jakby miała zaraz spłonąć. I muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie widziałam niczego tak zabawnego.
 Czekałam na kolejną piosenkę. Los chyba był po mojej stronie i razem ze mną chciał wkurzyć Minerwę, bo następny kawałek idealnie się do tego nadawał. Kaci Battalgia i jej "Crazy Possessive".
 Miałam przed sobą Artemisa. Zaczęłam ruszać biodrami, zbliżając się do niego, aby po chwili się odwrócić. Widziałam teraz Minerwę.
 Za każdym razem, kiedy usłyszałam słowo "crazy" przykładałam palec do skroni i zataczałam nim koło, co było uniwersalnym znakiem okazywania "świrnięcia". Dotykałam "mego mężczyznę" po twarzy i całym ciele. Wszystkie moje ruchy były tańcem dla niej. Przy słowie "you" wskazywałam na nią palcem. Zabawnie było patrzeć na jej twarz, kiedy w nią celowałam przy tekście mówiącym o wyprowadzeniu i daniu jej kopa.
 W pewnym momencie, wraz ze słowami piosenki, odchyliłam się w tył, jakbym zasłabła, a Artemis mnie złapał. Oczy wychodziły jej z orbit!
 Ścisnęłam dłonie na ramionach Artemisa, wciąż podskakując w rytm muzyki. Spojrzałam na nią i zauważyłam, jak się czerwieni ze złości i frustracji. Zasłużyła sobie.
 Odsunęłam się na chwilę od niego, kręcąc się wokoło, po czym znowu wskazałam na nią, chcąc dać jej do zrozumienia, że słowa piosenki były do niej. I to musiało ją zaboleć. To było jej czułym miejscem. Artemis zauważył co robię i się przyłączył.
 Doskonale.
 Odwróciłam się, dotykając jego ramion. Wtedy on ponownie położył dłonie na mojej tali.
 Zbliżyliśmy się jak było to najbardziej możliwe. Ciągle byłam obok niego, mierząc wzrokiem Minerwę. Moje ręce ciągle go dotykały, a biodra nie oddalały nawet na centymetr. Może i wydawałam się w tym momencie bardzo zaborcza... A nawet szalona.
 Ponownie pokazałam jej moje bojowe nastawienie. Blondynka robiła się coraz bardziej blada. Artemis sam nie wiedział czy się śmiać, czy zastanawiać nad tym co się dzieje, ale nie miałam mu niczego za złe.
 - They call me crazy. They say I'm crazy. They think I'm crazy. - Szepnęłam do jego ucha.
 - Wybierasz bójki? - Zapytał. - Zgodziłbym się z nimi, że jesteś szalona.
 Uśmiechnął się. Wiedziałam, że żartuje. Było zabawnie, ale i tak musiałam mieć ostatnie słowo - jak zawsze.
 - Oh, I got you crazy!
 Musiałam to zrobić. Wygrać. Pokazać jej, kto tu rządzi. W rytm muzyki podeszłam do Minerwy. Przyłożyłam palce do jej twarzy. Kiedy kawałek się skończył, Minerwa była gotowa, aby się rozpłakać.
 Jakaś część mnie czuła się naprawdę źle, ale z drugiej strony musiałam się zemścić.


Po część 2 zapraszam pod koniec tygodnia:)