Rozdział 9 'Sobota', część 1/2

Siemankoo ;-)
Notka miałabyć wczoraj wieczorem, ale znowu miałam jakieś problemy z zalogowaniem się do systemu bloggera. Podzieliłam na dwie części - wiadomo Święta i mam trochę pracy, poza tym choroba zaatakowała i źle się czuję.
 Tak! W końcu sobota! Akutalnie lecę promem, wystrzelonym w kierunku Tary. Wspaniałe uczucie, pomijając fakt, że siedzę pomiędzy dwoma grubymi gnomami. Od jednego z nich zajeżdzało ostrym odorem piwa. Zapowiadała się długa, śmierdząca podróż.
 Dwadziecia minut później jestem u wylotu Tary. Aby szybciej przedrzeć się przez kolejkę musiałam pokazać odznakę. Spojrzałam na siebie, aby ocenić jak wyglądam. Miałam jakieś lekko obcisłe czarne jeansy. I zielony podkoszulek bez rękawów, a na nią narzucony szary, długi blezerek. Na środkowym palcu widniał morfologiczny pierścień. Przez ramie miałam przerzuconą czarną torebkę, o wiele inną, niż te, do których byłam przyzwyczajona.
 Kiedy już opuściłam Tarę, znalazłam naprawdę duży, stary dąb, którego gałęzie były powykrzywiane i nisko zwisały. Nieważne. Musiałam zmienić się w człowieka. Pierścień był w kształcie kwiatu i miał ostro zakończone płatki, które wyłożone były diamencikami. Nacisnęłam środek, aby go uruchomić. Teraz małe klejnociki zaczęły mienić się różnymi kolorami. Niektóre były zielone, inne czerwone, a jeszcze inne niebieskie. Wybrałam wygląd, jaki był wpisany w pierścieniu i odczekałam chwilę, aby się załadował, po czym ponownie nacisnęłam na środek. Moje ciało było poddane jakiemuś dziwnemu uczuciu. Na początku to było jakby ktoś wylał mi zimną wodę na twarz, a potem jakby małe piórka łaskotały moje ciało - na zewnątrz, jak i wewnątrz.
 Spojrzałam w dół. Moje ciało się wydłużało. Skóra jakby bulgotała i się błyszczała, a włosy się zmieniały, wraz z kolorem. To był niesamowity widok. Nie to, żeby Ogierek mógł o tym wiedzieć.
 Dziesięć sekund później wyglądałam całkowicie inaczej. Byłam teraz znacznie wyższa. Nie tylko wysoka, jak na elfa, ale też na człowieka. Miałam teraz prawie 175 centymetrow. Skóra wyglądała na opaloną. Ciało wyglądało na bardzo chude, ale wciąż na atrakcyjne. Oczy były duże i emanowały przeszywającą zielenią. Włosy były faliste i długie - dotykały pleców, i były w kolorze blond. Wyglądałam trochę jak Lili większych rozmiarów. Nie, nie - wcale tak nie pomyślałam. Nie była taka zła, mogła nawet zostać moją przyjaciółką. No, ale do cholery to nie znaczyło, że chcę wyglądać, jak ona!
 Chwilę później, obok mnie, a właściwie na drodze biegnącej obok mnie zatrzymała się taksówka. Tak jest! Ogierek wysłał mi transport. Świetnie - już myślałam, że będę musiała iść na piechotę. Doskoczyłam do samochodu i usiadłam na przednim siedzeniu.
 - Cześć - przywitał się taksówkarz. Wyglądał na dwadzieścia lat. Miał kudlate, brązowe włosy, które sięgały jego szyji. Miał przenikliwe niebieskie oczy i wydawało mi się, że jest... naćpany. A może wcale tak nie było. MOŻE tylko mi się tak wydawało - i w to wierzyłam.
 - Dzień dobry - uśmiechnęłam się. Byłam trochę zaskoczona barwą mojego głosu. Był w trochę innej tonacji. Taki rodzaj, który każda nastolatka by sobie wymarzyła. W połączeniu z moim nowym wyglądem byłam trochę takim jakby słodkim kiciakiem. (]:-D) To było dziwne uczucie.
 - Nieźle wyglądasz! - Zaśmiał się, mierząc mnie wzorkiem od góry do dolu.
 - Dzięku - nie mogłam nic na to poradzić, ale się uśmiechnęłam. Gdyby tylko zobaczył, jak wyglądam na prawdę. To byłoby zabawne.
 - Hm, tak czy siak, powiedziano mi, że mam Cię podwieźć, ale nie mam pojęcia dokąd - powiedział.
 - Centrum Handlowe w Dublinie - odparłam - O ile to nie za daleko?

 - Nie - ponownie się zaśmiał - Nic nie jest dla mnie "zbyt" daleko. Jasne, że Cię tam zawioze.
 - Muszę tam być o 11.
 - Nie ma problemu - uśmiechnął się, trochę przyśpieszając. I szczerze mówiąc wydawało mi się, że jest typem osoby, dla której nic nie było niemożliwe. Spojrzałam na zegarek. Była dopiero 9.00.
 Taksówkarz był strasznie gadatliwy. Na przykład powiedział mi, że ma na imię Craig Larabee. Mieszka w Dublinie z jego dziewczyną Daną, mamą Dianą i młodszą siostrą Jenny. Właśnie obchodził dwudzieste drugie urodziny. Miał w sumie dwie siostry Shelley i wyżej wymienioną Jenny. Jeździ taksówką, bo chce opłacić sobie studia. Jego ulubiony kolor to niebieski, a znak zodiaku to lew. O, i jeszcze ma psa, który nazywa się Bruno.
 Tak więc, dość dużo się o nim dowiedziałam. Nie, żeby nie dawał mi nic powiedzieć. Wypytywał mnie o kilka rzeczy, ale zbyłam go. I w sumie nie zauważył tej polityki. Może i był ineteligentny, ale niezbyt szybki.
 Prawie nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się pod centrum.
 - Jesteśmy na miejscu - powiedział.
- Dzięki - skinęłam głową - Ile jestem Ci dłużna?
 - Wszystko jest uregulowane - odpowiedział z uśmiechem - Jeśli będziesz chciała, żeby Cię gdzieś podwieźć, zadzwoń - rzekł i dał mi wizytówkę. Uśmiechnęłam się.
 - Możesz na to liczyć - odparła, zamykając drzwi.
 Craig szybko ruszył z miejsca, opuszczając parking. Spojrzałam na centrum. Było ogromne. Pięć pięter i do tego podziemny parking. Gapiłabym sie na to bez końca, gdyby mój zegarek nie zaczął brzęczęć, pokazując, że jest 10.55. Gdzie ten cały czas się podział?
 Znając Julię, była tutaj prędzej.
 No i pewnie, Julia stała za drzwiami, kiedy weszłam do środka. Patrzyła się przed siebie, niecierpliwie przekładając stopy. Spojrzałam mi prosto w oczy, co rozkojarzyło mnie na kilka sekund. I wtedy uświadomiłam sobie, że ona przecież nie wie, jak wyglądam. To będzie zabawne.
 Podeszłam do niej:
 - Przepraszam? - Zapytałam, moim innym tonem.
 - Tak? - Odparła.
 - Czy ja Ciebie czasem nie znam? - Dopytywałam, jakbym nie znała prawdy.
 - Nie, nie sądzę - powiedziała, prawdopodobnie próbując skojarzyć mnie z jakimś swoim przyjacielem.
 - Julia Butler! - Zawołałam - Jak mogłaś o mnie zapomnieć!?
 - Jestem pewna, że się nie znamy - warknęła - I mam tego dość, czekam na kogoś.
 - Byłyście umówione na 11, prawda? - Zapytałam przebiegle.
 Julia wybałuszyła oczy.
 - Jak to zrobiłaś...!? - I wtedy zobaczyłam, że nagle zrozumiała, o co chodzi.
 - Cześć Julio - uśmiechnęłam się.
 - Ty łobuziaro - zaśmiała się, wyciągając ręce, aby mnie uścisnąć - Ale mnie wrobiłaś, już zamierzałam zrobić coś niedobrego!
 - Oj, mogłabyś, mogłabyś.
 Była siostrą Butler, nie wątpiłam w jej czyny.
 - Świetnie wyglądasz, mogłybyśmy nawet zostać rodzeństwem!
 - Butler dostałby zawału - zażartowałam.
 - To prawda. Dobra, dość gadania, więcej kupowania!
 - Nawet mi nie przypominaj - zakupy nie były czymś, co lubiłam robić. Ae myślę, że nie będzie najgorzej.
 - Daj spokój - zachichotała, ciągnąc mnie za ramię do pierwszego sklepu - Rue 21. Zgadywałam, że będzie miał jakieś młodzieżowe sklepy.
 Weszłyśmy do środka i od razu zobaczyłam świetne spodnie.
 - Mam coś dla Ciebie - powiedziała Julia, podając mi kawałek papieru, który od razu otworzyłam. Miał naniesione tylko cztery cyfry.
 - Co to? - Zapytałam.
 Julia spojrzała na mnie, jak na typowego głupka.
 - Rozmiary Artemisa.
 - Elegancko - skinęłam głową - Wow, patrz na to...