Cześć skarby, jestem w końcu:*:*
- Chodź - powiedziała Julia, wyciągając mnie z pokoju hotelowego - Musimy iść.
- Już idę - powiedziałam skupiając się na tym, aby chwycić w tym samym czasie torebkę. Rozejrzałam się wokół, aby upewnić się, że wszystkie światła są zgaszone i zatrzasnęłam drzwi. Julia szybko zamknęła je na klucz.
- Uhm... Tym razem schody w dół? - Jąknęła.
- Możesz jechać windą, jeśli tego chcesz - odparłam i uświadomiłam sobie, ze brzmiało to, jak któreś ze słów Artiego. No i jesli chcę być bardziej sarkastyczna muszę to ciągle robić... I właśnie z tym nawykiem muszę skończyć.
- Oh, nie denerwuj się. Pójdziemy - westchnęła.
- Myślisz totalnie jak ja - uśmiechnęłam się ironicznie, kiedy zaczęła narzekać na buty. Nie znam się za bardzo na nich, ale raczej nie popsują się na schodach, prawda?
Schodziłyśmy na dół po kilkuset słowa i co było zadziwiające stopy w ogóle mnie nie bolały. Nie żebym chciała przyznać, ale Julia wiedziała co robi, biorąc baleriny.
W końcu dotarłyśmy na sam dół. Byłam zaskoczona, że nasz samochód już czekał. Julia musiała to zorganizować jeszcze gdy byłyśmy w pokoju.
- Dzięki - rzuciła Julia, cmokając lokaja w powietrzu. Po chwili podbiegła do samochodu i wsiadła na miejsce kierowcy.
Młodzieniec spojrzał na mnie z nadzieją, że zrobię to samo. Oj nie, mój drogi przyjacielu.'
- Pomóc w czymś Pani? - Zapytał z nadzieją, która aż opływała jego głos.
- Nie dziękuję - powiedziałam ledwo tłumiąc chichot. Z wolna podeszłam do czekającego samochodu. Julia nachyliła się nad wolnym siedzeniem i z niecierpliwością spuściła szybę.
- Jak sądzisz, dostaniemy się dzisiaj do klubu?
- Mogę iść wolniej - wzruszyłam ramionami.
Julia jęknęła, ale nic nie powiedziała, wiedząc, że naprawdę byłam w stanie zwolnić.
Dotarłam w końcu do drzwi i usiadlam, robiąc to bardzo ostrożnie. W końcu nie miałam zbyt długiej spódniczki. Na szczęście, obyło się bez większych incydentów.
- Dzisiaj...? - Mruknęła Julia.
- Heeej, już jestem! - Powiedziałam, wyrzucając ręcę w górę w podporządkowaniu. Jeśli ktoś, kto mnie znał by to zobaczył pewnie zaniósłby się śmiechem. Nigdy nie byłam podporządkowana, co z pewnością wiecie.
- Taak, a teraz ruszajmy się trochę powyginać, jak prawdziwe dziewczyny.
Zapięłam pas, a gdy tylko się to stało Julia ruszyła z zawrotną prędkością. Teraz już wiedziałam, co Grzebaczek czuł w takich sytuacjach. Szybkość nie była tym, co mnie zaskoczyło. Trzy razy lecąc ponaddźwiękową kapsułą osiągałam większą prędkość. Ale to nie było to. Bardziej przeraziło mnie jej lekkomyślne postępowanie. A najbardziej to, że jestem w to zamieszana.
- Włącz radio - powiedziała Julia, spoglądając na mnie.
- Jasne - odparłam, wciskając guzik. Smutne piosenki poleciały z głośników. Nie lubię country. Miłość świrniętej dziewczyny lub oszukującego faceta. Jeśli wszystkie ludzkie związki są takie złe to ja spadam. Kolejny arguement za zniszczeniem Ziemi. Jeśli nie można sobie poradzić z własnymi problemami, jaki sens ma ratowanie świata?
- Nie, nie - zmarszczyła nos - Przełącz.
Tak więc skakałam po kilku stacjach, jednak Julia wciąż nie była zadowolona.
- Dobra, weź to wyłącz, nie ma tu nic ciekawego.
Zrobiłam to, o co mnie poprosiła, ponieważ miała całkowitą rację. Piosenki były nudne albo po prostu żałosne. Siedziałyśmy w ciszy, jednak nie była ona niekomfortowa. Patrzyłam w okno. Byłyśmy na "totalnym odludziu", jak niektórzy to nazywali. Obszar był zalesiony, zielony i tylko droga miała tutaj inny kolor.
Nigdy nie miałam doświadczenia z przebywaniem w klubie. Więc jak będzie tutaj. Na pewno nie będzie taki pozerski, jak mogłoby się wydawać.
- Prawie jesteśmy - Julia uśmiechnęła się, jakby czytała mi w myślach.
Jechałyśmy kretą drogą, aż w końcu odbiłyśmy w prawo. Droga była pusta, więc szybko ją przemierzyłyśmy i zjechałyśmy na ogromny parking i przysadzisty budynek, który po prostu tutaj wyrósł. Z jakiegoś powodu nie potrafiłam sobie wyobrazić ekipy budowlanej, która realizowała ten projekt.
- Phenom - powiedziała Julia, wskazując na szary budynek naprzeciwko nas. Nie mogłam się powstrzymać i zaśmiałam się. Byłam nieźle rozczarowana. Wszyscy mówili o tym miejscu, jakby naprawdę było niesamowite. A nie było. Julia spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała.
Zaprakowała w strefie, która była możliwe najbliżej obiektu (ale i tak była daleko). Może budynek tak nie wyglądał, ale oceniając po ilości samochodów, które się tutaj znajdowały było to dość popularne miejsce. Ludzkie życie. Nigdy nie przestaje zadziwiać.
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam był brak znaków. Myślę, że to jedno z tych miejsc, które nie potrzebują zbyt wielu oznaczać, bo sam wiesz, gdzie możesz przebywać, a gdzie nie. Jedyne wielkie oznaczenie widniało nad ciężkimi, szarymi metalowymi drzwiami. Potem zorientowałam się, że "Phenom" nie był akutalną nazwą klubu. Teraz brzmiała ona "Phenomena". Napis zaznaczony był w ekscentryczny, biały, neonowy napis.
- Gotowa? - Zapytała, wyłąłczając silnik.
- Urodziłam się gotowa - odparłam, posyłając jej mój najgroźniejszy uśmiech i zarzuciłam włosami, jak robiła to Lili.
- Więc ruszajmy - i bez kolejnych zbędnych słów, wysiadłyśmy z auta. Powietrze było jako tako ciepłe, więc czułam się dobrze.
- Zaczekaj. To może Ci się przydać - oznajmiła i rzuciła mi kurtkę o rękawach 3/4 długości ze sztucznej skóry - Nie będzie tak ciepło przez całą noc.
- Dzięki - powiedziałam, wsuwając ją na siebie - A teraz na serio chodźmy.
- Jak sobie życzysz, tak też będzie - odparła tajemnicznym głosem, biorąc mnie pod ramię. Podeszłyśmy chwiejnym krokiemdo drzwi frontowych, które mimo wszystko były w pewnej odległości od samochodu. Jeszcze raz podziękowałam Frondowi za tak wygodne buty. Przed wejściem stał ochroniarz, blokując je całkowicie.Wyglądał na groźnego i nieustępliwego, ale na pewno nie tak bardzo jak Butler. W ogóle nie sądzę, żeby był ktoś lepszy od niego pod tym względem. Ale wracając do tematu bodyguarda, muszę przyznać, że był przystojnym mężczyzną, a nawet bardzo. Był wysokiim afroamerykaninem z mleczną karnacją i przenikliwymi, brązowymi oczami. Miał długie rzęsy, aż za długie jak na faceta tego typu. Długie włosy zabarwione były na czarno i brązowo, i skręcone w dredy, które z kolei opadały mu na twarz, jednocześnie artykułując wysoko położone kości policzkowe i idealny romański nos. Nosił czarne dżinsy, które podkreślały jego zgrabne nogi. Z kolei ciemny T-Shirt, opięty na klatce piersiowej uwydatniał muskuły. Tylko jedno słowo mogło go opisać: łał!
- Witajcie, piękne Panie - powiedział. Jego głos był przenikający i wysoki. Słowa wypowiadał z lekko jamajskim akcentem - Nazywam się Adonis.
Ah, więc tak. Adonis. To było sensowne. Adonis był greckim herosem, który słynął ze swojej urody. Podbił serce Afrodyty (bogini miłości i piękności) i Pesefony (bogini pory wiosennej i żona Hadesa). Na jego nieszczęście, wiele bogów płci męskiej było zazdrosnych i skończył zmaskarowany przez dzika. Jego krew zabarwiła kwiaty i rzeki na czerwono.
Ten mężczyzna z pewnościa zasługiwał na to imię. Ale wydawał się być pantoflarzem i dzięki komplementom mógł zmusić kobiety do robienia tego, czego chciał.
- Cześć Adonis - odparła Julia, trzepiąc rzęsami. Ojj, czasem potrafiła nieźle flirtowac. Ale wygladało na to, że on tego nie zauważał. Prawdopodobnie napotykał już kobiety, które rzucały mu się do stóp.
- Cześć - powiedziałam, uśmiechając się i w nijaki sposób kpiąc z nich obu. Z zapału Julii i oczekiwań Adonisa. Powiedziałabym, że tylko ludzie, ale mijałoby się to z prawdą, więc: wszystkie gatunki są szownistyczne. Postrzegają kobietę, jako słabszą. I może jest to zgodne z rzeczywistością w niektórych przypadkach, ale jednak nie zawsze.
- Mogę zapytać, jak się nazywacie? - Uniósł brew.
- Nazywam się Julia, a to moja najlepsza przyjaciółka Holinda. Wydałam z siebie przytłumiony jęk. Nie chciałam, aby cokolwiek o mnie wiedział. Ale co mogłam zrobić?
CHEEEEEEEEEEEEEEEER! <3
P.s. Dajcie znać, jak są gdzieś błędy, o :) I spóźnionych Wesłoych Świąt oraz udanego Sylwestra :)
Przekład jednej z najbardziej rozpoznawalnych serii fan-artów o Artemisie Fowlu, autorstwa einstinette.
Rozdział 14 'Czas przygotowania: Artemis i Butler' część 2
Dwie opcje z czterech. Jedna z dwóch była trochę pomocna. Więc została matka i Holly. Holly na koniec - definitywnie. Nie mogłem pytać jej o takie rzeczy. Chociaż może powiem to w ten sposób - z dwojga złego lepiej wybrać mamę. Była mniej denerwująca. Z trudem ruszyłem do góry do pokoju matki i ocja, który zajęli zanim się urodziłem. Delikatnie zapukałem w drzwi.
- Wejdź - zawołał głos matki. Postąpiłem krok do przodu; wszystko zawsze było takie same, mimo, że czas mijał. Ściany nadal miały ten głebki kolor karmazynu, a na podłodze leżał dywan z motywem winorośli - Arty - zagruchała - Czego potrzebujesz, kochanie? - "Kochanie". Było to jedno z tcyh absurdalnych ksywek, które mi nadała po powrocie z podróży w czasie i jej czarotropii, ale gdybym jej to powiedział, chyba by mnie zabiła. I oczywiście nie sprzeciwiam się dlatego, że nie chcę jej znowu zranić.
Ostrożnie podszedłem w jej stronę, uważając na dywan pode mną. Stawiałem stopy pomiędzy winoroślami, pamietając słowa ojca. "Jeśli staniesz na winorośli musisz policzyć do dziesięciu". Naprawdę, nie miałem czasu czy cierpliwości, aby natrafiać na takie małe nieszczęścia.
Matka pobłażliwie się do mnie uśmiechnęła. Wyglądała, jakbym właśnie zrobił jej najlepszy prezent.
- Próbujesz nie nadepnąć na winne grona? - Odwzajemniłem gest. Znała mnie tak dobrze. Kiedy znalazłem się już przy niej rozłożyła ręce. Bez wahania się w nie rzuciłem. Przytuliła mnie mocno, a ja zrobiłem to samo. Mimo że byłem nastolatkiem, w tym momencie czułem się jak mały chłopiec. Na myśl przyszły mi też czasy, kiedy szukałem w nich pocieszenia, ale nie dostałem żadnego. Właśnie dlatego teraz te momenty wydawały się jeszcze bardziej magiczne.
- Cześć matko (Ło, mnie by mama zabiła, gdybym się tak odezwała ~ Some) - powiedziałem, ale wtedy poczułem, że jest spięta - To znaczy, cześć mamo.
Znowu rozprawiała o tym, jak powinienem ją nazywać. Sądzi, że "matka" jest zbyt formalna i musimy to zmienić. Więc obiecałem, że spróbuję.
- Dobrze, że w końcu się pojawiłeś. Usiądź - powiedziała, klepiąc miejsce na łóżku obok siebie.
- Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadzam - odparłem i klapnąłem obok niej.
- Nonsens - zagaiła, i machnęła ręką, jakby odganiała ten głupi pomysł - Nigdy tego nie robisz. Zawsze znajdę dla Ciebie czas.
Poczułem, jak coś łapie mnie za serce. Są rzeczy, o których wiesz doskonale, ale zawsze dobrze jest je usłyszeć kolejny raz, zbliżyć się, mimo wszystkich obowiązków, które się posiada. Ale cóż, to i tak nie ułatwiało mi tego, z czym tu przyszedłem.
- Dzięki matko - odpowiedziałem, nie będąc pewnym, jak zacząć konwersacje. Wtedy sobie uświadomiłem, że jeśli jest się Fowlem takie rzeczy Cię nie spotykają.
- Mamo - przypomniała mi.
- Mamo - poprawiłem się - Ja... Ja potrzebuję Twojej rady - Zawsze mam problem z płynnym mówieniem, kiedy zaczynam się denerwować. To może być symptom, który objawia się przez zmiany na lepsze w moim życiu. Ale szczerze mówiąc, wykluczałem to, że mogę stawać się głupszy - Jeśli nie masz nic przeciwko.
- Oczywiście, czy chodzi o Holly? - Zapytała. Wiedziała wszystko o tym w jakich stosunkach byłem z wróżkami. W końcu przez sposób, w jaki była wyleczona było niemożliwe, aby ją zmesmeryzować albo zatrzeć pamięć. Ale tak w zasadzie to dobrze się składa, ze ktoś z rodzny o nich wie. Ale niestety jej wiedza zeszła teraz tylko na temat Holly.
- Nie - powiedziałem i poczułem, że twarz oblewa mi rumieniec z powodu rozmowy, która miała nastąpić - Nie, mamo. Jesteśmy tylko przyjaciółmi - stwierdziłem.
Mama zachichotała i odrzuciła swoje blond włosy, jak nastolatka próbująca przyciągnąć uwagę.
- Oczywiście, że tak. Ale wiesz, ja i tata powtarzaliśmy to samo - Nie myśl o tym. Będzie na to jeszcze mnóstwo czasu. Poza tym, może jednak lepiej tego nie robić.
- Tak, ale MY jesteśmy inni, a czasy się zmieniły.
- Och Arty... Aż poczułam się starzej - nadąsała się.
Odchrząknąłem i wyjąkałem kilka słów:
- Nie mamo... Nie jesteś stara.
- Dziękuję, synu - zaśmiała się. A kiedy w końcu zdołała się opanować dodała - Jednakże czasy nie zmieniły się aż tak bardzo.
- Mamo... Możemy w końcu przejść do mojego problemu? - Zapytałem, chcąc uciec od tematu Holly Niedużej.
- To znaczy? Nie sądziłam, że możesz mieć problem z czymś innym? - Na pewno pomyślała, że na inne sprawy jestem zbyt inteligenty... I w sumie miała rację. Była przyzwyczajona, że ze wszystkim sobie radzę, ale teraz nie o to się rozchodziło. Przynajmniej nigdy wcześniej o tym nie wspominałem.
- Będziesz zaskoczona... - Wymamrotałem.
- Mów, synku - uśmiechnęła się delikatnie.
- Tak więc... Planowałem dziś wypaść do Phenomu... - Zacząłem, ale matka mi przerwała.
- Z tą świetną dziewczyną, Minerwą, prawda? - Zapytałam, pormieniując z dumy. I wtedy coś sobie uświadomiła - Od kiedy Ty gdziekolwiek wychodzisz?
- Od teraz, matko. I nie, idę tam po to, aby się zabawić z Julią i jej przyjaciółką.
- Dziewczyną...? - Uniosła brwi i nachyliła się do przodu. Wiedziałem, że uwielbia tą wiadomość. Teraz miała pewność, że interesowałem się płcią przeciwną. Jak najbardziej chciała się tego dowiedzieć.
- No... Tak - odparłem, a moja twarz oblała się rumieńcem.
- Och... Co masz zamiar włożyć?
- To powód, dla którego przyszedłem - przynzałem, nie mogąc dłużej ukrywać prawdy - Co ludzie ubierają na takie okazje...?
- Wiesz Arty, to dość ciężkie pytanie - powiedziała - Muszę chwilę pomyśleć - usiadła i pogładziła się po brodzie, myśląc.
- Tak...? - Nacisnąłem po kilku sekundach. Raczej byłem cierpliwy, ale teraz nie miałem zbyt wiele czasu.
- Większość na pewno włożyła by coś w stylu obcisłych spodni, koszulkę z kamizelką... I trampki.
- Ale ja nie jestem zwykłym młodzieńcem.
- Tak, to prawda. Nigdy byś tego nie załozył. Więc musimy znaleźć coś jednocześnie unikalnego i eleganckiego. - Eleganckiego? Naprawdę? Uniosłem brwi do góry. Matka i tak gotowa była poświęcić się temu zjęciu. Jak to bywało w genach Fowlów - Wątpisz w to? - Zapytała, a jej oczy zaiskrzyły - Możesz być geniuszem, ale akurat w tej dziedzinie jestem ekspertem.
- Dobrze w takim razie, daję Ci wolną rękę - odparłem, dając jej pozwolenie na to, co chciała zrobić.
- Chodź - powiedziała, chwytając mnie za ramię. Poprowadziła mnie przez pokój, do mojego.
Od razu podeszła do garderoby. Nie patrzała na mnie, wyrzucając praktycznie wszystko z szafy. Nie przegapiła również szuflady z bielizną, co wprawiło mnie w zakłopotanie. Wyciągneła niebieskie, jedwabne bokserki.
- Te będą odpowiednie - odchrząnkęła. Ruszyłem do łazienki, kiedy zobaczyłem, że mama się uśmiecha.
- Arty, równie dobrze możesz przebrać się tutaj. Pamiętaj, że to ja zmieniałam Ci pieluchy. Nie ma nic, co by się od wtedy w Tobie zmieniło - wiedziałem, że moja twarz jest cała czerwona. Ale postanowiłem, że nic nie powiem. Poszedłem się przebrać, nie żeby przebieranie bielizny było jakąkolwiek koniecznością.
Po chwili wróciłem z powrotem... A mama nadal się szczerzyła.
- Mamo, po co tak właściwie miałem zmieniać bokserki...? - Zapytałem tym razem bez żadnego zwahania.
- Większość ludzi to robi... Takie zmiany, chyba wiesz po... - Zaczęła - Kiedy ja wychodziłam z Twoim tatą, zmieniałam, co tylko mogłam - No i zacząłem dostrzegać cel, w który zmierzała ta rozmowa. I musiałem ją zatrzymać.
- Matko... - Urwała mi.
- Wiesz, co miałam na myśli. Właśnie bieliznę. Jak myślisz, jak wypadasz? - Zapytała. Poczułem lekkie mdłości. A raczej okropne. Są rzeczy, o których dobrze wiesz, ale nie chcesz o nich myśleć. Nowa polityka, którą obrała mama, aby być totalnie szczerą chyba nie będzie wpływała na mnie zbyt dobrze.
Postanowiłem, że nie powiem nic więcej. Usiadłem na łóżku i obserwowałem, jak przeszukuje rzeczy, szybko i efektywnie. Chwilę później na podłodze leżały dwie kupy ubrań. Jedna w stylu "nigdy nie ubierać do klubu" i druga "z możliwymi opcjami w tej sytuacji".
- Hm, chyba znalazłam odpowiedni ciuch - uśmiechnęła się promieniście - Włóż to - rzuciła mi kilka ubrań.
Tym razem nie pozwoliłem na żadną konwersację na temat zostawania w pokoju, jako iż nie chciałem znowu wysłuchiwać okropnych informacji... Wciągnąłem czarne spodnie. Były długie, proste i trochę węższe, niż te które lubiłem. Potem włożyłem niebieską bluzkę, która od razu zapiąłem - a na nią czarną kamizelkę. Wtedy matka wyciągnęła z pudełka buty, które kiedyś tam schowałem.
- Te będą najlepsze - powiedziała.
- Jeny - jąknąłem, brzmiąc jak nastolatek - Muszę?
- Tak - odparła mama, podając mi ciemne stopki. Założyłem je. Trampki były biało czarne. Naprawdę nie chciałem ich ubierać, ale matka była, jak każdy Fowl. Nie odpuści.
- Proszę Arty, specjalnie je wzięłam - odpowiedziała, wydymając wargę. Jak już powiedziałem, zrobi wszystko, aby wygrać. Nawet jeśli ma grać nie fair.
- Dobrze - zgodziłem się, nie chcąc zranić jej uczuć - Włożę je - Byłem trochę zaskoczony, kiedy to zrobiłem. Były jako tako wygodne. Prawie tak samo jak mokasyny albo inne eleganckie buty. Nie żebym miał to kiedykolwiek przyznać.
- Dziękuję matko... Mamo - poprawiłem się po chwili. Stare nawyki niegdy nie zginą. Definitywnie. Wciąż nie jestem gotowy, aby zrobić z tym cokolwiek.
- Nie, nie. Nie jesteś jeszcze gotowy - powiedziała, a jej oczy lekko zapłonęły. Nerwowo przęłknąłem ślinę. To co nadchodziło nie mogło być zbyt przyjemne.
Jakby tu ująć w młodzieżowym języku po prostu - o nie.
- Co jeszcze?
- Po pierwsze muszę trochę pokombinować przy koszuli - zaśmiała się.
- Co z nią nie tak? - Zażadałem wyjaśnienia, patrząc w dół czy czasem nie zapomniałem zapiąć któregos guzika. Ale oczywiście - nie.
Zawsze przywiązuje wagę do takich drobiazgów. Nie było nic gorszego niż mieć rozpięty rozporek na spotkaniu...
- Nic. Pomijając fakt, jak wygląda kiedy jest cała zapięta - zmarszczyła nos i spoglądała na mnie, jakby popełnił przestępstwo.
- Co? - Zapytałem - Nie wiem, o co Ci chodzi.
- Patrz Arty, naprawię to - I rozpięła kilka pierwszych guzików bluzki, tak, że widać było mój tors.
- Hm... Wiesz co? Rozepnij kamizelkę i ściągnij bluzkę - poradził i zrobiłem to, zanim zdążyła się do tejo zabrać. Wróciła do mnie ze stosem ciuchów i wyciągnęła z niego białą męską bokserkę - Najpierw to, a potem niebieska bluzka.
Wykonałem nakaz.
- Jest lepiej? - Spytałem mamy.
- Nie, załóż z powrotem kamizelkę i zapnij koszulkę tak, jak zrobiłam to wcześniej.
Podeszła do mnie i podwinęła rękawy powyżej łokci.
- Jeszcze dwie rzeczy - dodała, chichocząc kiedy sfrustrowany westchnąłem. Nigdy się stąd nie wydostanę - Spokojnie, zaraz skończę.
Wyciągnęła dwie pary okularów przeciwsłonecznych. Jedne były białe, drugie czarne - Które?
- Żadne? - Zapytałem z nadzieją. Oczywiście miałem pewność, że nie pójdzie po mojej myśli. Nie przy kobiecie.
- Czarne - odpowiedziała za mnie, podając odpowiednie - Zostały włosy - spojrzała w zamyśleniu. Lekko je przeczesała, ale nie nadała im zwyczajnego wyglądu. Zerknąłem do lustra. Nawet trochę byłem zaskoczony przez to, jak wyglądam. Ta czynność nadała mi trochę starszy wygląd - Gotowe - uśmiechnęła się. Szczerze mówiąc, już chyba nigdy nie przesyanie się szczerzyć. Ale to nawet miła niespodzianka, po starych czasach, gdy ciągle była cicho i nawet mnie nie rozpoznawała.
- Dziękuję, matko - powiedziałem, kiedy ją ściskałem.
- Mamo - poprawiła mnie, klepiąc po plecach.
- Dzięki, mamo.
- Nie ma problemu, skarbie. Swoją drogą, którym autem pojedziesz? - Nie myślałem o tym. A miałem dość duży wybór. Chociaż w większości były czarne... Dwa Bentleye, dwa Porsche Turbo 911 (czerwone i srebrne!), Dixie 350z i dwa Ahtony Martin Vanquishe (niestety nie znam polskich nazw ~ Some). No i oczywiście były odpowiednio zmodyfikowane, żeby nie wydzielać tak wiele dwutlenku węgla - Powinienieś zapytać Butlera, w końcu to on najbardziej lubi jeździć.
Wiem, co myślicie. Tak, potrafię prowadzić, ale zazwyczaj tego nie robię. Butler potrafi się bardzo na tym skupić, podcza gdy ja nie. Poza tym trudniej mu mnie wtedy obronić. Sądzi, że to by go rozpraszało. No i lubi mieć pewność, że pasażerowie są bezpieczni.
- Tak.
- No dobrze, miłej zabawy - odparła, machając dłonią na pożegnanie.
- Na pewno - uśmiechnąłem się, opuszczając pokój. Musiałem znaleźć Butlera. Oczywiście nie zajęło to zbyt długo, ponieważ czekał na mnie u dołu schodów.
- Hm, kto by się spodziewał? - Zaśmiałem się. Butler nie wyglądał tak, jak zawsze. Miał na sobie ciemnoszare, tweedowe spodnie i białą, prążkowaną koszulę, która była rozpięta, tak jak moja. Ale on przynajmniej miał, co pokazać.
- Nawzajem - odpowiedział - Twoja mama świetnie się spisała.
- Pewnie - uśmiechnąłem się - Wyglądasz na dość podekscytowanego.
- Bardzo dawno temu byłem w klubie. Z drugiej strony, to samo widzę u Ciebie. Będzie zabawnie.
- Zabawnie? - Zapytałem zaciekawiony - Co masz na myśli?
- Zaufaj mi, zobaczysz, kiedy dotrzemy na miejsce - Nie chciałem dalej naciskać. I tak byłem szczęśliwy, że nie powróciliśmy na temat o Holly.
Wzruszyłem ramionami.
- Możemy iść? - Spytał Butler.
- Jaki weźmiemy samochód? - Odpowiedziałem pytaniem na pytanie, mieliśmy liczny wybór.
- Hm, cos bardziej sportowego?
Więc na pewno nie Bentley.
- Vanquish? - Zabrzmialo to, jakbym wciąż nie wiedział, o którego mu chodzi.
- Dobry wybór - pokiwał głową z aprobatą - Jaki kolor?
Nie miałem pojęcia. Na pewno nie czarny. Zbyt ciemny i nie na taką okazję:
- Czerwony.
Butler mruknął.
- Co? - Poczułem się skrępowany.
- Nic - odparł. Ruszył w stronę drzwi samochodu. Ale byłem tam pierwszy. Przekręciłem kluczyki i wyszczerzyłem zęby. Obdarzyłem go moim najlepszym wampirzym uśmiechem.
- Ja prowadzę.
Po kilku godzinach od "wstawienia" notki zauważyłam, że ciagle mam ją w kopiach roboczych :))
- Wejdź - zawołał głos matki. Postąpiłem krok do przodu; wszystko zawsze było takie same, mimo, że czas mijał. Ściany nadal miały ten głebki kolor karmazynu, a na podłodze leżał dywan z motywem winorośli - Arty - zagruchała - Czego potrzebujesz, kochanie? - "Kochanie". Było to jedno z tcyh absurdalnych ksywek, które mi nadała po powrocie z podróży w czasie i jej czarotropii, ale gdybym jej to powiedział, chyba by mnie zabiła. I oczywiście nie sprzeciwiam się dlatego, że nie chcę jej znowu zranić.
Ostrożnie podszedłem w jej stronę, uważając na dywan pode mną. Stawiałem stopy pomiędzy winoroślami, pamietając słowa ojca. "Jeśli staniesz na winorośli musisz policzyć do dziesięciu". Naprawdę, nie miałem czasu czy cierpliwości, aby natrafiać na takie małe nieszczęścia.
Matka pobłażliwie się do mnie uśmiechnęła. Wyglądała, jakbym właśnie zrobił jej najlepszy prezent.
- Próbujesz nie nadepnąć na winne grona? - Odwzajemniłem gest. Znała mnie tak dobrze. Kiedy znalazłem się już przy niej rozłożyła ręce. Bez wahania się w nie rzuciłem. Przytuliła mnie mocno, a ja zrobiłem to samo. Mimo że byłem nastolatkiem, w tym momencie czułem się jak mały chłopiec. Na myśl przyszły mi też czasy, kiedy szukałem w nich pocieszenia, ale nie dostałem żadnego. Właśnie dlatego teraz te momenty wydawały się jeszcze bardziej magiczne.
- Cześć matko (Ło, mnie by mama zabiła, gdybym się tak odezwała ~ Some) - powiedziałem, ale wtedy poczułem, że jest spięta - To znaczy, cześć mamo.
Znowu rozprawiała o tym, jak powinienem ją nazywać. Sądzi, że "matka" jest zbyt formalna i musimy to zmienić. Więc obiecałem, że spróbuję.
- Dobrze, że w końcu się pojawiłeś. Usiądź - powiedziała, klepiąc miejsce na łóżku obok siebie.
- Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadzam - odparłem i klapnąłem obok niej.
- Nonsens - zagaiła, i machnęła ręką, jakby odganiała ten głupi pomysł - Nigdy tego nie robisz. Zawsze znajdę dla Ciebie czas.
Poczułem, jak coś łapie mnie za serce. Są rzeczy, o których wiesz doskonale, ale zawsze dobrze jest je usłyszeć kolejny raz, zbliżyć się, mimo wszystkich obowiązków, które się posiada. Ale cóż, to i tak nie ułatwiało mi tego, z czym tu przyszedłem.
- Dzięki matko - odpowiedziałem, nie będąc pewnym, jak zacząć konwersacje. Wtedy sobie uświadomiłem, że jeśli jest się Fowlem takie rzeczy Cię nie spotykają.
- Mamo - przypomniała mi.
- Mamo - poprawiłem się - Ja... Ja potrzebuję Twojej rady - Zawsze mam problem z płynnym mówieniem, kiedy zaczynam się denerwować. To może być symptom, który objawia się przez zmiany na lepsze w moim życiu. Ale szczerze mówiąc, wykluczałem to, że mogę stawać się głupszy - Jeśli nie masz nic przeciwko.
- Oczywiście, czy chodzi o Holly? - Zapytała. Wiedziała wszystko o tym w jakich stosunkach byłem z wróżkami. W końcu przez sposób, w jaki była wyleczona było niemożliwe, aby ją zmesmeryzować albo zatrzeć pamięć. Ale tak w zasadzie to dobrze się składa, ze ktoś z rodzny o nich wie. Ale niestety jej wiedza zeszła teraz tylko na temat Holly.
- Nie - powiedziałem i poczułem, że twarz oblewa mi rumieniec z powodu rozmowy, która miała nastąpić - Nie, mamo. Jesteśmy tylko przyjaciółmi - stwierdziłem.
Mama zachichotała i odrzuciła swoje blond włosy, jak nastolatka próbująca przyciągnąć uwagę.
- Oczywiście, że tak. Ale wiesz, ja i tata powtarzaliśmy to samo - Nie myśl o tym. Będzie na to jeszcze mnóstwo czasu. Poza tym, może jednak lepiej tego nie robić.
- Tak, ale MY jesteśmy inni, a czasy się zmieniły.
- Och Arty... Aż poczułam się starzej - nadąsała się.
Odchrząknąłem i wyjąkałem kilka słów:
- Nie mamo... Nie jesteś stara.
- Dziękuję, synu - zaśmiała się. A kiedy w końcu zdołała się opanować dodała - Jednakże czasy nie zmieniły się aż tak bardzo.
- Mamo... Możemy w końcu przejść do mojego problemu? - Zapytałem, chcąc uciec od tematu Holly Niedużej.
- To znaczy? Nie sądziłam, że możesz mieć problem z czymś innym? - Na pewno pomyślała, że na inne sprawy jestem zbyt inteligenty... I w sumie miała rację. Była przyzwyczajona, że ze wszystkim sobie radzę, ale teraz nie o to się rozchodziło. Przynajmniej nigdy wcześniej o tym nie wspominałem.
- Będziesz zaskoczona... - Wymamrotałem.
- Mów, synku - uśmiechnęła się delikatnie.
- Tak więc... Planowałem dziś wypaść do Phenomu... - Zacząłem, ale matka mi przerwała.
- Z tą świetną dziewczyną, Minerwą, prawda? - Zapytałam, pormieniując z dumy. I wtedy coś sobie uświadomiła - Od kiedy Ty gdziekolwiek wychodzisz?
- Od teraz, matko. I nie, idę tam po to, aby się zabawić z Julią i jej przyjaciółką.
- Dziewczyną...? - Uniosła brwi i nachyliła się do przodu. Wiedziałem, że uwielbia tą wiadomość. Teraz miała pewność, że interesowałem się płcią przeciwną. Jak najbardziej chciała się tego dowiedzieć.
- No... Tak - odparłem, a moja twarz oblała się rumieńcem.
- Och... Co masz zamiar włożyć?
- To powód, dla którego przyszedłem - przynzałem, nie mogąc dłużej ukrywać prawdy - Co ludzie ubierają na takie okazje...?
- Wiesz Arty, to dość ciężkie pytanie - powiedziała - Muszę chwilę pomyśleć - usiadła i pogładziła się po brodzie, myśląc.
- Tak...? - Nacisnąłem po kilku sekundach. Raczej byłem cierpliwy, ale teraz nie miałem zbyt wiele czasu.
- Większość na pewno włożyła by coś w stylu obcisłych spodni, koszulkę z kamizelką... I trampki.
- Ale ja nie jestem zwykłym młodzieńcem.
- Tak, to prawda. Nigdy byś tego nie załozył. Więc musimy znaleźć coś jednocześnie unikalnego i eleganckiego. - Eleganckiego? Naprawdę? Uniosłem brwi do góry. Matka i tak gotowa była poświęcić się temu zjęciu. Jak to bywało w genach Fowlów - Wątpisz w to? - Zapytała, a jej oczy zaiskrzyły - Możesz być geniuszem, ale akurat w tej dziedzinie jestem ekspertem.
- Dobrze w takim razie, daję Ci wolną rękę - odparłem, dając jej pozwolenie na to, co chciała zrobić.
- Chodź - powiedziała, chwytając mnie za ramię. Poprowadziła mnie przez pokój, do mojego.
Od razu podeszła do garderoby. Nie patrzała na mnie, wyrzucając praktycznie wszystko z szafy. Nie przegapiła również szuflady z bielizną, co wprawiło mnie w zakłopotanie. Wyciągneła niebieskie, jedwabne bokserki.
- Te będą odpowiednie - odchrząnkęła. Ruszyłem do łazienki, kiedy zobaczyłem, że mama się uśmiecha.
- Arty, równie dobrze możesz przebrać się tutaj. Pamiętaj, że to ja zmieniałam Ci pieluchy. Nie ma nic, co by się od wtedy w Tobie zmieniło - wiedziałem, że moja twarz jest cała czerwona. Ale postanowiłem, że nic nie powiem. Poszedłem się przebrać, nie żeby przebieranie bielizny było jakąkolwiek koniecznością.
Po chwili wróciłem z powrotem... A mama nadal się szczerzyła.
- Mamo, po co tak właściwie miałem zmieniać bokserki...? - Zapytałem tym razem bez żadnego zwahania.
- Większość ludzi to robi... Takie zmiany, chyba wiesz po... - Zaczęła - Kiedy ja wychodziłam z Twoim tatą, zmieniałam, co tylko mogłam - No i zacząłem dostrzegać cel, w który zmierzała ta rozmowa. I musiałem ją zatrzymać.
- Matko... - Urwała mi.
- Wiesz, co miałam na myśli. Właśnie bieliznę. Jak myślisz, jak wypadasz? - Zapytała. Poczułem lekkie mdłości. A raczej okropne. Są rzeczy, o których dobrze wiesz, ale nie chcesz o nich myśleć. Nowa polityka, którą obrała mama, aby być totalnie szczerą chyba nie będzie wpływała na mnie zbyt dobrze.
Postanowiłem, że nie powiem nic więcej. Usiadłem na łóżku i obserwowałem, jak przeszukuje rzeczy, szybko i efektywnie. Chwilę później na podłodze leżały dwie kupy ubrań. Jedna w stylu "nigdy nie ubierać do klubu" i druga "z możliwymi opcjami w tej sytuacji".
- Hm, chyba znalazłam odpowiedni ciuch - uśmiechnęła się promieniście - Włóż to - rzuciła mi kilka ubrań.
Tym razem nie pozwoliłem na żadną konwersację na temat zostawania w pokoju, jako iż nie chciałem znowu wysłuchiwać okropnych informacji... Wciągnąłem czarne spodnie. Były długie, proste i trochę węższe, niż te które lubiłem. Potem włożyłem niebieską bluzkę, która od razu zapiąłem - a na nią czarną kamizelkę. Wtedy matka wyciągnęła z pudełka buty, które kiedyś tam schowałem.
- Te będą najlepsze - powiedziała.
- Jeny - jąknąłem, brzmiąc jak nastolatek - Muszę?
- Tak - odparła mama, podając mi ciemne stopki. Założyłem je. Trampki były biało czarne. Naprawdę nie chciałem ich ubierać, ale matka była, jak każdy Fowl. Nie odpuści.
- Proszę Arty, specjalnie je wzięłam - odpowiedziała, wydymając wargę. Jak już powiedziałem, zrobi wszystko, aby wygrać. Nawet jeśli ma grać nie fair.
- Dobrze - zgodziłem się, nie chcąc zranić jej uczuć - Włożę je - Byłem trochę zaskoczony, kiedy to zrobiłem. Były jako tako wygodne. Prawie tak samo jak mokasyny albo inne eleganckie buty. Nie żebym miał to kiedykolwiek przyznać.
- Dziękuję matko... Mamo - poprawiłem się po chwili. Stare nawyki niegdy nie zginą. Definitywnie. Wciąż nie jestem gotowy, aby zrobić z tym cokolwiek.
- Nie, nie. Nie jesteś jeszcze gotowy - powiedziała, a jej oczy lekko zapłonęły. Nerwowo przęłknąłem ślinę. To co nadchodziło nie mogło być zbyt przyjemne.
Jakby tu ująć w młodzieżowym języku po prostu - o nie.
- Co jeszcze?
- Po pierwsze muszę trochę pokombinować przy koszuli - zaśmiała się.
- Co z nią nie tak? - Zażadałem wyjaśnienia, patrząc w dół czy czasem nie zapomniałem zapiąć któregos guzika. Ale oczywiście - nie.
Zawsze przywiązuje wagę do takich drobiazgów. Nie było nic gorszego niż mieć rozpięty rozporek na spotkaniu...
- Nic. Pomijając fakt, jak wygląda kiedy jest cała zapięta - zmarszczyła nos i spoglądała na mnie, jakby popełnił przestępstwo.
- Co? - Zapytałem - Nie wiem, o co Ci chodzi.
- Patrz Arty, naprawię to - I rozpięła kilka pierwszych guzików bluzki, tak, że widać było mój tors.
- Hm... Wiesz co? Rozepnij kamizelkę i ściągnij bluzkę - poradził i zrobiłem to, zanim zdążyła się do tejo zabrać. Wróciła do mnie ze stosem ciuchów i wyciągnęła z niego białą męską bokserkę - Najpierw to, a potem niebieska bluzka.
Wykonałem nakaz.
- Jest lepiej? - Spytałem mamy.
- Nie, załóż z powrotem kamizelkę i zapnij koszulkę tak, jak zrobiłam to wcześniej.
Podeszła do mnie i podwinęła rękawy powyżej łokci.
- Jeszcze dwie rzeczy - dodała, chichocząc kiedy sfrustrowany westchnąłem. Nigdy się stąd nie wydostanę - Spokojnie, zaraz skończę.
Wyciągnęła dwie pary okularów przeciwsłonecznych. Jedne były białe, drugie czarne - Które?
- Żadne? - Zapytałem z nadzieją. Oczywiście miałem pewność, że nie pójdzie po mojej myśli. Nie przy kobiecie.
- Czarne - odpowiedziała za mnie, podając odpowiednie - Zostały włosy - spojrzała w zamyśleniu. Lekko je przeczesała, ale nie nadała im zwyczajnego wyglądu. Zerknąłem do lustra. Nawet trochę byłem zaskoczony przez to, jak wyglądam. Ta czynność nadała mi trochę starszy wygląd - Gotowe - uśmiechnęła się. Szczerze mówiąc, już chyba nigdy nie przesyanie się szczerzyć. Ale to nawet miła niespodzianka, po starych czasach, gdy ciągle była cicho i nawet mnie nie rozpoznawała.
- Dziękuję, matko - powiedziałem, kiedy ją ściskałem.
- Mamo - poprawiła mnie, klepiąc po plecach.
- Dzięki, mamo.
- Nie ma problemu, skarbie. Swoją drogą, którym autem pojedziesz? - Nie myślałem o tym. A miałem dość duży wybór. Chociaż w większości były czarne... Dwa Bentleye, dwa Porsche Turbo 911 (czerwone i srebrne!), Dixie 350z i dwa Ahtony Martin Vanquishe (niestety nie znam polskich nazw ~ Some). No i oczywiście były odpowiednio zmodyfikowane, żeby nie wydzielać tak wiele dwutlenku węgla - Powinienieś zapytać Butlera, w końcu to on najbardziej lubi jeździć.
Wiem, co myślicie. Tak, potrafię prowadzić, ale zazwyczaj tego nie robię. Butler potrafi się bardzo na tym skupić, podcza gdy ja nie. Poza tym trudniej mu mnie wtedy obronić. Sądzi, że to by go rozpraszało. No i lubi mieć pewność, że pasażerowie są bezpieczni.
- Tak.
- No dobrze, miłej zabawy - odparła, machając dłonią na pożegnanie.
- Na pewno - uśmiechnąłem się, opuszczając pokój. Musiałem znaleźć Butlera. Oczywiście nie zajęło to zbyt długo, ponieważ czekał na mnie u dołu schodów.
- Hm, kto by się spodziewał? - Zaśmiałem się. Butler nie wyglądał tak, jak zawsze. Miał na sobie ciemnoszare, tweedowe spodnie i białą, prążkowaną koszulę, która była rozpięta, tak jak moja. Ale on przynajmniej miał, co pokazać.
- Nawzajem - odpowiedział - Twoja mama świetnie się spisała.
- Pewnie - uśmiechnąłem się - Wyglądasz na dość podekscytowanego.
- Bardzo dawno temu byłem w klubie. Z drugiej strony, to samo widzę u Ciebie. Będzie zabawnie.
- Zabawnie? - Zapytałem zaciekawiony - Co masz na myśli?
- Zaufaj mi, zobaczysz, kiedy dotrzemy na miejsce - Nie chciałem dalej naciskać. I tak byłem szczęśliwy, że nie powróciliśmy na temat o Holly.
Wzruszyłem ramionami.
- Możemy iść? - Spytał Butler.
- Jaki weźmiemy samochód? - Odpowiedziałem pytaniem na pytanie, mieliśmy liczny wybór.
- Hm, cos bardziej sportowego?
Więc na pewno nie Bentley.
- Vanquish? - Zabrzmialo to, jakbym wciąż nie wiedział, o którego mu chodzi.
- Dobry wybór - pokiwał głową z aprobatą - Jaki kolor?
Nie miałem pojęcia. Na pewno nie czarny. Zbyt ciemny i nie na taką okazję:
- Czerwony.
Butler mruknął.
- Co? - Poczułem się skrępowany.
- Nic - odparł. Ruszył w stronę drzwi samochodu. Ale byłem tam pierwszy. Przekręciłem kluczyki i wyszczerzyłem zęby. Obdarzyłem go moim najlepszym wampirzym uśmiechem.
- Ja prowadzę.
Po kilku godzinach od "wstawienia" notki zauważyłam, że ciagle mam ją w kopiach roboczych :))
Rozdział 14 'Czas przygotowania: Artemis i Butler' część 1
Dodaję notkę za Wilhelma, który nie ma za bardzo czasu przez obecną pracę.
- Mówisz poważnie? - Zapytał Butler. Jego brwi były lekko uniesione i wskazywały, że jest naprawdę ciekawy.
- Oczywiście, że tak - odparłem - Rzadko kiedy żartuję.
Butler zaśmiał się, prawdopodobnie na wspomnienie tego, kiedy ostatni raz o tym rozmawialiśmy - To było prawdą, aczkolwiek teraz już nie za bardzo nią jest.
Poczułem lekko kpiący uśmiech wypływający mi na buzię - Zmieniłem się.
- Ogromnie - wyszczerzył zęby - W dużej mierze ze względu przez ludzi Cię otaczających... I Holly - Zawahał się przy ostatnim słowie, oceniając moją reakcję.
- Tak, to dużo wprowadziło w moje nowe ja.
- A jeśli już mówimy o Holly...
Próbowałem powstrzymać westchnięcie, ale mi nie wyszło: - Co z nią?
- Słuchaj Artemisie... Przez ten długi czas tak wiele między wami zaszło... Kiedy w końcu... Się zejdziecie?
- Butler, zapewniam Cię, że jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- To niesamowite - powiedział kręcąc głową i drapiąc się w czaszkę.
- Co? - Zapytałem zaciekawiony. Naprawdę, jeśli Butlera coś zdumiewało musiało to być również intrygujące.
- Jesteś najinteligentniejszą osobą, jaką znam. W tym momencie, na kogoś tak mądrego - jesteś głupi. Na kogoś pomysłowego i wszechstronnie uzdolnionego - jesteś naiwny. Na kogoś, kto widzi wszystko - jesteś ślepy. Na kogoś, kto słyszy wszystko - jesteś głuchy. Na kogoś tak elokwentnego - jesteś durniem i nie potrafisz nic powiedzieć.
- Wytłumacz to - zażądałem - Dlaczego jestem głupi, naiwny, ślepy, głuchy, durny i nie potrafię nic powiedzieć?
- Głupi, ponieważ nie pojmujesz tego, co każdy chce Ci powiedzieć i czego chce Cię nauczyć. Nieważne, jak bardzo jest to łatwe w zrozumieniu - nie ogarniasz.
- A czego chcecie mnie nauczyć? - Zapytałem z niecierpliwością.
- Ślepy, bo nie widzisz tego, co tak naprawdę Cię dotyczy i jest wprost przed Tobą - kontynuował, jakby mnie w ogóle nie usłyszał - Głuchy, jako iż nie słyszysz tego głosu w swym sercu, który do Ciebie krzyczy, pyta, nie błaga, o odpowiedź.
- Błaga? - Bądźmy szczerzy, Butler potrafi iść na całość, kiedy ma już dość tego, co chodzi mu po głowie.
- Naiwny, ponieważ odrzucasz prawdziwe uczucia, nie mając żadnego doświadczenia. Durny, bo nie potrafisz wyznać, czego chcesz. Nawet z tym swoim słownictwem, nie umiesz się wyrazić.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - Wzruszyłem ramionami. I tak kłamałem.
- Cholernie dobrze wiesz, że chodzi o Holly - odparł, uderzając dłońmi w moje biurko. Komputer lekko zadrżał, kiedy jego ręce zderzyły się z polerowanym machoniem.
Przewróciłem oczami, nawet nie próbując ukryć mojego zniecierpliwienia i niedowierzenia - Dalej. Co w związku z nią? - Dopytywałem się, pocierając skronie.
- Kocha cię, Artemisie - powiedział otwarcie. Poczułem, że serce bije mi szybciej, kiedy chciałem od razu zapomnieć o słowach, które wypowiedział. Nie mogłem myśleć o nich, jak o prawdziwej rzeczy. Nie ma mowy, żeby Holly lubiła mnie w ten sposób.
- Artemisie... O czym myślisz?
- Że się mylisz, stary przyjacielu.
- Jesteś pewny, że to właśnie zaprząta Ci głowę? - A niech Cię szlag, Butler. Przez te wszystkie lata znajomości wie, jak odbierać i rozumieć moje emocje. Jasne, że to toleruję, ale w tym momencie musiałem się zastanowić nad tym wszystkim.
- Jasne. A tak na marginesie: co Ty o tym sądzisz? - Zapytałem z tonem, który wyrażał, że nie jest to dla mnie najważniejsze.
- Nieźle, Artemisie - zaśmiał się, opierając się o biurko - Ale niech będzie, to jedyna szansa, jaką mam. Myślę, że czujesz to samo, ale się boisz.
- Boję? - Byłem oburzony. Fowlów nie zastrasza nic. A szczególnie mnie - Nie przeraża mnie nic. A już na pewno nie Holly.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział Butler, przewracając oczami. Był za bardzo przyzwyczajony do mojej złości, aby teraz się nią przejmować. Kiedy byłem młodszy miewałem napady złości. To, jak zachowywałem się teraz było miodem - Nie, nie. Masz rację - Niestety, sarkazm, i naprawde twierdził, że się mylę. Ale ja nigdy nie popełniam błędów.
- Ta - wymamrotałem, zwracając z powrotem uwagę na wyświetlacz ekranu komputera - Hm. Chyba powinienem... Powinniśmy się zacząć przygotowywać.
- Na? - Zapytał zdezorientowany.
- Idziemy do klubu.
- Poważnie? - Znowu zadał pytanie, a jego usta się otworzyły. Deja vu. Znowu o tym rozmawiamy, ale w sumie nie jest źle. Zapowida się wręcz komicznie.
- Naprawdę nusimy to powtarzać? - Westchnąłem - Nie żartuję.
- Teraz owszem - poprawił mnie.
- Prawda - odpowiedziałem z kpiącym uśmieszkiem - Ale nie nabijam się, jeśli chodzi o wyjście dzisiejszego wieczoru.
- Dobra. Zaciekawiłeś mnie. Dlaczego chcesz to zrobić?
- Po pierwsze - tata będzie zadowolony, a po drugie - dowiem się więcej o Holindzie Briefs.
- Oczywiście. Tylko dlatego to robisz - powiedział z niedowierzeniem.
- Tak.
- Więc czemu nie zaczynasz się przygotowywać?
- Szukam tutaj czegoś - powiedziałem, przeglądając stronę SKR.
- To jest? - Zapytał - I czemu to tak ważne?
- Właśnie tego próbuję się dowiedzieć.
Butler stał przez chwilę cicho, próbując zrozumieć o co mi tak właściwie chodzi. Ciągle wpatrywałem się w ekran, przewijałem stronę chcąc znaleźć jakieś pogłoski na temat Holly i Kłopota. Ale jedyne informacje, na ktore udało mi się natrafić były na temat ich ostatniego sukcesu w jakiejś sprawie. Żadnych sprywatyzowanych newsów i czułem się coraz bardziej sfrustrowany. I oczywiście artykuły nie wspomniały o osobie, która im pomogła. Nigdy. Spojrzałem na zegarek w rogu komputera. Wskazywał 20.30.
Westchnąłem - Chyba muszę się za siebie zabrać - Wstałem i rozciągnąłem odrętwiałe kończyny. Siedzenie przy komputerze przez cały dzień nie jest zbyt zdrowe. Przynajmniej nie dla mnie. Jutro trochę pozajmuję się jazdą.
- Racja. Chyba też to zrobię - dodał Butler, kiedy podnosił swoje gigantyczne ciało z krzesła - To znaczy, jeśli naprawdę mówisz poważnie.
- Mówię poważnie - odparłem, kiedy opuszczałem pokój. Z trudem wspiąłem się po schodach i wszedłem do mojego pokoju. Przeciągnąłem przesuwane drzwi prowadzące do garderoby.
Przekroczyłem próg i rozejrzałem się po ciuchach, które wisiały wokół mnie. Było tu pełno garniturów, elegenckich spodni róznego kroju w kolorach od szarego do czarnego. Były również gustowne koszule w różnych odcieniach. Ujrzałem również mokasyny i inne szykowne buty. I wtedy coś do mnie dotarło. Nie mialem pojęcia, co ubrać do klubu, bo nigdy w nim nie byłem. Chyba potrzebowałem czyjejś pomocy.
W miejscu, w którym otrzymam jej więcej niż kpiny czy drażnienia. Julia wiedziałao ciuchach najwięcej, ale jej tu nie było. Rownież ojciec i Butler byli poza zasięgiem. Tata zbyt bardzo przejmował się moim życiem społecznym i gdyby dowiedział się, że nie mam o czymś pojęcia natychmiast by to sprostował. Butler powiedziałby coś w stylu tego, co mówiła zawsze Holly, gdyby go o coś poprosił.
Miałem wybór pomiędzy pięcioma osobami: bliźniakami, Ogierkiem, mamą lub Holly. I niezależnie kogo bym zapytał i tak byłoby to kłopotliwe. Po pierwsze, chłopcy... W ogóle nie wiedzieli nic o klubach. I to lepiej dla nich. Chociaż Beckett ciągle stykał się z kulturą pop. Z drugiej strony, oni najmniej mnie stresowali. Wziąłem głęboki wdech i szybko zapukałem do drzwi. Stanęły otworem, ukazaując eksperymentującego Mylesa.
- Cześć - powiedzialem, rozglądając się za Beckettem. Skrzywiłem się, widząc nieporządek po stronie Becketta. W przeciwieństwie do Mylesa, który miał nieskazitelnie czyste stanowisko. W końcu dostrzegłem, że po drugiej stronie coś się rusza - O, tutaj jesteś, Beckett.
- Artemisie, skąd wiedziałeś, że to ja?
- Doświadczenie - uśmiechnąłem się - Zbyt dobrze Cie znam, aby nabrać się na takie łatwe sztuczki.
- Cześć Artemisie - wtrącił się Myles, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Pod wieloma względami bardzo przypominał mnie samego. Mam nadzieję, że nie popełni takich błędów, jakie zrobiłem ja.
- Heeej, Atemisie! - Dodał Beckett, kiedy w końcu uświadomił sobie, że zachował się nieodpowiednio. Uśmiechnął się do mnie, kiedy próbował założyć swoje blond włosy do tyłu - Coś się stało?
- Nic - odparłem, przewracając oczyma przez ten głupi slang.
- Słyszeliśmy, że gdzieś się wybierasz - dodał Myles. Nie byłem zadowolny, że newsy rozchodzą się tak szybko. Z innym geniuszem w jednym domu musiałem być bardzo uważny. Chociaż z drugiej strony Butler mógł powiedzieć im przez przypadek. No i jeszcze jeden aspekt - uczyłem się, jak działa prawdziwa rodzina.
- Owszem - przyznałem, walcząc z rumieńcem, który wypływał na moją twarz.
- Tak czy siak, czemu to robisz? - Zapytał Myles, jakbym właśnie popełnil przestępstwo. Chociaż z jego myśleniem wcale nie byłoby to coś zadziwiającego.
- Zrozumiesz to, gdy będziesz starszy - obiecałem, patrząc na niego z czułością. Lepiej, żeby doświadczył życia zanim pojawią się dziewczyny i dojrzewanie, i zaczną komplikować wszystko.
- Sądzę, że moje IQ jest wystarczająco wysokie, aby to zrozumieć - powiedział sarkastycznie. Tak jak ja bym to zrobił - To nie może być trudniejesze niż fizyka kwantowa.
Też tak myślałem zanim zacząłem dojrzewać. Wtedy do całego równania doszły dziewczyny i do tej pory nie mam pojęcia, jak je rozwiązać.
- Twoje IQ jest większe niż wystarczające - poczochrałem jego kręcone, blond włosy - I powiem Ci coś, z mojego doświadczenia - jest to bardziej trudne niż fizyka kwantowa. Zrozumiesz to, kiedy będziesz w moim wieku.
- Masz na myśli dziewczyny i dojrzewanie? - Zapytał Myles.
- Może - odparłem, przeklinając jego blyskotliwość. Jak to ktoś powiedział: "geniusz jest wielkim dobrodziejstwem, ale zarówno i przekleństwem" - Czasem po prostu trzeba się oderwać.
- Tak czy siak, co tutaj robisz? - Spytał tym razem Beckett. Zawsze przodował w zbieraniu newsów. I właśnie to go wyróżniało.
- Prawdę mówiąc... Potrzebuję pomocy. Twojej, Beckettcie - powiedziałem, zaczynając nienawidzić siebe, że go o to proszę.
- On? - Myles zaśmiał się - A po co Ci jego asysta?
- Oł, Myles jest zazdrosny. Co mogę dla Ciebie zrobić, Artemisie?
- Tak właściwie... - Zacząłem, ale wtedy coś mnie uderzyło: Co ja w ogóle robię? Chcę zapytać młodszego brata o pomoc? - Och, nieważne.
- Nie, chciałeś zapytać. Dokończ to.
- Ma rację, Artemisie - Myles potwierdził słowa brata. Również był bardzo ciekawy.
- Dobrze - westchnąłem, wiedząc że mi nie odpuszczą - Wychodzę i nie wiem, co mam na siebie ubrać. Macie jakieś pomysły?
- Pomysły? Wiesz, że mamy dopiero po cztery lata? - Zapytał Beckett.
Myles przytaknął: - W ogóle nie mamy pojęcia. I na razie raczej nie możemy się tam wybierać.
- Taaak, dzięki za wszystko - powiedziałem sarkastycznie, byłem na siebie wściekły, że zapytałem - Idę poszukać kogoś pomoże mi naprawdę.
- Do zobaczenia Artemisie - bliźniacy zaskrzeczeli razem. Wyrzuciłem ręce w górę, kiedy wyszedłem. Młodsi bracie czasem potrafią być tak irytujący. A co ciekawe, kolejna osoba, do której mogę się zwrócic nie jest o wiele lepsza. Ogierek. Zapewniam, że to nie będzie zbyt przyjemne. Przeszedłem przez drzwi do swojego pokoju.
Przekręciłem pierścień wokoło i podlączyłem do powerbook'a. Wysłałem do niego rządanie odbioru przychodzącej video rozmowy. Odpowiedział mniej-więcej po dwóch sekundach.
- Cześć Błotny Chłopaczku - powiedział - Znowu do mnie dzwonisz.
- To przez tą Twoją super osobowość - zażartowałem. (axaxax...)
- Pewnie - przewrócił oczami - A teraz serio. Czego potrzebujesz
- Czy to zawsze muszą być jakieś ważne cele? Nie mogę po prostu zadzwonić, żeby powiedzieć "cześć"?
- Taa - odparł, machając lekceważąco ręką.
- No dobra - przyznałem - Mam ukryte motywy.
- Nigdy bym nie zgadł - sapnął Ogierek, jakby w podekscytowaniu.
- Sarkazm odstaw na bok, albo zostawię Cię, żebyś siedział sobie tak w ciekawości.
- Spróbuję. Wow, ale czemu akurat ja na zasługuję na to, aby mi powiedzieć.
- Planowałem się gdześ wybrać i zastanawiałem się...
- Nie. Wybacz, Arty, nie jesteś w moim typie - przerwał mi.
- Dorośnij Ogierku - zaśmiałem się - Chciałem zapytać, czy byś mi nie pomógł.
Ogierek złożył palce w pirmaidkę, a brudza przecięła jego czoło:
- Zaciekawiłeś mnie.
- Jak już powiedziałem, idę do klubu dziś wieczorem. Do Phenomu.
- Oł - zaskrzeczał Ogierek - Mój mały Arty dorasta! Idzie na imprezę.
- Tak - przytaknąłem zdenerwowany.
- Ale to nie wyjaśnia, dlaczego potrzebujesz mojej pomocy. Potrzebujesz rady, jak przyciągać do siebie kobity?
Zrozumienie ostatniego zdania zajęło mi chwilę. A kiedy to się stało wybuchnąłem śmiechem:
- Jasne, jasne. Przecież masz w tym ogromne doświadczenie - wykrztusiłem.
Ogierek mrugnał, ale nie skomentował:
- Tak czy siak... Czego potrzebujesz?
Wracaj na ziemię, trzeba w końcu kogoś poprosić. Znając Ogierka najprawdopodobniej nagrywał całą rozmowę. Nie było innej możliwości. A ja musiałem to z siebie w końcu wyrzucić. Wziąłem głęboki wdech i powiedziałem:
- Nie wiem, w co się ubrać.
Ogierek chwilę mi się przyglądał, jakby nie zrozumiał, co właściwie powiedzialem. Chwilę potem to on zaczął się głośno śmiać. Kiedy w końcu przestał jego twarz była czerwona - Wybacz Artemisie, to było po prostu zbyt śmieszne.
- Tak, tak - odpowiedziałem urażonym tonem, ale również z zażenowaniem - A teraz, jeśli już skończyłeś...
- Racja, wróćmy do Twojego malutkiego problemu - powiedział i pogłaskał podbródek, jakby głęboko się zamyślił - A co Twoim zdaniem móglbyś na siebie włożyć?
Poruszyłem się, czując dyskomfort. Wiedząc, co pomyślałby o moim wyborze, nie miałem zamiaru odpowiadać. Ale chyba wyczytał mi to z myśli:
- Garniak? Serio?
- Rozważałem to - przyznałem szczerze.
- Wyśmialiby Cię w cholerę. Potrzebujesz czegoś... Zwyczajnego.
- Nie posiadam takich rzeczy.
- Ale możesz skądś je wytrzasnąć?
- Co dokładnie masz na myśli?
- Myślę, że jakieś ciemne, wąskie dżinsy i obcisła koszulka, która eksponowałaby mięśnie - o ile jakieś posiadasz... I trampki.
- Dżinsy...? Trampki...? - Zapytałem, a usta same mi się otworzyły - Ty mnie w ogóle znasz?
- Spójrz na to w ten sposób Arty. Chciałeś rady. Ja mówię: idź w czym chcesz, ale chociaż raz wyglądaj odpowiednio do sytuacji.
- Ogierku, ale ja nie noszę dżinsów!
- Wiem, ale raz już je na sobie miałeś. Wtedy w Berlinie, przy kradzieży obrazu.
- I nienawidzę tego momentu ani trochę!
- Wybacz Artemisie, ale nic więcej nie mogę zrobić. Twój wybór, co założysz.
- Rozumiem - zapewniłem go - Na pewno ich nie włożę, ale dzięki za radę.
- W porządku. Po to tu jestem. Aby zaspokoić kaprys człowieka - powiedział, przerywając połączenie. Muszę przyznać, z jednej strony miał rację.
- Mówisz poważnie? - Zapytał Butler. Jego brwi były lekko uniesione i wskazywały, że jest naprawdę ciekawy.
- Oczywiście, że tak - odparłem - Rzadko kiedy żartuję.
Butler zaśmiał się, prawdopodobnie na wspomnienie tego, kiedy ostatni raz o tym rozmawialiśmy - To było prawdą, aczkolwiek teraz już nie za bardzo nią jest.
Poczułem lekko kpiący uśmiech wypływający mi na buzię - Zmieniłem się.
- Ogromnie - wyszczerzył zęby - W dużej mierze ze względu przez ludzi Cię otaczających... I Holly - Zawahał się przy ostatnim słowie, oceniając moją reakcję.
- Tak, to dużo wprowadziło w moje nowe ja.
- A jeśli już mówimy o Holly...
Próbowałem powstrzymać westchnięcie, ale mi nie wyszło: - Co z nią?
- Słuchaj Artemisie... Przez ten długi czas tak wiele między wami zaszło... Kiedy w końcu... Się zejdziecie?
- Butler, zapewniam Cię, że jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- To niesamowite - powiedział kręcąc głową i drapiąc się w czaszkę.
- Co? - Zapytałem zaciekawiony. Naprawdę, jeśli Butlera coś zdumiewało musiało to być również intrygujące.
- Jesteś najinteligentniejszą osobą, jaką znam. W tym momencie, na kogoś tak mądrego - jesteś głupi. Na kogoś pomysłowego i wszechstronnie uzdolnionego - jesteś naiwny. Na kogoś, kto widzi wszystko - jesteś ślepy. Na kogoś, kto słyszy wszystko - jesteś głuchy. Na kogoś tak elokwentnego - jesteś durniem i nie potrafisz nic powiedzieć.
- Wytłumacz to - zażądałem - Dlaczego jestem głupi, naiwny, ślepy, głuchy, durny i nie potrafię nic powiedzieć?
- Głupi, ponieważ nie pojmujesz tego, co każdy chce Ci powiedzieć i czego chce Cię nauczyć. Nieważne, jak bardzo jest to łatwe w zrozumieniu - nie ogarniasz.
- A czego chcecie mnie nauczyć? - Zapytałem z niecierpliwością.
- Ślepy, bo nie widzisz tego, co tak naprawdę Cię dotyczy i jest wprost przed Tobą - kontynuował, jakby mnie w ogóle nie usłyszał - Głuchy, jako iż nie słyszysz tego głosu w swym sercu, który do Ciebie krzyczy, pyta, nie błaga, o odpowiedź.
- Błaga? - Bądźmy szczerzy, Butler potrafi iść na całość, kiedy ma już dość tego, co chodzi mu po głowie.
- Naiwny, ponieważ odrzucasz prawdziwe uczucia, nie mając żadnego doświadczenia. Durny, bo nie potrafisz wyznać, czego chcesz. Nawet z tym swoim słownictwem, nie umiesz się wyrazić.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - Wzruszyłem ramionami. I tak kłamałem.
- Cholernie dobrze wiesz, że chodzi o Holly - odparł, uderzając dłońmi w moje biurko. Komputer lekko zadrżał, kiedy jego ręce zderzyły się z polerowanym machoniem.
Przewróciłem oczami, nawet nie próbując ukryć mojego zniecierpliwienia i niedowierzenia - Dalej. Co w związku z nią? - Dopytywałem się, pocierając skronie.
- Kocha cię, Artemisie - powiedział otwarcie. Poczułem, że serce bije mi szybciej, kiedy chciałem od razu zapomnieć o słowach, które wypowiedział. Nie mogłem myśleć o nich, jak o prawdziwej rzeczy. Nie ma mowy, żeby Holly lubiła mnie w ten sposób.
- Artemisie... O czym myślisz?
- Że się mylisz, stary przyjacielu.
- Jesteś pewny, że to właśnie zaprząta Ci głowę? - A niech Cię szlag, Butler. Przez te wszystkie lata znajomości wie, jak odbierać i rozumieć moje emocje. Jasne, że to toleruję, ale w tym momencie musiałem się zastanowić nad tym wszystkim.
- Jasne. A tak na marginesie: co Ty o tym sądzisz? - Zapytałem z tonem, który wyrażał, że nie jest to dla mnie najważniejsze.
- Nieźle, Artemisie - zaśmiał się, opierając się o biurko - Ale niech będzie, to jedyna szansa, jaką mam. Myślę, że czujesz to samo, ale się boisz.
- Boję? - Byłem oburzony. Fowlów nie zastrasza nic. A szczególnie mnie - Nie przeraża mnie nic. A już na pewno nie Holly.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział Butler, przewracając oczami. Był za bardzo przyzwyczajony do mojej złości, aby teraz się nią przejmować. Kiedy byłem młodszy miewałem napady złości. To, jak zachowywałem się teraz było miodem - Nie, nie. Masz rację - Niestety, sarkazm, i naprawde twierdził, że się mylę. Ale ja nigdy nie popełniam błędów.
- Ta - wymamrotałem, zwracając z powrotem uwagę na wyświetlacz ekranu komputera - Hm. Chyba powinienem... Powinniśmy się zacząć przygotowywać.
- Na? - Zapytał zdezorientowany.
- Idziemy do klubu.
- Poważnie? - Znowu zadał pytanie, a jego usta się otworzyły. Deja vu. Znowu o tym rozmawiamy, ale w sumie nie jest źle. Zapowida się wręcz komicznie.
- Naprawdę nusimy to powtarzać? - Westchnąłem - Nie żartuję.
- Teraz owszem - poprawił mnie.
- Prawda - odpowiedziałem z kpiącym uśmieszkiem - Ale nie nabijam się, jeśli chodzi o wyjście dzisiejszego wieczoru.
- Dobra. Zaciekawiłeś mnie. Dlaczego chcesz to zrobić?
- Po pierwsze - tata będzie zadowolony, a po drugie - dowiem się więcej o Holindzie Briefs.
- Oczywiście. Tylko dlatego to robisz - powiedział z niedowierzeniem.
- Tak.
- Więc czemu nie zaczynasz się przygotowywać?
- Szukam tutaj czegoś - powiedziałem, przeglądając stronę SKR.
- To jest? - Zapytał - I czemu to tak ważne?
- Właśnie tego próbuję się dowiedzieć.
Butler stał przez chwilę cicho, próbując zrozumieć o co mi tak właściwie chodzi. Ciągle wpatrywałem się w ekran, przewijałem stronę chcąc znaleźć jakieś pogłoski na temat Holly i Kłopota. Ale jedyne informacje, na ktore udało mi się natrafić były na temat ich ostatniego sukcesu w jakiejś sprawie. Żadnych sprywatyzowanych newsów i czułem się coraz bardziej sfrustrowany. I oczywiście artykuły nie wspomniały o osobie, która im pomogła. Nigdy. Spojrzałem na zegarek w rogu komputera. Wskazywał 20.30.
Westchnąłem - Chyba muszę się za siebie zabrać - Wstałem i rozciągnąłem odrętwiałe kończyny. Siedzenie przy komputerze przez cały dzień nie jest zbyt zdrowe. Przynajmniej nie dla mnie. Jutro trochę pozajmuję się jazdą.
- Racja. Chyba też to zrobię - dodał Butler, kiedy podnosił swoje gigantyczne ciało z krzesła - To znaczy, jeśli naprawdę mówisz poważnie.
- Mówię poważnie - odparłem, kiedy opuszczałem pokój. Z trudem wspiąłem się po schodach i wszedłem do mojego pokoju. Przeciągnąłem przesuwane drzwi prowadzące do garderoby.
Przekroczyłem próg i rozejrzałem się po ciuchach, które wisiały wokół mnie. Było tu pełno garniturów, elegenckich spodni róznego kroju w kolorach od szarego do czarnego. Były również gustowne koszule w różnych odcieniach. Ujrzałem również mokasyny i inne szykowne buty. I wtedy coś do mnie dotarło. Nie mialem pojęcia, co ubrać do klubu, bo nigdy w nim nie byłem. Chyba potrzebowałem czyjejś pomocy.
W miejscu, w którym otrzymam jej więcej niż kpiny czy drażnienia. Julia wiedziałao ciuchach najwięcej, ale jej tu nie było. Rownież ojciec i Butler byli poza zasięgiem. Tata zbyt bardzo przejmował się moim życiem społecznym i gdyby dowiedział się, że nie mam o czymś pojęcia natychmiast by to sprostował. Butler powiedziałby coś w stylu tego, co mówiła zawsze Holly, gdyby go o coś poprosił.
Miałem wybór pomiędzy pięcioma osobami: bliźniakami, Ogierkiem, mamą lub Holly. I niezależnie kogo bym zapytał i tak byłoby to kłopotliwe. Po pierwsze, chłopcy... W ogóle nie wiedzieli nic o klubach. I to lepiej dla nich. Chociaż Beckett ciągle stykał się z kulturą pop. Z drugiej strony, oni najmniej mnie stresowali. Wziąłem głęboki wdech i szybko zapukałem do drzwi. Stanęły otworem, ukazaując eksperymentującego Mylesa.
- Cześć - powiedzialem, rozglądając się za Beckettem. Skrzywiłem się, widząc nieporządek po stronie Becketta. W przeciwieństwie do Mylesa, który miał nieskazitelnie czyste stanowisko. W końcu dostrzegłem, że po drugiej stronie coś się rusza - O, tutaj jesteś, Beckett.
- Artemisie, skąd wiedziałeś, że to ja?
- Doświadczenie - uśmiechnąłem się - Zbyt dobrze Cie znam, aby nabrać się na takie łatwe sztuczki.
- Cześć Artemisie - wtrącił się Myles, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Pod wieloma względami bardzo przypominał mnie samego. Mam nadzieję, że nie popełni takich błędów, jakie zrobiłem ja.
- Heeej, Atemisie! - Dodał Beckett, kiedy w końcu uświadomił sobie, że zachował się nieodpowiednio. Uśmiechnął się do mnie, kiedy próbował założyć swoje blond włosy do tyłu - Coś się stało?
- Nic - odparłem, przewracając oczyma przez ten głupi slang.
- Słyszeliśmy, że gdzieś się wybierasz - dodał Myles. Nie byłem zadowolny, że newsy rozchodzą się tak szybko. Z innym geniuszem w jednym domu musiałem być bardzo uważny. Chociaż z drugiej strony Butler mógł powiedzieć im przez przypadek. No i jeszcze jeden aspekt - uczyłem się, jak działa prawdziwa rodzina.
- Owszem - przyznałem, walcząc z rumieńcem, który wypływał na moją twarz.
- Tak czy siak, czemu to robisz? - Zapytał Myles, jakbym właśnie popełnil przestępstwo. Chociaż z jego myśleniem wcale nie byłoby to coś zadziwiającego.
- Zrozumiesz to, gdy będziesz starszy - obiecałem, patrząc na niego z czułością. Lepiej, żeby doświadczył życia zanim pojawią się dziewczyny i dojrzewanie, i zaczną komplikować wszystko.
- Sądzę, że moje IQ jest wystarczająco wysokie, aby to zrozumieć - powiedział sarkastycznie. Tak jak ja bym to zrobił - To nie może być trudniejesze niż fizyka kwantowa.
Też tak myślałem zanim zacząłem dojrzewać. Wtedy do całego równania doszły dziewczyny i do tej pory nie mam pojęcia, jak je rozwiązać.
- Twoje IQ jest większe niż wystarczające - poczochrałem jego kręcone, blond włosy - I powiem Ci coś, z mojego doświadczenia - jest to bardziej trudne niż fizyka kwantowa. Zrozumiesz to, kiedy będziesz w moim wieku.
- Masz na myśli dziewczyny i dojrzewanie? - Zapytał Myles.
- Może - odparłem, przeklinając jego blyskotliwość. Jak to ktoś powiedział: "geniusz jest wielkim dobrodziejstwem, ale zarówno i przekleństwem" - Czasem po prostu trzeba się oderwać.
- Tak czy siak, co tutaj robisz? - Spytał tym razem Beckett. Zawsze przodował w zbieraniu newsów. I właśnie to go wyróżniało.
- Prawdę mówiąc... Potrzebuję pomocy. Twojej, Beckettcie - powiedziałem, zaczynając nienawidzić siebe, że go o to proszę.
- On? - Myles zaśmiał się - A po co Ci jego asysta?
- Oł, Myles jest zazdrosny. Co mogę dla Ciebie zrobić, Artemisie?
- Tak właściwie... - Zacząłem, ale wtedy coś mnie uderzyło: Co ja w ogóle robię? Chcę zapytać młodszego brata o pomoc? - Och, nieważne.
- Nie, chciałeś zapytać. Dokończ to.
- Ma rację, Artemisie - Myles potwierdził słowa brata. Również był bardzo ciekawy.
- Dobrze - westchnąłem, wiedząc że mi nie odpuszczą - Wychodzę i nie wiem, co mam na siebie ubrać. Macie jakieś pomysły?
- Pomysły? Wiesz, że mamy dopiero po cztery lata? - Zapytał Beckett.
Myles przytaknął: - W ogóle nie mamy pojęcia. I na razie raczej nie możemy się tam wybierać.
- Taaak, dzięki za wszystko - powiedziałem sarkastycznie, byłem na siebie wściekły, że zapytałem - Idę poszukać kogoś pomoże mi naprawdę.
- Do zobaczenia Artemisie - bliźniacy zaskrzeczeli razem. Wyrzuciłem ręce w górę, kiedy wyszedłem. Młodsi bracie czasem potrafią być tak irytujący. A co ciekawe, kolejna osoba, do której mogę się zwrócic nie jest o wiele lepsza. Ogierek. Zapewniam, że to nie będzie zbyt przyjemne. Przeszedłem przez drzwi do swojego pokoju.
Przekręciłem pierścień wokoło i podlączyłem do powerbook'a. Wysłałem do niego rządanie odbioru przychodzącej video rozmowy. Odpowiedział mniej-więcej po dwóch sekundach.
- Cześć Błotny Chłopaczku - powiedział - Znowu do mnie dzwonisz.
- To przez tą Twoją super osobowość - zażartowałem. (axaxax...)
- Pewnie - przewrócił oczami - A teraz serio. Czego potrzebujesz
- Czy to zawsze muszą być jakieś ważne cele? Nie mogę po prostu zadzwonić, żeby powiedzieć "cześć"?
- Taa - odparł, machając lekceważąco ręką.
- No dobra - przyznałem - Mam ukryte motywy.
- Nigdy bym nie zgadł - sapnął Ogierek, jakby w podekscytowaniu.
- Sarkazm odstaw na bok, albo zostawię Cię, żebyś siedział sobie tak w ciekawości.
- Spróbuję. Wow, ale czemu akurat ja na zasługuję na to, aby mi powiedzieć.
- Planowałem się gdześ wybrać i zastanawiałem się...
- Nie. Wybacz, Arty, nie jesteś w moim typie - przerwał mi.
- Dorośnij Ogierku - zaśmiałem się - Chciałem zapytać, czy byś mi nie pomógł.
Ogierek złożył palce w pirmaidkę, a brudza przecięła jego czoło:
- Zaciekawiłeś mnie.
- Jak już powiedziałem, idę do klubu dziś wieczorem. Do Phenomu.
- Oł - zaskrzeczał Ogierek - Mój mały Arty dorasta! Idzie na imprezę.
- Tak - przytaknąłem zdenerwowany.
- Ale to nie wyjaśnia, dlaczego potrzebujesz mojej pomocy. Potrzebujesz rady, jak przyciągać do siebie kobity?
Zrozumienie ostatniego zdania zajęło mi chwilę. A kiedy to się stało wybuchnąłem śmiechem:
- Jasne, jasne. Przecież masz w tym ogromne doświadczenie - wykrztusiłem.
Ogierek mrugnał, ale nie skomentował:
- Tak czy siak... Czego potrzebujesz?
Wracaj na ziemię, trzeba w końcu kogoś poprosić. Znając Ogierka najprawdopodobniej nagrywał całą rozmowę. Nie było innej możliwości. A ja musiałem to z siebie w końcu wyrzucić. Wziąłem głęboki wdech i powiedziałem:
- Nie wiem, w co się ubrać.
Ogierek chwilę mi się przyglądał, jakby nie zrozumiał, co właściwie powiedzialem. Chwilę potem to on zaczął się głośno śmiać. Kiedy w końcu przestał jego twarz była czerwona - Wybacz Artemisie, to było po prostu zbyt śmieszne.
- Tak, tak - odpowiedziałem urażonym tonem, ale również z zażenowaniem - A teraz, jeśli już skończyłeś...
- Racja, wróćmy do Twojego malutkiego problemu - powiedział i pogłaskał podbródek, jakby głęboko się zamyślił - A co Twoim zdaniem móglbyś na siebie włożyć?
Poruszyłem się, czując dyskomfort. Wiedząc, co pomyślałby o moim wyborze, nie miałem zamiaru odpowiadać. Ale chyba wyczytał mi to z myśli:
- Garniak? Serio?
- Rozważałem to - przyznałem szczerze.
- Wyśmialiby Cię w cholerę. Potrzebujesz czegoś... Zwyczajnego.
- Nie posiadam takich rzeczy.
- Ale możesz skądś je wytrzasnąć?
- Co dokładnie masz na myśli?
- Myślę, że jakieś ciemne, wąskie dżinsy i obcisła koszulka, która eksponowałaby mięśnie - o ile jakieś posiadasz... I trampki.
- Dżinsy...? Trampki...? - Zapytałem, a usta same mi się otworzyły - Ty mnie w ogóle znasz?
- Spójrz na to w ten sposób Arty. Chciałeś rady. Ja mówię: idź w czym chcesz, ale chociaż raz wyglądaj odpowiednio do sytuacji.
- Ogierku, ale ja nie noszę dżinsów!
- Wiem, ale raz już je na sobie miałeś. Wtedy w Berlinie, przy kradzieży obrazu.
- I nienawidzę tego momentu ani trochę!
- Wybacz Artemisie, ale nic więcej nie mogę zrobić. Twój wybór, co założysz.
- Rozumiem - zapewniłem go - Na pewno ich nie włożę, ale dzięki za radę.
- W porządku. Po to tu jestem. Aby zaspokoić kaprys człowieka - powiedział, przerywając połączenie. Muszę przyznać, z jednej strony miał rację.
Rozdział 14 'Czas przygotowania: Holly i Julia' część 2
- Och, nie bądź taka - poprosiła - Musisz któreś wybrać - Od razu się zaciekawiłam. Mogłam zadecydować, które chcę. Wow, tylko nie takie, w których mogłabym się zabić.
- Jedne z dwóch - powiedziała, podając pudełka. Jedno było duże, jasnoczerwone, a drugie małe, czarne.
- Są jakieś szanse, że któreś z nich zawiera buty na płaskim obcasie? - Zapytałam powątpiewająco.
- Niestety nie, Holly - Nie mogłam nic na to poradzić, ale wykrzywiłam twarz. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jaka była zawartość pudełek. Obraz absurdalnie wysokich szpilek zatańczył mi przed oczami - Nie są aż takie złe, no i możesz wybrać.
- Ta, bo wybór na pewno sprawi, że będę czuła się lepiej - przewróciłam oczami.
- A powinno.
- Nieważne, po prostu je pokaż - zaczynałam się już denerwować.
- Wiem, że uznasz to za... Moją własną decyzję - uśmiechnęła się.
- Gdybym miała inny wybór - wymamrotałam
- Holly, zawsze go masz - poprawiła mnie - Musisz jedynie wybrać odpowiedni.
- Tak więc, kto teraz gada za bardzo jak Arty?
- Tak czy siak - powiedziała - Zacznijmy. To numer pierwszy - Julia wyciągnęła but. Wiedziałam, że nigdy nie założę czegoś takiego. Była to para czarnych, migocących szpilek. Miały z 13 centymetrow wysokości.
- Dalej - odparłam, momentalnie zapominając o tym, co przed chwilą widziałam. Następne były o wiele lepsze. Nawet w miarę takie, które mogłabym ubrać. Były to połyskujące, wysokie, czarne i skórzane (fałszywe) buty. Miały srebrny łańcuszek i pełen obcas, raczej wysoki.Wyglądały, jakby można było w nich chodzić, nie łamiąc przy okazji nóg.
- Biorę te - powiedziałam siadając i wsuwając w nie stopy. Zaciągnęłam zamek. Buty sięgały mi do kolan
- Wspaniały wybór - Julia przewróciła oczyma - Miałaś naprawdę wiele opcji, jak udało Ci się to zrobić?
- Oddanie i talent - zachichotałam.
- Także kiedy w końcu skonczysz się tym napawać... Będziemy musiały poświęcić trochę czasu na makijaż - uśmiechnęła się.
Poczułam, jak ciepło mnie obleka. Makijaż. Nigdy go nie robiłam. Nie musisz go nosić, jeżeli nie jesteś Lily. Chociaż czasem nawet Vinyaya go robiła - okazjonalnie!
- Nie chcę.
- No proszę Cię. To Cię nie zabije.
- Może. Powiedziałam, nie.
- Ale dlaczego? - Zażądała wyjaśnienia.
- Wtedy to nie będę ja, nie moja twarz. Lubię to, w jaki sposób wyglądam.
- Holly, makijaż poprawia Twoją naturalną urodę - odparła - Jeśli to coś da to... Obiecuję, że będziesz wyglądała olśniewająco!
- Nie jak klaun? - Zapytałam, próbując stłumić dziecięcy ton w moim głosie.
- Oczywiście, że nie! - Powiedziała uspokajająco - Chodź i usiądź, wytłumaczę Ci, co mam zamiar zrobić.
Klapnęłam na skraju krzesła.
- Szczerze, pewnie myślałaś, że będę Cię torturować - wymamrotałam. Posłałam jej krótki uśmiech i pochyliłam się do tyłu, aby potrafić się zreaksować. Tego nauczyłam się podczas odnawiania magii. To śmieszne, że wszyscy myślą, że się boję. A ja po prostu nie lubię małych przestrzeni. Obcasy, makijaż, spódniczki i inne pierdoły są definitywnie dziwne. Pomijając fakt, że nie mam z nimi żadnego doświadczenia. Chodzi o to, że nie są dla mnie komfortowe i nie w mojej lidze.
- Odchyl głowę i zamknij oczy - zastosowałam się do tego - Właśnie tak - pogratulowała mi, jak matka dziecku, które narobiło pierwszy raz do nocniczka - Na początku rzecz podstawowa - I odniosła się do swoich słów. Nakładała makijaż powoli, ale bardzo pewnie. Tłumaczyła każdy swój krok - No i... Gotowe - powiedziała - Spójrz.
Otworzyłam oczy powoli i nerwowo. Ale byłam zaskoczona, kiedy się zobaczyłam. Dziewczyna w lustrze była piękna. Jasnozielony, błyszczący cień uwydatniał róznokolorowe oczy. Długie rzęsy były podkręcone, ciemne i tajemnicze. Jej usta wykrzywiły się w uśmieszku, wargi miała różowe i połyskujące. Skóra pobłyskiwała z każdym ruchem. Trudno było uwierzyć, że to ja - No... Nie-nieźle... - Zająknęłam się.
- Wiem, wyglądasz świetnie!
- Dzięki - powiedziałam, ściskając Julię.
- Już, już - odparła klepiąc mnie po plecach - Teraz kolej na mnie.
- No dobrze - powiedziałam, siadając na łóżku, kiedy ruszyła do łazienki.
- Eee... Julia? - Zawołałam, kiedy tylko wyłączyła prysznic - Sądzisz, że on naprawdę się pojawi? - Wiedziała, kogo mam na myśli.
- Nie jestem całkowicie pewna, Holly. Ale jeśli coś to dla Ciebie będzie oznaczało, prawdopodobnie tak.
- Skąd to wiesz?
- Mówiłam Ci, będzie chciał Cię sprawdzić. Z drugiej strony, ojciec dał mu naganę za ciąłe przesiadywanie w domu.
- No dobrze - skinęlam do siebie głową.
- Będziesz z nim rozmawiać, jeśli się pojawi? - Zapytałam. W jej głosie słychać było radość.
- Może. Nie wiem - przyznałam - I jak, jesteś gotowa?
- Spokojnie, za niedługo będę. Nie wolno popędzać perfekcjonistów - odparła. Przewróciłam oczami.
Siedziałam w ciszy, czułam, że mogę odpłynąć. Kiedy już traciłam nad sobą kontrolę, drzwi łazienki stanęly otworem. Stała w nich Julia. Kręcone włosy opadały jej na plecy. Twarz podkreślały ciemne, dramatyczne oczy i jaskrawe usta.
Jej ubiór był bardzo podobny do mojego. Miała ciemnozieloną mini. Na górę założyła czarną podkoszulkę, a na nią bolerko pod kolor spódniczki. Miała również identyczne buty, zza których wystawała część futbolowych skarpetek z zielonym kółkiem. Mogłam ją opisać jako ciemność mojej jasności i na odwrót. Kto był ciemniejszy, trudno było stwierdzić.
- Jak wyglądam? - Zapytała, pozując.
- Świetnie - zaśmialam się - Czuję, że głowy będą się za nami odwracały.
- Holly, Holly, Holly. To robią normalne dziewczyny. Ja i moje przyjaciółki... Za nami łamią się szyje.
- Czy właśnie nie o to chodziło?
Rozdział 14 'Czas przygotowania: Holly i Julia' część 1
Hej hej ;-)
Otworzyłam oczy. Na początku nie zorientowałam się, gdzie jestem; leżałam w całkiem innym łóżku. Nie wiedziałam skąd się tu wzięłam. Aż nagle wszystko do mnie powróciło. Centrum handlowe, Julia, Holinda Briefs. Dziś Phenom. Zauważyłam swoje odbicie w lustrze. To wciąż była Holidna. Wysoka blondynka. Ściągnęłam pierścień, będąc przemęczoną tą cała maskaradą. Położyłam go na nocnej szafce i wyszłam z pokoju na boso. Chciałam zobaczyć się z Julią.
Sądziłam, że będzie w swoim pokoju, ale nie. Siedziała na kanapie i oglądała MTV.
- Dobry, śpiochu - - zawołała nawet nie odrywając wzroku od ekranu.
- Która godzina?
- Dwudziesta! I wiesz, co w związku z tym!?
- Nie - odparłam osowiale - Ale zapewne zaraz mnie wtajemniczysz.
- Czas się przygotować! - Odpowiedziała, ignorując mój nastrój.
- Julia... Mamy trzy godziny nim wybierzemy się do klubu.
- Wiem! Ja potrzebuję tylko jednej, ale Ty dwóch!
- Taa, pewnie - Zmarszyczłam brwi. Dwie godziny? Wszystko, co muszę zrobić to wrzucić na siebie jakiś ciuch.
Kiedy jej to powiedziałam, zaoponowała:
- Nie, nie. Musimy poszukać czegoś odpowiedniego i zobaczyć, kto wygrał zakład.
O nie, całkowicie o tym zapomniałam. Julia podeszła do torby i włożyła w nią ręce. Sekundę później wyciągnęla z niej maly czarny przyrząd.
- Wygrałam - oznajmiła. Po tym przemaszerowała do kolejnych i również z nich wyciągnęła podsłuch. Rozgniotła je wszystkie.
- No przecież - wymamrotałam.
- To ja - uśmichnęła się - Rozwesel się, zaraz znajdę dla Ciebie jakiś ciuszek.
- Ale uciecha - mruknęłam ze sarkazmem.
- Zachowanie umarłego - uśmiechnęła się, przeglądając zakupy.
- Zaraz Ci go pokażę...
- Mozesz przestać mamrotać? Weź prysznic albo coś. Zawołam Cię, kiedy będę gotowa.
- No dobra - odparłam, zmierzając do ogromnej łazienki.
Wow - pomyślałam tylko, kiedy spojrzałam na wannę. Była duża, okrągła i wbudowana w podłogę. Miała beżowy kolor, krany z kości słoniowej i grawerowane poręcze. Była głęboka i szeroka, coś w stylu mniejszego basenu. Odkręciłam wodę i czekałam aż się napełni. Co w sumie zajęło tylko pięć minut i zrobiło mi dużą niespodziankę. Pamiętam tylko, że miałam niezły ubaw.
Wydawało się, że minęło dopiero kilka sekund, kiedy Julia zapukała w drzwi.
- Holly, wychodź. Musimy coś z Tobą zrobić
- Idź sobie - wymamrotałam tym razem przez pozycję, w jakiej się znajdowałam.
- Holly, przysięgam, że jeżeli nie wyjdziesz wtedy ja wejdę - pogroziła mi. D'Arvit. Wiem, że była poważna, więc nie miałam wyboru.
- No dobra, zaraz będę - odparłam, wychodząc z wanny, Szybko się wytarłam i włożyłam na siebie jeden z miłych, pluszowych szlafroków.
- W końcu - powiedziała urażona Julia, gdy się pojawiłam - Chodź.
- Gdzie idziemy? - Zapytałam, kiedy prowadzila mnie przez hol.
- Do mojego pokoju - przewróciła oczyma.
- Po co?
- Eee, ponieważ "musimy się przygotować". A wszystkie rzeczy są w moim pokoju.
- Jeeny - jęknęłam - Nie ma innej opcji?
- Nie pytaj o takie bzdury - otworzyła drzwi. Jej sypialnia wyglądała jak moja. Karmazyn i beż, balkon, telewizor.
- Co mam robić?
- Siądź i daj mi zrobić wszystko, abyś wyglądała olśniewająco.
- Okej - stęko nęłam, oklapując na krzesło - Co dalej?
- Musisz to przymierzyć - uśmiechnęła się, czymś we mniee rzucając.
Odruchowo to złapałam. Spojrzałam w dół, na to, co wpadło mi do rąk. Krew w twarzy mi odpłynęła - Naprawdę?
- Nie chodzi o to.
Skąd mogłam wiedzieć, że one tu są?
Jęknęłam w duszy, podnosząc czarne, koronkowe majtki, które wcyiągnęła z mojej torby.
- Niech to zostanie między nami, dobrze?
- Ah, więc nie chcesz, aby Arty cokolwiek o nich wiedział?
Zarumieniłam się na samą myśl o tym.
- Mogę to wytłumaczyć... - Zaczęłam.
- Nie ma takiej potrzeby - Julia usmiechnęła się w ten swój cwany sposób.
- O co teraz chodzi? - Wybuchłam zdezorientowana.
- To znaczy, że nie porzuciłaś nadziei - powiedziała, jakby naprawdę byl to zwycajny temat. Muszę prziznać, że w tym momencie naprawdę poczułam, że z chęcią bym ją uderzyła.
- Ok, odpadam. Nadziei na co?
- O mój Boże. Naprawdę nie wiesz, co oznaczają czarne figi?
- Ta, próbuję Ci to uświadomić kolejny raz. Więc jak? Oświecisz mnie?
- Dobrze - zachichotała - Oznaczają, że jesteś gotowa na... No wiesz.
Znowu się zaczerwieniłam! Julia odebrała to jako znak.
- Widzę ten rumieniec! - Uśmiechnęła się ironicznie - Mogę zapytać, czy są przeznaczone dla byłego geniusza zła?
- Nie! - Odpowiedziałam zbyt szybko i za bardzo defensywnie. Pokręciłam kilkoma kosmkami włosów (nowy nawyk!) - Dlaczego rozmawiamy o moim pożyciu seksualnym!?
Julia uśmiechnęła się.
- Jakie znowu pożycie seksualne...?
- Dość tego - mruknęłam. Tutaj wszystko się kończyło. Nie mam nic do ukrycia. Nigdy niczego takiego... Nie zrobiłam. Czekam na odpowiedniego faceta, który jeszcze się nie pojawił. Albo nie taki, o którym mogłabym mówić.
- Mam rację - klasnęła w dłonie i zaczęła skakać jak dziecko.
- Pasuję, następny temat.
- Sądzę, że powinnyśmy wrócić do fig - nie spodobało mi się, jak to zabrzmiało.
- Co proszę? - Zapytalam zmieszana.
- Myślę, że powinnaś je włożyć - odparła, podając mi czarne, ciasne stringi.
- Nie ma mowy... - Zaczęłam.
- Zanim zaczniesz paplać, muszę Ci powiedzieć, że nie ma w nich nic złego. Poza tym są całkiem nowiutkie.
- Nie chodzi o to... Stringi są po prostu... Obrzydliwe.
- Więc nie założysz ich mimo tego, jak inne będą wyglądać na Twoim tyłku?
- Nie!
- W takim razie weź te - powiedziała, ponownie rzucając we mnie czarnymi, koronkowymi figami. Szybko je włożyłam, kiedy Julia przebierała w ciuchach leżących na jej łóżku.
- Więc co mi wybrałaś? - Zapytałam, wciąż kręcąc włosami.
- Zobaczysz. Załóż to - odparła, znowu czymś we mnie rzucając. Tym razem biustonosz. Nawet pasujący. Włożyłam go na siebie bez jakiegokolwiek słowa. Kiedy odwróciłam się do Julii miała już wybrane wdzianko.
- Gotowa? - Spytała.
- Jak najbardziej - wzruszyłam ramionami - Jestem gotowa na najgorsze.
- Oj skończ, królowo dramaturgii - przewróciła oczyma - Zachowujesz się, jakbym miała Cię zabić..
- Nie jestem "królową dramaturgii" - powiedziałam urażona, kiedy chwyciła mojw dłonie i podprowadzila mnie komody.
- Owszem, jesteś. Ale nie o to chodzi - odpowiedziała, sadowiąc mnie - Wygrałam zakład.
- Co? - Zapytałam zdziwiona tym, w jakim kierunku zmierzała konwersacja.
- Ten o podsłucach Butlera. To znaczy, że wybieram Ci ciuchy.
- Pamiętam, więc możesz zrobić, co chcesz.
- Za dużo gadasz z Artym - wymamrotała.
- Właśnie nie - uśmiechnęłam się.
- W sumie masz rację. Ty i Twój chłopak nie macie na to zbyt wiele czasu.
- Nie chłopak - zaprzeczam.
- Wmawiaj sobie, co chcesz.
- Możemy to w końcu skończyć? - Byłam tym już lekko zdenerwowana.
- Dobrze, ale najpierw zamknij oczy - powiedziała, nie owijając w bawełnę.
- Naprawdę muszę? - Jęknęłam w sposób, na jaki nie przystało.
- Tak! Już! - Wrzasnęła.
Mówiąc szczerze, czulam się coraz bardziej sfrustrowana.
- Dobra! - Odwzajemniłam urazę i zamknęła oczy.
Julia chwilę krzątała się wokół mnie, a potem ruszyła w stronę łóżka.
- Otwieraj! - Zachichotała.
Zrobiłam to co mi kazała i osłupiałam w zachwyceniu. Nie takim normalnym, tylko o-mój-Boże-czy-jesteś-szalona. Julia podała mi półtop w głębokim odcieniu zieleni z głebokim dekoltem i wstążką, którą trzeba było przewiązać za szyją. Błysnęły cekiny i brylanciki. Juliet wciągnęła mi na nogi czarną mini. Na górze byla bardzo obcisła, ale idąc wzrokiem w dół trochę się poszerzała. I ukazywała zbyt dużo. Czułam się naga. Niektóre kobiety mówiły, że to im dodaje jakby siły, ale ja czułam się po prostu dziwnie.
- Julia, proszę powiedz, że żartujesz...
- W ogóle. To Twoje wdzianko.
- O nie - jęknęłam - Nigdy wiecej o nic się z Tobą nie założę.
- Tak, tak. A teraz musisz jeszcze do końca się wywiązać.
- Słucham? - Zapytałam z przezornością.
- Buty! - Zaczęła piszczeć.
- Buty - jęknęłam.
Swoją drogą to nie ja dzielę tak te notki :-) A i przepraszam, pomyślicie, znowu wymówka, bo jest leniwa, ale mam problemy ze zdrowiem ostatnio i jakoś przemęczenie naprawdę góruje dzień w dzień. Ale w końcu znalazłam jakąs iskrę i jakoś to poszło. Życzę miłego weekendu :-)
Otworzyłam oczy. Na początku nie zorientowałam się, gdzie jestem; leżałam w całkiem innym łóżku. Nie wiedziałam skąd się tu wzięłam. Aż nagle wszystko do mnie powróciło. Centrum handlowe, Julia, Holinda Briefs. Dziś Phenom. Zauważyłam swoje odbicie w lustrze. To wciąż była Holidna. Wysoka blondynka. Ściągnęłam pierścień, będąc przemęczoną tą cała maskaradą. Położyłam go na nocnej szafce i wyszłam z pokoju na boso. Chciałam zobaczyć się z Julią.
Sądziłam, że będzie w swoim pokoju, ale nie. Siedziała na kanapie i oglądała MTV.
- Dobry, śpiochu - - zawołała nawet nie odrywając wzroku od ekranu.
- Która godzina?
- Dwudziesta! I wiesz, co w związku z tym!?
- Nie - odparłam osowiale - Ale zapewne zaraz mnie wtajemniczysz.
- Czas się przygotować! - Odpowiedziała, ignorując mój nastrój.
- Julia... Mamy trzy godziny nim wybierzemy się do klubu.
- Wiem! Ja potrzebuję tylko jednej, ale Ty dwóch!
- Taa, pewnie - Zmarszyczłam brwi. Dwie godziny? Wszystko, co muszę zrobić to wrzucić na siebie jakiś ciuch.
Kiedy jej to powiedziałam, zaoponowała:
- Nie, nie. Musimy poszukać czegoś odpowiedniego i zobaczyć, kto wygrał zakład.
O nie, całkowicie o tym zapomniałam. Julia podeszła do torby i włożyła w nią ręce. Sekundę później wyciągnęla z niej maly czarny przyrząd.
- Wygrałam - oznajmiła. Po tym przemaszerowała do kolejnych i również z nich wyciągnęła podsłuch. Rozgniotła je wszystkie.
- No przecież - wymamrotałam.
- To ja - uśmichnęła się - Rozwesel się, zaraz znajdę dla Ciebie jakiś ciuszek.
- Ale uciecha - mruknęłam ze sarkazmem.
- Zachowanie umarłego - uśmiechnęła się, przeglądając zakupy.
- Zaraz Ci go pokażę...
- Mozesz przestać mamrotać? Weź prysznic albo coś. Zawołam Cię, kiedy będę gotowa.
- No dobra - odparłam, zmierzając do ogromnej łazienki.
Wow - pomyślałam tylko, kiedy spojrzałam na wannę. Była duża, okrągła i wbudowana w podłogę. Miała beżowy kolor, krany z kości słoniowej i grawerowane poręcze. Była głęboka i szeroka, coś w stylu mniejszego basenu. Odkręciłam wodę i czekałam aż się napełni. Co w sumie zajęło tylko pięć minut i zrobiło mi dużą niespodziankę. Pamiętam tylko, że miałam niezły ubaw.
Wydawało się, że minęło dopiero kilka sekund, kiedy Julia zapukała w drzwi.
- Holly, wychodź. Musimy coś z Tobą zrobić
- Idź sobie - wymamrotałam tym razem przez pozycję, w jakiej się znajdowałam.
- Holly, przysięgam, że jeżeli nie wyjdziesz wtedy ja wejdę - pogroziła mi. D'Arvit. Wiem, że była poważna, więc nie miałam wyboru.
- No dobra, zaraz będę - odparłam, wychodząc z wanny, Szybko się wytarłam i włożyłam na siebie jeden z miłych, pluszowych szlafroków.
- W końcu - powiedziała urażona Julia, gdy się pojawiłam - Chodź.
- Gdzie idziemy? - Zapytałam, kiedy prowadzila mnie przez hol.
- Do mojego pokoju - przewróciła oczyma.
- Po co?
- Eee, ponieważ "musimy się przygotować". A wszystkie rzeczy są w moim pokoju.
- Jeeny - jęknęłam - Nie ma innej opcji?
- Nie pytaj o takie bzdury - otworzyła drzwi. Jej sypialnia wyglądała jak moja. Karmazyn i beż, balkon, telewizor.
- Co mam robić?
- Siądź i daj mi zrobić wszystko, abyś wyglądała olśniewająco.
- Okej - stęko nęłam, oklapując na krzesło - Co dalej?
- Musisz to przymierzyć - uśmiechnęła się, czymś we mniee rzucając.
Odruchowo to złapałam. Spojrzałam w dół, na to, co wpadło mi do rąk. Krew w twarzy mi odpłynęła - Naprawdę?
- Nie chodzi o to.
Skąd mogłam wiedzieć, że one tu są?
Jęknęłam w duszy, podnosząc czarne, koronkowe majtki, które wcyiągnęła z mojej torby.
- Niech to zostanie między nami, dobrze?
- Ah, więc nie chcesz, aby Arty cokolwiek o nich wiedział?
Zarumieniłam się na samą myśl o tym.
- Mogę to wytłumaczyć... - Zaczęłam.
- Nie ma takiej potrzeby - Julia usmiechnęła się w ten swój cwany sposób.
- O co teraz chodzi? - Wybuchłam zdezorientowana.
- To znaczy, że nie porzuciłaś nadziei - powiedziała, jakby naprawdę byl to zwycajny temat. Muszę prziznać, że w tym momencie naprawdę poczułam, że z chęcią bym ją uderzyła.
- Ok, odpadam. Nadziei na co?
- O mój Boże. Naprawdę nie wiesz, co oznaczają czarne figi?
- Ta, próbuję Ci to uświadomić kolejny raz. Więc jak? Oświecisz mnie?
- Dobrze - zachichotała - Oznaczają, że jesteś gotowa na... No wiesz.
Znowu się zaczerwieniłam! Julia odebrała to jako znak.
- Widzę ten rumieniec! - Uśmiechnęła się ironicznie - Mogę zapytać, czy są przeznaczone dla byłego geniusza zła?
- Nie! - Odpowiedziałam zbyt szybko i za bardzo defensywnie. Pokręciłam kilkoma kosmkami włosów (nowy nawyk!) - Dlaczego rozmawiamy o moim pożyciu seksualnym!?
Julia uśmiechnęła się.
- Jakie znowu pożycie seksualne...?
- Dość tego - mruknęłam. Tutaj wszystko się kończyło. Nie mam nic do ukrycia. Nigdy niczego takiego... Nie zrobiłam. Czekam na odpowiedniego faceta, który jeszcze się nie pojawił. Albo nie taki, o którym mogłabym mówić.
- Mam rację - klasnęła w dłonie i zaczęła skakać jak dziecko.
- Pasuję, następny temat.
- Sądzę, że powinnyśmy wrócić do fig - nie spodobało mi się, jak to zabrzmiało.
- Co proszę? - Zapytalam zmieszana.
- Myślę, że powinnaś je włożyć - odparła, podając mi czarne, ciasne stringi.
- Nie ma mowy... - Zaczęłam.
- Zanim zaczniesz paplać, muszę Ci powiedzieć, że nie ma w nich nic złego. Poza tym są całkiem nowiutkie.
- Nie chodzi o to... Stringi są po prostu... Obrzydliwe.
- Więc nie założysz ich mimo tego, jak inne będą wyglądać na Twoim tyłku?
- Nie!
- W takim razie weź te - powiedziała, ponownie rzucając we mnie czarnymi, koronkowymi figami. Szybko je włożyłam, kiedy Julia przebierała w ciuchach leżących na jej łóżku.
- Więc co mi wybrałaś? - Zapytałam, wciąż kręcąc włosami.
- Zobaczysz. Załóż to - odparła, znowu czymś we mnie rzucając. Tym razem biustonosz. Nawet pasujący. Włożyłam go na siebie bez jakiegokolwiek słowa. Kiedy odwróciłam się do Julii miała już wybrane wdzianko.
- Gotowa? - Spytała.
- Jak najbardziej - wzruszyłam ramionami - Jestem gotowa na najgorsze.
- Oj skończ, królowo dramaturgii - przewróciła oczyma - Zachowujesz się, jakbym miała Cię zabić..
- Nie jestem "królową dramaturgii" - powiedziałam urażona, kiedy chwyciła mojw dłonie i podprowadzila mnie komody.
- Owszem, jesteś. Ale nie o to chodzi - odpowiedziała, sadowiąc mnie - Wygrałam zakład.
- Co? - Zapytałam zdziwiona tym, w jakim kierunku zmierzała konwersacja.
- Ten o podsłucach Butlera. To znaczy, że wybieram Ci ciuchy.
- Pamiętam, więc możesz zrobić, co chcesz.
- Za dużo gadasz z Artym - wymamrotała.
- Właśnie nie - uśmiechnęłam się.
- W sumie masz rację. Ty i Twój chłopak nie macie na to zbyt wiele czasu.
- Nie chłopak - zaprzeczam.
- Wmawiaj sobie, co chcesz.
- Możemy to w końcu skończyć? - Byłam tym już lekko zdenerwowana.
- Dobrze, ale najpierw zamknij oczy - powiedziała, nie owijając w bawełnę.
- Naprawdę muszę? - Jęknęłam w sposób, na jaki nie przystało.
- Tak! Już! - Wrzasnęła.
Mówiąc szczerze, czulam się coraz bardziej sfrustrowana.
- Dobra! - Odwzajemniłam urazę i zamknęła oczy.
Julia chwilę krzątała się wokół mnie, a potem ruszyła w stronę łóżka.
- Otwieraj! - Zachichotała.
Zrobiłam to co mi kazała i osłupiałam w zachwyceniu. Nie takim normalnym, tylko o-mój-Boże-czy-jesteś-szalona. Julia podała mi półtop w głębokim odcieniu zieleni z głebokim dekoltem i wstążką, którą trzeba było przewiązać za szyją. Błysnęły cekiny i brylanciki. Juliet wciągnęła mi na nogi czarną mini. Na górze byla bardzo obcisła, ale idąc wzrokiem w dół trochę się poszerzała. I ukazywała zbyt dużo. Czułam się naga. Niektóre kobiety mówiły, że to im dodaje jakby siły, ale ja czułam się po prostu dziwnie.
- Julia, proszę powiedz, że żartujesz...
- W ogóle. To Twoje wdzianko.
- O nie - jęknęłam - Nigdy wiecej o nic się z Tobą nie założę.
- Tak, tak. A teraz musisz jeszcze do końca się wywiązać.
- Słucham? - Zapytałam z przezornością.
- Buty! - Zaczęła piszczeć.
- Buty - jęknęłam.
Swoją drogą to nie ja dzielę tak te notki :-) A i przepraszam, pomyślicie, znowu wymówka, bo jest leniwa, ale mam problemy ze zdrowiem ostatnio i jakoś przemęczenie naprawdę góruje dzień w dzień. Ale w końcu znalazłam jakąs iskrę i jakoś to poszło. Życzę miłego weekendu :-)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)