Dwie opcje z czterech. Jedna z dwóch była trochę pomocna. Więc została matka i Holly. Holly na koniec - definitywnie. Nie mogłem pytać jej o takie rzeczy. Chociaż może powiem to w ten sposób - z dwojga złego lepiej wybrać mamę. Była mniej denerwująca. Z trudem ruszyłem do góry do pokoju matki i ocja, który zajęli zanim się urodziłem. Delikatnie zapukałem w drzwi.
- Wejdź - zawołał głos matki. Postąpiłem krok do przodu; wszystko zawsze było takie same, mimo, że czas mijał. Ściany nadal miały ten głebki kolor karmazynu, a na podłodze leżał dywan z motywem winorośli - Arty - zagruchała - Czego potrzebujesz, kochanie? - "Kochanie". Było to jedno z tcyh absurdalnych ksywek, które mi nadała po powrocie z podróży w czasie i jej czarotropii, ale gdybym jej to powiedział, chyba by mnie zabiła. I oczywiście nie sprzeciwiam się dlatego, że nie chcę jej znowu zranić.
Ostrożnie podszedłem w jej stronę, uważając na dywan pode mną. Stawiałem stopy pomiędzy winoroślami, pamietając słowa ojca. "Jeśli staniesz na winorośli musisz policzyć do dziesięciu". Naprawdę, nie miałem czasu czy cierpliwości, aby natrafiać na takie małe nieszczęścia.
Matka pobłażliwie się do mnie uśmiechnęła. Wyglądała, jakbym właśnie zrobił jej najlepszy prezent.
- Próbujesz nie nadepnąć na winne grona? - Odwzajemniłem gest. Znała mnie tak dobrze. Kiedy znalazłem się już przy niej rozłożyła ręce. Bez wahania się w nie rzuciłem. Przytuliła mnie mocno, a ja zrobiłem to samo. Mimo że byłem nastolatkiem, w tym momencie czułem się jak mały chłopiec. Na myśl przyszły mi też czasy, kiedy szukałem w nich pocieszenia, ale nie dostałem żadnego. Właśnie dlatego teraz te momenty wydawały się jeszcze bardziej magiczne.
- Cześć matko (Ło, mnie by mama zabiła, gdybym się tak odezwała ~ Some) - powiedziałem, ale wtedy poczułem, że jest spięta - To znaczy, cześć mamo.
Znowu rozprawiała o tym, jak powinienem ją nazywać. Sądzi, że "matka" jest zbyt formalna i musimy to zmienić. Więc obiecałem, że spróbuję.
- Dobrze, że w końcu się pojawiłeś. Usiądź - powiedziała, klepiąc miejsce na łóżku obok siebie.
- Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadzam - odparłem i klapnąłem obok niej.
- Nonsens - zagaiła, i machnęła ręką, jakby odganiała ten głupi pomysł - Nigdy tego nie robisz. Zawsze znajdę dla Ciebie czas.
Poczułem, jak coś łapie mnie za serce. Są rzeczy, o których wiesz doskonale, ale zawsze dobrze jest je usłyszeć kolejny raz, zbliżyć się, mimo wszystkich obowiązków, które się posiada. Ale cóż, to i tak nie ułatwiało mi tego, z czym tu przyszedłem.
- Dzięki matko - odpowiedziałem, nie będąc pewnym, jak zacząć konwersacje. Wtedy sobie uświadomiłem, że jeśli jest się Fowlem takie rzeczy Cię nie spotykają.
- Mamo - przypomniała mi.
- Mamo - poprawiłem się - Ja... Ja potrzebuję Twojej rady - Zawsze mam problem z płynnym mówieniem, kiedy zaczynam się denerwować. To może być symptom, który objawia się przez zmiany na lepsze w moim życiu. Ale szczerze mówiąc, wykluczałem to, że mogę stawać się głupszy - Jeśli nie masz nic przeciwko.
- Oczywiście, czy chodzi o Holly? - Zapytała. Wiedziała wszystko o tym w jakich stosunkach byłem z wróżkami. W końcu przez sposób, w jaki była wyleczona było niemożliwe, aby ją zmesmeryzować albo zatrzeć pamięć. Ale tak w zasadzie to dobrze się składa, ze ktoś z rodzny o nich wie. Ale niestety jej wiedza zeszła teraz tylko na temat Holly.
- Nie - powiedziałem i poczułem, że twarz oblewa mi rumieniec z powodu rozmowy, która miała nastąpić - Nie, mamo. Jesteśmy tylko przyjaciółmi - stwierdziłem.
Mama zachichotała i odrzuciła swoje blond włosy, jak nastolatka próbująca przyciągnąć uwagę.
- Oczywiście, że tak. Ale wiesz, ja i tata powtarzaliśmy to samo - Nie myśl o tym. Będzie na to jeszcze mnóstwo czasu. Poza tym, może jednak lepiej tego nie robić.
- Tak, ale MY jesteśmy inni, a czasy się zmieniły.
- Och Arty... Aż poczułam się starzej - nadąsała się.
Odchrząknąłem i wyjąkałem kilka słów:
- Nie mamo... Nie jesteś stara.
- Dziękuję, synu - zaśmiała się. A kiedy w końcu zdołała się opanować dodała - Jednakże czasy nie zmieniły się aż tak bardzo.
- Mamo... Możemy w końcu przejść do mojego problemu? - Zapytałem, chcąc uciec od tematu Holly Niedużej.
- To znaczy? Nie sądziłam, że możesz mieć problem z czymś innym? - Na pewno pomyślała, że na inne sprawy jestem zbyt inteligenty... I w sumie miała rację. Była przyzwyczajona, że ze wszystkim sobie radzę, ale teraz nie o to się rozchodziło. Przynajmniej nigdy wcześniej o tym nie wspominałem.
- Będziesz zaskoczona... - Wymamrotałem.
- Mów, synku - uśmiechnęła się delikatnie.
- Tak więc... Planowałem dziś wypaść do Phenomu... - Zacząłem, ale matka mi przerwała.
- Z tą świetną dziewczyną, Minerwą, prawda? - Zapytałam, pormieniując z dumy. I wtedy coś sobie uświadomiła - Od kiedy Ty gdziekolwiek wychodzisz?
- Od teraz, matko. I nie, idę tam po to, aby się zabawić z Julią i jej przyjaciółką.
- Dziewczyną...? - Uniosła brwi i nachyliła się do przodu. Wiedziałem, że uwielbia tą wiadomość. Teraz miała pewność, że interesowałem się płcią przeciwną. Jak najbardziej chciała się tego dowiedzieć.
- No... Tak - odparłem, a moja twarz oblała się rumieńcem.
- Och... Co masz zamiar włożyć?
- To powód, dla którego przyszedłem - przynzałem, nie mogąc dłużej ukrywać prawdy - Co ludzie ubierają na takie okazje...?
- Wiesz Arty, to dość ciężkie pytanie - powiedziała - Muszę chwilę pomyśleć - usiadła i pogładziła się po brodzie, myśląc.
- Tak...? - Nacisnąłem po kilku sekundach. Raczej byłem cierpliwy, ale teraz nie miałem zbyt wiele czasu.
- Większość na pewno włożyła by coś w stylu obcisłych spodni, koszulkę z kamizelką... I trampki.
- Ale ja nie jestem zwykłym młodzieńcem.
- Tak, to prawda. Nigdy byś tego nie załozył. Więc musimy znaleźć coś jednocześnie unikalnego i eleganckiego. - Eleganckiego? Naprawdę? Uniosłem brwi do góry. Matka i tak gotowa była poświęcić się temu zjęciu. Jak to bywało w genach Fowlów - Wątpisz w to? - Zapytała, a jej oczy zaiskrzyły - Możesz być geniuszem, ale akurat w tej dziedzinie jestem ekspertem.
- Dobrze w takim razie, daję Ci wolną rękę - odparłem, dając jej pozwolenie na to, co chciała zrobić.
- Chodź - powiedziała, chwytając mnie za ramię. Poprowadziła mnie przez pokój, do mojego.
Od razu podeszła do garderoby. Nie patrzała na mnie, wyrzucając praktycznie wszystko z szafy. Nie przegapiła również szuflady z bielizną, co wprawiło mnie w zakłopotanie. Wyciągneła niebieskie, jedwabne bokserki.
- Te będą odpowiednie - odchrząnkęła. Ruszyłem do łazienki, kiedy zobaczyłem, że mama się uśmiecha.
- Arty, równie dobrze możesz przebrać się tutaj. Pamiętaj, że to ja zmieniałam Ci pieluchy. Nie ma nic, co by się od wtedy w Tobie zmieniło - wiedziałem, że moja twarz jest cała czerwona. Ale postanowiłem, że nic nie powiem. Poszedłem się przebrać, nie żeby przebieranie bielizny było jakąkolwiek koniecznością.
Po chwili wróciłem z powrotem... A mama nadal się szczerzyła.
- Mamo, po co tak właściwie miałem zmieniać bokserki...? - Zapytałem tym razem bez żadnego zwahania.
- Większość ludzi to robi... Takie zmiany, chyba wiesz po... - Zaczęła - Kiedy ja wychodziłam z Twoim tatą, zmieniałam, co tylko mogłam - No i zacząłem dostrzegać cel, w który zmierzała ta rozmowa. I musiałem ją zatrzymać.
- Matko... - Urwała mi.
- Wiesz, co miałam na myśli. Właśnie bieliznę. Jak myślisz, jak wypadasz? - Zapytała. Poczułem lekkie mdłości. A raczej okropne. Są rzeczy, o których dobrze wiesz, ale nie chcesz o nich myśleć. Nowa polityka, którą obrała mama, aby być totalnie szczerą chyba nie będzie wpływała na mnie zbyt dobrze.
Postanowiłem, że nie powiem nic więcej. Usiadłem na łóżku i obserwowałem, jak przeszukuje rzeczy, szybko i efektywnie. Chwilę później na podłodze leżały dwie kupy ubrań. Jedna w stylu "nigdy nie ubierać do klubu" i druga "z możliwymi opcjami w tej sytuacji".
- Hm, chyba znalazłam odpowiedni ciuch - uśmiechnęła się promieniście - Włóż to - rzuciła mi kilka ubrań.
Tym razem nie pozwoliłem na żadną konwersację na temat zostawania w pokoju, jako iż nie chciałem znowu wysłuchiwać okropnych informacji... Wciągnąłem czarne spodnie. Były długie, proste i trochę węższe, niż te które lubiłem. Potem włożyłem niebieską bluzkę, która od razu zapiąłem - a na nią czarną kamizelkę. Wtedy matka wyciągnęła z pudełka buty, które kiedyś tam schowałem.
- Te będą najlepsze - powiedziała.
- Jeny - jąknąłem, brzmiąc jak nastolatek - Muszę?
- Tak - odparła mama, podając mi ciemne stopki. Założyłem je. Trampki były biało czarne. Naprawdę nie chciałem ich ubierać, ale matka była, jak każdy Fowl. Nie odpuści.
- Proszę Arty, specjalnie je wzięłam - odpowiedziała, wydymając wargę. Jak już powiedziałem, zrobi wszystko, aby wygrać. Nawet jeśli ma grać nie fair.
- Dobrze - zgodziłem się, nie chcąc zranić jej uczuć - Włożę je - Byłem trochę zaskoczony, kiedy to zrobiłem. Były jako tako wygodne. Prawie tak samo jak mokasyny albo inne eleganckie buty. Nie żebym miał to kiedykolwiek przyznać.
- Dziękuję matko... Mamo - poprawiłem się po chwili. Stare nawyki niegdy nie zginą. Definitywnie. Wciąż nie jestem gotowy, aby zrobić z tym cokolwiek.
- Nie, nie. Nie jesteś jeszcze gotowy - powiedziała, a jej oczy lekko zapłonęły. Nerwowo przęłknąłem ślinę. To co nadchodziło nie mogło być zbyt przyjemne.
Jakby tu ująć w młodzieżowym języku po prostu - o nie.
- Co jeszcze?
- Po pierwsze muszę trochę pokombinować przy koszuli - zaśmiała się.
- Co z nią nie tak? - Zażadałem wyjaśnienia, patrząc w dół czy czasem nie zapomniałem zapiąć któregos guzika. Ale oczywiście - nie.
Zawsze przywiązuje wagę do takich drobiazgów. Nie było nic gorszego niż mieć rozpięty rozporek na spotkaniu...
- Nic. Pomijając fakt, jak wygląda kiedy jest cała zapięta - zmarszczyła nos i spoglądała na mnie, jakby popełnił przestępstwo.
- Co? - Zapytałem - Nie wiem, o co Ci chodzi.
- Patrz Arty, naprawię to - I rozpięła kilka pierwszych guzików bluzki, tak, że widać było mój tors.
- Hm... Wiesz co? Rozepnij kamizelkę i ściągnij bluzkę - poradził i zrobiłem to, zanim zdążyła się do tejo zabrać. Wróciła do mnie ze stosem ciuchów i wyciągnęła z niego białą męską bokserkę - Najpierw to, a potem niebieska bluzka.
Wykonałem nakaz.
- Jest lepiej? - Spytałem mamy.
- Nie, załóż z powrotem kamizelkę i zapnij koszulkę tak, jak zrobiłam to wcześniej.
Podeszła do mnie i podwinęła rękawy powyżej łokci.
- Jeszcze dwie rzeczy - dodała, chichocząc kiedy sfrustrowany westchnąłem. Nigdy się stąd nie wydostanę - Spokojnie, zaraz skończę.
Wyciągnęła dwie pary okularów przeciwsłonecznych. Jedne były białe, drugie czarne - Które?
- Żadne? - Zapytałem z nadzieją. Oczywiście miałem pewność, że nie pójdzie po mojej myśli. Nie przy kobiecie.
- Czarne - odpowiedziała za mnie, podając odpowiednie - Zostały włosy - spojrzała w zamyśleniu. Lekko je przeczesała, ale nie nadała im zwyczajnego wyglądu. Zerknąłem do lustra. Nawet trochę byłem zaskoczony przez to, jak wyglądam. Ta czynność nadała mi trochę starszy wygląd - Gotowe - uśmiechnęła się. Szczerze mówiąc, już chyba nigdy nie przesyanie się szczerzyć. Ale to nawet miła niespodzianka, po starych czasach, gdy ciągle była cicho i nawet mnie nie rozpoznawała.
- Dziękuję, matko - powiedziałem, kiedy ją ściskałem.
- Mamo - poprawiła mnie, klepiąc po plecach.
- Dzięki, mamo.
- Nie ma problemu, skarbie. Swoją drogą, którym autem pojedziesz? - Nie myślałem o tym. A miałem dość duży wybór. Chociaż w większości były czarne... Dwa Bentleye, dwa Porsche Turbo 911 (czerwone i srebrne!), Dixie 350z i dwa Ahtony Martin Vanquishe (niestety nie znam polskich nazw ~ Some). No i oczywiście były odpowiednio zmodyfikowane, żeby nie wydzielać tak wiele dwutlenku węgla - Powinienieś zapytać Butlera, w końcu to on najbardziej lubi jeździć.
Wiem, co myślicie. Tak, potrafię prowadzić, ale zazwyczaj tego nie robię. Butler potrafi się bardzo na tym skupić, podcza gdy ja nie. Poza tym trudniej mu mnie wtedy obronić. Sądzi, że to by go rozpraszało. No i lubi mieć pewność, że pasażerowie są bezpieczni.
- Tak.
- No dobrze, miłej zabawy - odparła, machając dłonią na pożegnanie.
- Na pewno - uśmiechnąłem się, opuszczając pokój. Musiałem znaleźć Butlera. Oczywiście nie zajęło to zbyt długo, ponieważ czekał na mnie u dołu schodów.
- Hm, kto by się spodziewał? - Zaśmiałem się. Butler nie wyglądał tak, jak zawsze. Miał na sobie ciemnoszare, tweedowe spodnie i białą, prążkowaną koszulę, która była rozpięta, tak jak moja. Ale on przynajmniej miał, co pokazać.
- Nawzajem - odpowiedział - Twoja mama świetnie się spisała.
- Pewnie - uśmiechnąłem się - Wyglądasz na dość podekscytowanego.
- Bardzo dawno temu byłem w klubie. Z drugiej strony, to samo widzę u Ciebie. Będzie zabawnie.
- Zabawnie? - Zapytałem zaciekawiony - Co masz na myśli?
- Zaufaj mi, zobaczysz, kiedy dotrzemy na miejsce - Nie chciałem dalej naciskać. I tak byłem szczęśliwy, że nie powróciliśmy na temat o Holly.
Wzruszyłem ramionami.
- Możemy iść? - Spytał Butler.
- Jaki weźmiemy samochód? - Odpowiedziałem pytaniem na pytanie, mieliśmy liczny wybór.
- Hm, cos bardziej sportowego?
Więc na pewno nie Bentley.
- Vanquish? - Zabrzmialo to, jakbym wciąż nie wiedział, o którego mu chodzi.
- Dobry wybór - pokiwał głową z aprobatą - Jaki kolor?
Nie miałem pojęcia. Na pewno nie czarny. Zbyt ciemny i nie na taką okazję:
- Czerwony.
Butler mruknął.
- Co? - Poczułem się skrępowany.
- Nic - odparł. Ruszył w stronę drzwi samochodu. Ale byłem tam pierwszy. Przekręciłem kluczyki i wyszczerzyłem zęby. Obdarzyłem go moim najlepszym wampirzym uśmiechem.
- Ja prowadzę.
Po kilku godzinach od "wstawienia" notki zauważyłam, że ciagle mam ją w kopiach roboczych :))