Więc tak - błagam nie męczcie mnie, żebym tłumaczyła szybciej - ja naprawdę nie mam tyle czasu :s Ah no i w tym rozdziale jest trochę takich... niemiłych słów, więc proszę... Uważajcie :v and dont blame me about it :)
- Holinda - zapiszczała Minerwa, gdy objęła mnie wzrokiem.
Zareagowałam podobnie. Miała na sobie ciemnoniebieską mini dopasowaną z jasnoniebieskim podkoszulkiem, obszytym białą koronką. Na górze narzucone miała bolerko. który był identyczny w porównaniu do mojego, jeżeli chodzi o model. Na nogach włożone miała czarne buty sięgające łydek. Niebieskie skarpety w paski wystawały poza nie. Jej kręcone włosy były tak dziko roztrzepane, że wyglądały, jakby dopiero co wyszła z łóżka (znając ją to bardzo możliwe). Miała też niewielką niebieską opaskę, która przytrzymywała jej grzywkę w odpowiednim miejscu. Innymi słowy wyglądała jak chcę-być-super-laską.
- Minerwa - skinęłam głową. Jeśli ona mogła udawać normalna osobę, to i ja mogłam. Ale nie przełamię pierwszych lodów.
- Mogę usiąść?
- Nikt Ci nie broni - wzruszyłam ramionami. Raz coś się wygrywa, raz coś się przegrywa.
Wyglądała na lekko zaskoczoną. Usiadła, a wtedy cała uprzejmość zniknęła.
- Czego chcesz? - Zapytałam i splotłam palce, patrząc na nią jakby chciała ją zabić.
- Rozumiem, że chcesz pominąć bycie miłym i przejść do sedna sprawy.
Znowu wzruszyłam ramionami:
- Raczej nie mam ochoty siedzieć tu i patrzeć, jak próbujesz się podlizywać.
- Okej - odparła, jakby nie oczekiwała niczego więcej. A może właśnie tak było. W końcu była geniuszem i każdy idiota zrozumiałby jak bardzo jej nienawidzę - Od czego powinnyśmy zacząć?
- Czego chcesz? - Spytałam ponownie.
- Tak bardzo mnie naprowadzasz... - Mruknęła do siebie - Jesteś Amerykanką? - Wiedziałam o co jej chodzi. Amerykanie są na ogół otwarci i uparci, i nie wstydzą się mówić o tym, co czują. I mimo że nie jestem Amerykanką dzielę z nimi kilka wspólnych cech.
- Nieważne, kim jestem. Odpowiedz na pytanie.
- Dobrze. Próbowałam być miła - powiedziałam napuszona, a ja uniosłam brwi. Ten błotniak był totalnym przeciwieństwem miłej osoby i wiedziałam to bardzo dobrze z własnego doświadczenia. W ogóle nie była ak Arty. On od zawsze ma w sobie jakieś dobre, które tylko potrzebuje się uwolnić. U Minerwy tego brakowało. Nie chce się zmienić i nigdy nie chciała - Wszystko, czego chcę to dać Ci ostrzeżenie.
- Ostrzeżenie? O czym chcesz mnie ostrzegać? - Zapytałam, mimo że doskonale wiedziała. Czułam, że złość we mnie wzrasta.
- Zostaw Artiego. Jest moim chłopakiem i nigdy nie zechciałby takiej biednej dziwki, jak Ty. Więc pozwól, że powtórzę jeszcze raz: ON JEST MÓJ. WIĘC SIĘ ODCZEP DO CHOLERY!
Zanim pomyślałam, co robię wyskoczyłam do góry przewracając krzesło, na którym siedziałam. Upadło na ziemię, ale to nic. To mnie nie zatrzyma. Zrobiłam się chyba czerwona. Ale musiałam powiedzieć, to czego chciałam:
- Posłuchaj suko, lepiej zastanów się, jak do mnie mówisz. Nie znam "Artiego", jak go nazywasz, ale jeśli jesteś jego dziewczyną to nie może być TAK mądry, jak wszyscy mówią. I kogo nazywasz biedną dziwką? Nie możesz nazywać nikogo prostytutką. To Twoja działka. Jesteś droższa niż wszystko, co masz. A jeśli nie ogarniasz, co mam na myśli to pozwól mi wyjaśnić: ZOSTAW MNIE W SPOKOJU. "ODCZEP SIĘ DO CHOLERY"!
Minerwa wyglądała na trochę przestraszoną, ale otworzyła usta, żeby to skomentować. Jednak zanim cokolwiek powiedziała, poczułam rękę na moim ramieniu. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Shry.
- Hej, spokojnie - powiedziała, mimo, ze jej głoś wcale nie był ostrzegawczy - Głęboki oddech, dziewczęta.
Zrobiłam tak, jak zasugerowała (nie pomogło), ale Minerwa stała nadal w rozkroku (chyba była przyzwyczajona), bardzo spięta. Dłonie miała zaciśnięte w pięści, ciało napięte. Poza atakującego. Było prawie perfekcyjnie, ale widziałam kilka błędów, które mogłabym wykorzystać i zadać osłabiający cios. Poradziłabym sobie z nią.
- Minerwa, uspokój się. Teraz - powiedziała, lecz blondynka ją zignorowała.
- Jesteś jej przyjaciółką, Shry? - Zapytała, jakby to było najgorsze przestępstwo. A może jest - Wychodzisz z tą zdzirą?
- Minerwo, jesteś geniuszem - zaczęła ją besztać - Zachowuj się, jak przystało. Pomyśl o tym przez chwilę. Jak można dojść do takiej absurdalnej konkluzji? Wiesz, że Artemis nie będzie kontrolowany. Jeśli jest Twój - nie masz się o co martwić. Z drugiej strony - on nawet jej nie spotkał i wiesz, jak ciężko mu się dogadywać z ludźmi. Więc błagam, odejdź.
Widziałam, że to robi na niej wrażenie, ale nie chciała wydać się słaba (zbyt późno).
- Dlaczego?
- Może dlatego, że Holinda potrafi być naprawdę niebezpieczna. Czarny pas w karate, taekwondo i innych stylach, które nie mają nawet odpowiedniej nazwy.
Otwarłam usta ze zdziwienia. Miała bardzo dużo racji. SKR musiało trenować rzeczy tego typu. Ostatnio nawet wzięłam się za Qwan.
Uśmiech znikł z twarzy Minerwy, za to ja przybrałam mój najlepszy, ustawiając się w pozycji bojowej. Wtedy ona szybko się odwróciła i odeszła dumnym krokiem.
- Skąd wiedziałaś? - Zapytała trochę ostro.
- Uspokój się Holinda. Masz doskonale napięte ciało a pozycja bojowa wskazuje na zmiksowanie kilku stylów walki, których sama próbowałam lub o nich czytałam. Wiesz - muszę znać ludzi. W końcu jestem geniuszem-sklepikarzem! A to naprawdę ważne, aby wiedzieć wiele o człowieku.
Rozluźniłam ramiona i odpowiedziałam:
- Nie lubię tej dziewczyny.
- Rozumiem o co chodzi. Potrafi być taka pyszna.
- I zdzirowata - dodałam.
- I zdzirowata - zgodziła się - Swoją drogą, dobrze wyglądasz.
Objęłam ją wzrokiem od dołu do góry po raz pierwszy. Nosiła krótką spódniczkę, która była jednak trochę dłuższa niż wszystkie, które dzisiaj widziałam. Była czarna i opływająca jej uda. Jej bluzka była pokryta czerwonymi cekinami. Miała również włożony mały, czarny krawacik, stworzony specjalnie dla dziewczyn. I wyglądał naprawdę nieźle. Włożyła również czarną, skórzaną kurtkę z 3/4 rękawa. Miała też czarne, lśniące buty z dopasowanymi czerwonymi cekinami na wykończeniu.
Wow, wszyscy się tak ubierają?
- Dzięki, Ty też.
- Plus bycia właścicielem własnego sklepu - uśmiechnęła się - Chodź do baru.
- Co? Dlaczego? - Zapytałam. Julia właśnie zamawia drinki.
- Powiedziałam Mackenzie, że właśnie tam się spotkamy - powiedziała, podnosząc krzesło do góry. Całkowicie o tym zapomniałam. Miałam pstro w myślach.
- No dobra - odparłam, po czym ruszyłyśmy w tamtą stronę. Byłyśmy zatrzymywane przez mężczyzn, którzy pytali, czy nie chcemy się z nimi napić. Cierpliwie odmawiałyśmy, ale w końcu zaczęło mnie to drażnić. Wszyscy Ci faceci chcieli po prostu się do nas dobrać poprzez brak zahamowań po alkoholu. Dlatego właśnie Mały Lud nie może pić z nimi.
Pierwszą osobą, którą zobaczyłam przy barze była Julia. Gorliwie rozmawiała z barmanem. Wyglądał na miłego, zagubionego szczeniaczka. Wielkie niebieskie oczy, rozbiegany wzrok, luźno wiszące włosy. Tak, zdecydowanie szczeniak. Usiadłyśmy z Shry koło Julii, która przystępowała do zamawiania swojego truskawkowego daiquiri i mojego żurawinowego soku. Po chwili barman podał je Julii, a ona posunęła mój po blacie. Shry zamówiła to samo, co ja. Spojrzałam na nią pytająco. Większość ludzi w jej wieku uwielbia pić i być pijanym. Nie żebym kogoś osądzała...
- Nie lubię być wstawiona, kiedy wokół tyle napalonych piesków... - Skomentowała, kiedy ją o to zapytałam. Spojrzałam na nią i od razu wiedziałam, że coś ukrywa. A ja musiałam się dowiedzieć co.
Zaśmiała się, chcąc dowiedzieć się jaka jest MOJA wymówka.
- Po prostu nie piję - wzruszyłam ramionami.
- To dobrze - uśmiechnęła się, kiedy Julia kończyła rozmowę z barmanem, ale mogłam się założyć, że mi nie wierzy.
Julia odwróciła się do nas, szczerząc zęby.
- Co tam u was?
- Nic - odparłam.
- Minerwa - dodała Shry.
- Łoooł. Co zrobiła? - Zapytała Julia, spoglądając na mnie jakby oczekiwała zobaczyć krew na moich rękach lub kręcone włosy pomiędzy palcami. Trochę mnie to zabolało. Minerwa, praktycznie biorąc, była jeszcze dzieckiem. A ja takowego nigdy bym nie skrzywdziła. Nawet jeśli by zasługiwało.
- Więc... Przyszła ostrzec Holindę, aby trzymała sie z dala od Artemisa. Co jest niedorzeczne, ponieważ nigdy się nie spotkali.
Julia zwróciła wzrok na mnie. Wskazówka.
- I ona jest geniuszem? - Zachichotała i po chwili uświadomiła sobie, że przerwała Shry - Sorki. Kontynuuj.
- Tak czy siak. Była chwilowa "spina". A kiedy już przeradzała się w bójkę, wkroczyłam pomiędzy nie i uspokoiłam.
- Artemis zakocha się w tym, kiedy to usłyszy - zarechotała - Nie mogę się doczekać, aby zobaczyć jego minę.
Miała rację. Na pewno będzie się śmiać. Prawie było warto rozmawiać z Minerwą. Prawie.
- Chciałam mu powiedzieć - Shry uśmiechnęła się. Zgaduję, że jest typem osoby, która uwielbia wprawiać ludzi w zakłopotanie. To jedna z tych rzeczy, które w niej lubię, i jestem pewna, że Arty również.
- Słuc...? - Zaczęła Julia, ale zatrzymała się w połowie słowa. Patrzyła przed siebie z otwartymi ustami, a jej oczy błyszczały.
- Halo? - Powiedziałam, machając dłonią przed jej twarzą. Odwróciłam się do Shry - Co z nią?
Shry była geniuszem. Jeśli ktoś wiedział o co chodzi, to ona.
- Czy to nie oczywiste? - Zapytała - Spójrz tam - powędrowałam więc wzrokiem w miejsce, które wskazywała Shry. Emory stał na jednym ze stołów.
- Weź się w garść - przewróciłam oczami.
Julia otrząsnęła się ze swoich myśli.
- Wybaczcie, chyba odleciałam - przyznała z zakłopotaniem.
- Kto może Cię za to winić? - Zażartowała Shry.
- Winić? Kogo? Za co? - Zapytał pewien sopran.
- Skąd się tu wzięłaś Mackenzie? - Zapytała Shry.
- Z niedaleka - wzruszyła ramionami, wydając się całkiem odmienną od tej cichej dziewczyny, którą dziś spotkałam - Chłopaki właśnie parkują. Chyba nie zostaną z nami na długo.
- No cóż, będziemy musiały zająć się same sobą - Julia uśmiechnęła się niestosownie.
- Niee - powiedziałam, kręcąc głową. Każdy plan Julii jest dla mnie ZŁY.
- Dlaczego nie?
- Twoje pomysły wprowadzają ludzi, znaczy nas, w kłopoty.
- Nieprawda. Podaj chociaż jeden przykład.
Znałam ich tysiące. Prościej byłoby znaleźć taki, kiedy nie wpakowała nas w żaden szit.
Shry nas obserwowała. Wyglądało to tak jakby rozgrywała jakąś intelektualną gierkę (albo ping-pong). W końcu nam przerwała:
- Dość Julio. Holinda ma rację - odparła, a ja ironicznie się uśmiechnęłam - Ale z drugiej strony, Holindo, przyszłyśmy się tu bawić, a to zawsze oznacza choć trochę kłopotów.
- No dobra! - Westchnęłam - Ale co może być większą zabawą niż obserwowanie pijanej Julii?
- Hej! - Pisnęła Julia, a wtedy ja, Shry i Mackenzie zaśmiałyśmy się - Naprawdę mój pomysł nie jest taki zły - dodała.
- Czyli? - Zapytałam.
- Chodźmy tańczyć!
Ps. Ułatwiony został odczyt postów na urządzeniach mobilnych, na których przedtem nie było widać tekstu :) Albo mam spieprzony telefon:f
Przekład jednej z najbardziej rozpoznawalnych serii fan-artów o Artemisie Fowlu, autorstwa einstinette.
Rozdział 15 'Przybycie: Holly i Julia' część 3
Szczęka mi opadła. Nigdy nie wyobrażałam sobie takiej sytuacji. Sądziłam, że zapyta o coś na tyle demoralizującego, zboczonego, że będę musiała go uderzyć. I wciąż miałam otwarte usta. Gdyby Arty tu był na pewno powiedziałby coś o wlatywaniu much do otawrtej buzi...
Z wysiłkiem zdołałam powiedzieć:
- Co?
- Spotkamy się? - Zapytał z wolna, naciskając na każde słowo. Czułam się, jakbym ciągle była pytana o to samo. Najpierw Kłopot, teraz Adonis. Znałam Kłopota bardzo długo, więc było to bardziej zrozumiałe (ale wciąż dziwne!). Ale ten przypadkowy chłopak był jeszcze bardziej dziwaczny!
- Przepraszam, ale nie mogę.
- Dlaczego nie? - Zażądał wyjaśnienia.
- Słuchaj, to nie przez Ciebie. Moja wina - drgnęłam, kiedy uświadomiłam sobie, co tak naprawdę powiedziałam. Poczułam się źle, ale to była prawda!
- Taak? Nigdy nie słyszałem takiej wymówki - przyglądałam się, jak jego twarz traci wyraz. To było okropne, ale naprawdę nie mogłam się z nim spotykać.
- Poważnie. Nie jestem stąd, a to stawiałoby przeszkody na drodze w umawianiu się.
- Skąd jesteś? - Zapytał z zaciekawieniem.
- Z południa - pomachałam ręką - Jestem tutaj tylko dlatego, że Julia za mną bardzo tęskniła.
- Więc, jak często bywasz w Dublinie? - Zapytał, wciąż mając nadzieję. Nie rozumiałam, dlaczego nie chciał odpuścić. W wielu przypadkach upartość była by wynagrodzona. Ale w tym momencie to może go zaboleć bardziej niż pomóc.
- Nie często. Zwyczajowo raz na dwa lata więc nie ma możliwości spotykania się z kimkolwiek.
- No dobrze - przyznał - Ale chcę zapłacić za wasze wejście.
Spojrzałam na niego zdezorientowana. Nie rozumiem. Ludzie raczej nie pozostają mili, kiedy są odrzucani.
- Jesteś pewny? - Zapytałam sceptycznie.
- Proszę?
- Okej - zgodziłam się, trochę z obrazą w głosie, ale po chwili wyraz mojej twarzy złagodniał - Dziękuję.
- Witajcie w Phenomenie - powiedział, odpinająć czerwoną, welurową linę, wpuszczając nas do środka - Mam nadzieję, że choć trochę będziecie zaskoczone.
Uśmiechnęłam się przelotnie. Adonis znowu obdarzył mnie swoim białym uśmiechem i odwrócił się:
- Musze wracać do pracy, ale zobaczymy się, kiedy będziecie wychodzić.
Zrobił więc to, co musiał. Julia z kolei wzięła mnie pod rękę i wprowadziła do klubu.
Wyglądało na to, że pomieszczenie, do którego weszłyśmy było utrzymane w kolorach szarych czarnych i białych. A mała przestrzeń mowiła, że to hol albo coś w tym stylu. O ile w klubie mógłbyć przedsionek. Może było to miejsce, w którym ludzie odbierali lub jakoś tak... Julia przeprowadziła mnie przez stalowe drzwi. A gdy tylko stanęły one otworem, ściana dźwięku uderzyła prosto we mnie.
- Idziemy - powiedziała Julia, wpychając mnie do środka.
Klub był jednym ogromnym pomieszczeniem. Był tutaj ogromny parkiet, który zajmował połowę całego miejsca. Był zajęty przez mnóstwo par tańczących na nim. Chociaż bliżej było temu do skakania i trzepania się. Rozjerzałam się ponownie, spoglądając na ściany. Były czarno białe, w kropki, które bardziej przypominały gwiazdki. Poruszające się światła rozświetlały wszystko, na co natrafiły. W końcu, znalazł się i bar, który zajmował inny kąt pomieszczenia. W pozostałych miejscach porozstawiane były stoły i krzesła, które były srebrne i metalowe (i wysokie!). Każdy stoliczek był nakryty świeczką. Na pewno chodziło o stworzenie atmosfery bliskości. Najczęściej stały tylko dwa siedzenia na przeciwko siebie. A największe stoły miały po pięć miejsc wokół. Wyglądały bardziej... surrealistycznie. Poczułam się swobodniej, ale nie wiedziałam dlaczego. Nie miało to sensu, ale o czymś mi przypominało. O czymś, co powinnam pamiętać.
- Łał - wyszeptałam, rozglądając się w zachwyceniu.
- Taaa - Julia wzruszyła ramionami, jakby nic nie robiło na niej wrażenia - Zawsze jest tak za pierwszy razem.
- Chodź, zaklepiemy sobie miejsce - powiedziałam, ciągnąc ją w stronę stołów. Usiadła naprzeciwko mnie.
- Więc? - Zapytała.
- Jest świetnie - odrzekłam z rozdziawioną buzią. Nagłośnienie było perfekcyjne. Kiedy bylam w pewnym klubie (Pixiedust) były tam z tym naprawdę poważne problemy. Muzyka była zbyt głośna, aby rozmawiać i zbyt stonowana, aby poczu prawdziwą atmosferę. A tutaj było idealnie. Nie mogłam nic na to poradzić, ale sie zaśmiałam. To pierwszy raz, kiedy ludzie robią coś w odpowiedni sposób.
- Co pijesz? - Spytała Julia - Ja stawiam.
- Nie mogę pić alkoholu - odparłam.
- Dlaczego? Definitywnie masz więcej niż 21 lat.
Na moich ustach wykwitł uśmiech. Będąc elfem, miałam około 80 lat, ale teraz... 23 lub 24.
- Tak. Ale nie możemy się z wami upijać. Tak mówi Księga, odpowiednik waszej Biblii. Jeśli to zrobimy, nie będziemy mogli być dłużej wróżkami.
- Więc nie możesz pić...? - Spytała zaniepokojona.
- Nie z ludźmi - mrugnęłam, a ona posłała mi gniewne spojrzenie.
- To co weźmiesz w takim razie?
- Hm... Sok lub wodę - odpowiedziałam. Przemyślałam to. Picie wody mogłob wyglądać naprawdę głupio - Jakie soki tutaj mają?
- Lubisz żurawinę? - Dopytywała - Jestem pewna, że mają tutaj tego pełno.
Moje uszy zaczęły mrowieć.
- Tak, uwielbiam sok żurawinowy! Ale upewnij się, ze nie ma w nim ani grama alkoholu.
- Oczywiście - zapewniła, wstała i ruszyla do baru - Możesz mi zaufać.
Kiedy Julia zniknęła, teraz dokładnie widziałam drzwi. Niestety, własnie przechodziła przez nie osoba, która nie znajdowała się na liście ludzi, których lubiałam. Rozejrzała się po pokoju i wiedziałam, że juz mnie znalazła. Na jej ustach zawitał ironiczny uśmieszek.
Rozdział 15 'Przybycie: Holly i Julia' część 2
- Julia i Holinda. Dwie kobiety o tak czarującej urodzie, że nawet anioły wymawiają Wasze imiona.
- Jesteś okropnym flirciarzem - powiedziałam, kładąc dłonie na biodrach, kiedy na niego spoglądałam.
Adonis nawet nie mrgunąl oczyma
- To prawda, ale mówię poważnie.
- Na pewno? - Musiałam przyznać, że dało się go szybko polubić. Nie tylko przez wygląd, ale także przez przyjazne nastawienie.
- Oczywiście, moja droga - odpowiedział i po chwili się poprawił - Moje drogie panie.
Teraz byłam pewna, że nie zapomniał o Julii. Było to po prostu niedopatrzenie z jego strony, które mogło mieć dwie przyczyny. Albo nie wyrażał zainteresowania jej osobą w przeciwieństwie do niej samej, albo po prostu za bardzo podobałam mu się JA. Pomijając ten fakt, przyglądałam się jak mierzył nas wzrokiem z góry do dołu. Wyobrażałam sobie go jako głodnego psiaka, który ma ochotę na świeże mięso.
- Tak więc, co mogę dla was zrobić? - Zapytał, opierając się o ceglaną ścianę. Stłumiłam ochotę przed przewróceniem oczami i przynudanawym pogwizdywaniem. Po co mogłyśmy iść do klubu? Zrobić tipsy? Naprawdę, ten flirt robił się coraz bardziej nudnawy, ale wiedziałam z doświadczenia, że to była jedyna opcja.
- Chciałabym wejść do środka - syknęłam.
- Oczywiście - powiedział, jakby nigdy nie zapominał o swojej pracy - Wiecie, naprawdę polubiłem was - nadal się nie odsunał. Uświadomiłam sobie, że czegoś oczekiwał. Ale nie miałam pojęcia zego. Zrobiłam więc to, co zawsze działało w sytuacji, gdy byłam pomiedzy młotem a kowadłem. Improwizowałam, zaczynając rozmowę.
- A kto nie? - Uśmiechnęłam się w sposób, który miałam nadzieję, że wyglądał bardziej słodko niż drapieżnie.
- Pewnie - odwzajemnił gest, ukazując idealnie białe zęby.
- Tak czy siak, ile za wstęp? - Burknęła Julia, próbując się przepchnąć.
- Zero opłat - odparł, odsuwając się, jednocześnie robiąc nam przejście.
Żadna z nas nie poruszyła się. Mogłabym powiedzieć, że Julia chciała, abym to zrobiła, ale nie miałam zbyt wiele doświadczenia z klubami, a ona i tak czekała na mnie. Wiem, że to nie jest zbyt normalne. Ba, żeby było jeszcze mądre! Poza tym o co chodziło temu kolesiowi? Możecie pomyśleć, ze jestem jakaś głupia i po prostu powinnam wejść do środka, ale kiedyś się czegoś nauczyłam - w życiu nic nie jest za darmo.
- Zamieniłyście się w kamienne posągi? - Zaśmiał się, a w jego oczy błyszczały z rozbawieniu - O co chodzi?
- My? Z kamienia? Żeby tylko - Julia również parsknęła śmiechem.
- Prawda. Jesteście zbyt ciepłe. I zbyt energiczne - a gdy tylko to powiedział ponownie zmierzył nas wzrokiem.
- Ale to nie tłumaczy, dlaczego to dla nas robisz?* - Przypomniałam mu.
- I nie miało takiego zamiaru - westchnął i złapał się za nasadę nosa. Nie mogłam nic na to pradzić, ale na myśl przyszedł mi były kryminalista-geniusz, który często wykonywał ten gest. Poczułam, jak przez mój żołądek przelatuje tysiące motylków. Skup się. Musiałam odciąć się od tych myśli - Dobrze.
- Dlaczego to robisz? Z jakiego powodu? Czego chcesz?
- Wiele pytań - uśmiechnął się ironicznie - Ale odpowiem na wszystkie, jeśli będę mógł się czegoś wywiedzieć.
- Okej - tym razem to ja westchnęłam. Nie było innego sposobu na ominięcie tego - Jedno pytanie.
- Chciałyście wiedzieć, dlaczego to robię. To przez to, jakie jesteście. Każdej nocy jestem tutaj i rozmawiam z przeróznymi idotkami, które chcą się pobawić za darmo. Pozwólcie, że będę szczery, jesteście piękne, ale jest tu pełno takich kobiet. Chodzi o wasze osobowości. Powiedzcie, jak chciałybyście dostać się do środka, jeśli nie mogłybyście ze mną flirtować?
Miał rację. Byłyśmy bardziej otwarte niż zwykłe kobiety. I nie chciałyśmy aż tak flirtować, czy wejść do środka za darmo.
- Nie mam żadnego powodu. Nie każdy chce wyrządzić wam krzywdę. Wiecie?
Chciałam się zaśmiać. Jeśli swiat, który znałam i istoty, jaką jestem ja, byłyby tutaj, na pewno zostalibyśmy skrzywdzeni. Z drugiej strony, kiedy ludzie zaśmiecają Ziemię, już to mnie rani. Wszystko, co źle wpływa na środowisko ma negatywne skutki w moim samopoczuciu.
- Mógłbyś być zdziwiony...
- Masz rację, ale pozwól, że coś Ci wyjaśnię. Nie mam złych intencji. Popatrz. Stoimy sobie tutaj sami. Jeśli chciałbym was skrzywdzić, juz dawno bym to zrobił.
Przyjęłam najbardziej Artemisowo-wamipryczny śmiech.
- Chciałabym zobaczyć, jak tylko próbujesz to zrobić.
Mój uśmiech podziałał. Adonis zadrżał, kiedy myślał nad tym, o co naprawdę może mi chodzić. Jeśli tylko miałby jakąś wskazówkę... Na szczęście, nie był osobą, którą łatwo można było przestraszyć.
- Mimo wszystko. Zapytałaś mnie czego chcę. Niczego. Nie mogę być po prostu miłym facetem?
Nie mogłam nic na to poradzić i zaczęłam się nad tym głeboko zastanawiać. Aretmis. Wydawało się, ze zawsze czegoś oczekiwał, czegoś chciał. Ale potem... To wszystko jakby minęło. Wyglądało na to, że naprawdę nie parał się już byciem geniuszem zła. W sumie sama nie wiem, o co mi chodziło. Dlatego zrobiłam najlepszą rzecz, która mogłam. Wyrzuciłam to z umysłu.
- Mimo wszystko... - Odparłam, cytując go.
- A teraz przejdzmy do mojego pytania - uśmiechnął się zniecierpliwiony. Lepiej, żeby nie pytał o to jakiego koloru mam majteczki... Bo tego pozałuje. I Julia nie powstrzymałaby mnie przed niczym.
- Pewnie, jednak zapytaj, kiedy znajdziemy się już w środku - powiedziała Julia, której oczy błyszczały. Załozyła ręce na biodra.
- Obiecuję - powiedział, przykładając dłoń do serca. Odwórcił się do mnie i uśmiechnął się - Umówiłabyś się ze mną?
*chodzi o darmowe wejście :)
- Jesteś okropnym flirciarzem - powiedziałam, kładąc dłonie na biodrach, kiedy na niego spoglądałam.
Adonis nawet nie mrgunąl oczyma
- To prawda, ale mówię poważnie.
- Na pewno? - Musiałam przyznać, że dało się go szybko polubić. Nie tylko przez wygląd, ale także przez przyjazne nastawienie.
- Oczywiście, moja droga - odpowiedział i po chwili się poprawił - Moje drogie panie.
Teraz byłam pewna, że nie zapomniał o Julii. Było to po prostu niedopatrzenie z jego strony, które mogło mieć dwie przyczyny. Albo nie wyrażał zainteresowania jej osobą w przeciwieństwie do niej samej, albo po prostu za bardzo podobałam mu się JA. Pomijając ten fakt, przyglądałam się jak mierzył nas wzrokiem z góry do dołu. Wyobrażałam sobie go jako głodnego psiaka, który ma ochotę na świeże mięso.
- Tak więc, co mogę dla was zrobić? - Zapytał, opierając się o ceglaną ścianę. Stłumiłam ochotę przed przewróceniem oczami i przynudanawym pogwizdywaniem. Po co mogłyśmy iść do klubu? Zrobić tipsy? Naprawdę, ten flirt robił się coraz bardziej nudnawy, ale wiedziałam z doświadczenia, że to była jedyna opcja.
- Chciałabym wejść do środka - syknęłam.
- Oczywiście - powiedział, jakby nigdy nie zapominał o swojej pracy - Wiecie, naprawdę polubiłem was - nadal się nie odsunał. Uświadomiłam sobie, że czegoś oczekiwał. Ale nie miałam pojęcia zego. Zrobiłam więc to, co zawsze działało w sytuacji, gdy byłam pomiedzy młotem a kowadłem. Improwizowałam, zaczynając rozmowę.
- A kto nie? - Uśmiechnęłam się w sposób, który miałam nadzieję, że wyglądał bardziej słodko niż drapieżnie.
- Pewnie - odwzajemnił gest, ukazując idealnie białe zęby.
- Tak czy siak, ile za wstęp? - Burknęła Julia, próbując się przepchnąć.
- Zero opłat - odparł, odsuwając się, jednocześnie robiąc nam przejście.
Żadna z nas nie poruszyła się. Mogłabym powiedzieć, że Julia chciała, abym to zrobiła, ale nie miałam zbyt wiele doświadczenia z klubami, a ona i tak czekała na mnie. Wiem, że to nie jest zbyt normalne. Ba, żeby było jeszcze mądre! Poza tym o co chodziło temu kolesiowi? Możecie pomyśleć, ze jestem jakaś głupia i po prostu powinnam wejść do środka, ale kiedyś się czegoś nauczyłam - w życiu nic nie jest za darmo.
- Zamieniłyście się w kamienne posągi? - Zaśmiał się, a w jego oczy błyszczały z rozbawieniu - O co chodzi?
- My? Z kamienia? Żeby tylko - Julia również parsknęła śmiechem.
- Prawda. Jesteście zbyt ciepłe. I zbyt energiczne - a gdy tylko to powiedział ponownie zmierzył nas wzrokiem.
- Ale to nie tłumaczy, dlaczego to dla nas robisz?* - Przypomniałam mu.
- I nie miało takiego zamiaru - westchnął i złapał się za nasadę nosa. Nie mogłam nic na to pradzić, ale na myśl przyszedł mi były kryminalista-geniusz, który często wykonywał ten gest. Poczułam, jak przez mój żołądek przelatuje tysiące motylków. Skup się. Musiałam odciąć się od tych myśli - Dobrze.
- Dlaczego to robisz? Z jakiego powodu? Czego chcesz?
- Wiele pytań - uśmiechnął się ironicznie - Ale odpowiem na wszystkie, jeśli będę mógł się czegoś wywiedzieć.
- Okej - tym razem to ja westchnęłam. Nie było innego sposobu na ominięcie tego - Jedno pytanie.
- Chciałyście wiedzieć, dlaczego to robię. To przez to, jakie jesteście. Każdej nocy jestem tutaj i rozmawiam z przeróznymi idotkami, które chcą się pobawić za darmo. Pozwólcie, że będę szczery, jesteście piękne, ale jest tu pełno takich kobiet. Chodzi o wasze osobowości. Powiedzcie, jak chciałybyście dostać się do środka, jeśli nie mogłybyście ze mną flirtować?
Miał rację. Byłyśmy bardziej otwarte niż zwykłe kobiety. I nie chciałyśmy aż tak flirtować, czy wejść do środka za darmo.
- Nie mam żadnego powodu. Nie każdy chce wyrządzić wam krzywdę. Wiecie?
Chciałam się zaśmiać. Jeśli swiat, który znałam i istoty, jaką jestem ja, byłyby tutaj, na pewno zostalibyśmy skrzywdzeni. Z drugiej strony, kiedy ludzie zaśmiecają Ziemię, już to mnie rani. Wszystko, co źle wpływa na środowisko ma negatywne skutki w moim samopoczuciu.
- Mógłbyś być zdziwiony...
- Masz rację, ale pozwól, że coś Ci wyjaśnię. Nie mam złych intencji. Popatrz. Stoimy sobie tutaj sami. Jeśli chciałbym was skrzywdzić, juz dawno bym to zrobił.
Przyjęłam najbardziej Artemisowo-wamipryczny śmiech.
- Chciałabym zobaczyć, jak tylko próbujesz to zrobić.
Mój uśmiech podziałał. Adonis zadrżał, kiedy myślał nad tym, o co naprawdę może mi chodzić. Jeśli tylko miałby jakąś wskazówkę... Na szczęście, nie był osobą, którą łatwo można było przestraszyć.
- Mimo wszystko. Zapytałaś mnie czego chcę. Niczego. Nie mogę być po prostu miłym facetem?
Nie mogłam nic na to poradzić i zaczęłam się nad tym głeboko zastanawiać. Aretmis. Wydawało się, ze zawsze czegoś oczekiwał, czegoś chciał. Ale potem... To wszystko jakby minęło. Wyglądało na to, że naprawdę nie parał się już byciem geniuszem zła. W sumie sama nie wiem, o co mi chodziło. Dlatego zrobiłam najlepszą rzecz, która mogłam. Wyrzuciłam to z umysłu.
- Mimo wszystko... - Odparłam, cytując go.
- A teraz przejdzmy do mojego pytania - uśmiechnął się zniecierpliwiony. Lepiej, żeby nie pytał o to jakiego koloru mam majteczki... Bo tego pozałuje. I Julia nie powstrzymałaby mnie przed niczym.
- Pewnie, jednak zapytaj, kiedy znajdziemy się już w środku - powiedziała Julia, której oczy błyszczały. Załozyła ręce na biodra.
- Obiecuję - powiedział, przykładając dłoń do serca. Odwórcił się do mnie i uśmiechnął się - Umówiłabyś się ze mną?
*chodzi o darmowe wejście :)
Rozdział 15 'Przybycie: Holly i Julia' część 1
Cześć skarby, jestem w końcu:*:*
- Chodź - powiedziała Julia, wyciągając mnie z pokoju hotelowego - Musimy iść.
- Już idę - powiedziałam skupiając się na tym, aby chwycić w tym samym czasie torebkę. Rozejrzałam się wokół, aby upewnić się, że wszystkie światła są zgaszone i zatrzasnęłam drzwi. Julia szybko zamknęła je na klucz.
- Uhm... Tym razem schody w dół? - Jąknęła.
- Możesz jechać windą, jeśli tego chcesz - odparłam i uświadomiłam sobie, ze brzmiało to, jak któreś ze słów Artiego. No i jesli chcę być bardziej sarkastyczna muszę to ciągle robić... I właśnie z tym nawykiem muszę skończyć.
- Oh, nie denerwuj się. Pójdziemy - westchnęła.
- Myślisz totalnie jak ja - uśmiechnęłam się ironicznie, kiedy zaczęła narzekać na buty. Nie znam się za bardzo na nich, ale raczej nie popsują się na schodach, prawda?
Schodziłyśmy na dół po kilkuset słowa i co było zadziwiające stopy w ogóle mnie nie bolały. Nie żebym chciała przyznać, ale Julia wiedziała co robi, biorąc baleriny.
W końcu dotarłyśmy na sam dół. Byłam zaskoczona, że nasz samochód już czekał. Julia musiała to zorganizować jeszcze gdy byłyśmy w pokoju.
- Dzięki - rzuciła Julia, cmokając lokaja w powietrzu. Po chwili podbiegła do samochodu i wsiadła na miejsce kierowcy.
Młodzieniec spojrzał na mnie z nadzieją, że zrobię to samo. Oj nie, mój drogi przyjacielu.'
- Pomóc w czymś Pani? - Zapytał z nadzieją, która aż opływała jego głos.
- Nie dziękuję - powiedziałam ledwo tłumiąc chichot. Z wolna podeszłam do czekającego samochodu. Julia nachyliła się nad wolnym siedzeniem i z niecierpliwością spuściła szybę.
- Jak sądzisz, dostaniemy się dzisiaj do klubu?
- Mogę iść wolniej - wzruszyłam ramionami.
Julia jęknęła, ale nic nie powiedziała, wiedząc, że naprawdę byłam w stanie zwolnić.
Dotarłam w końcu do drzwi i usiadlam, robiąc to bardzo ostrożnie. W końcu nie miałam zbyt długiej spódniczki. Na szczęście, obyło się bez większych incydentów.
- Dzisiaj...? - Mruknęła Julia.
- Heeej, już jestem! - Powiedziałam, wyrzucając ręcę w górę w podporządkowaniu. Jeśli ktoś, kto mnie znał by to zobaczył pewnie zaniósłby się śmiechem. Nigdy nie byłam podporządkowana, co z pewnością wiecie.
- Taak, a teraz ruszajmy się trochę powyginać, jak prawdziwe dziewczyny.
Zapięłam pas, a gdy tylko się to stało Julia ruszyła z zawrotną prędkością. Teraz już wiedziałam, co Grzebaczek czuł w takich sytuacjach. Szybkość nie była tym, co mnie zaskoczyło. Trzy razy lecąc ponaddźwiękową kapsułą osiągałam większą prędkość. Ale to nie było to. Bardziej przeraziło mnie jej lekkomyślne postępowanie. A najbardziej to, że jestem w to zamieszana.
- Włącz radio - powiedziała Julia, spoglądając na mnie.
- Jasne - odparłam, wciskając guzik. Smutne piosenki poleciały z głośników. Nie lubię country. Miłość świrniętej dziewczyny lub oszukującego faceta. Jeśli wszystkie ludzkie związki są takie złe to ja spadam. Kolejny arguement za zniszczeniem Ziemi. Jeśli nie można sobie poradzić z własnymi problemami, jaki sens ma ratowanie świata?
- Nie, nie - zmarszczyła nos - Przełącz.
Tak więc skakałam po kilku stacjach, jednak Julia wciąż nie była zadowolona.
- Dobra, weź to wyłącz, nie ma tu nic ciekawego.
Zrobiłam to, o co mnie poprosiła, ponieważ miała całkowitą rację. Piosenki były nudne albo po prostu żałosne. Siedziałyśmy w ciszy, jednak nie była ona niekomfortowa. Patrzyłam w okno. Byłyśmy na "totalnym odludziu", jak niektórzy to nazywali. Obszar był zalesiony, zielony i tylko droga miała tutaj inny kolor.
Nigdy nie miałam doświadczenia z przebywaniem w klubie. Więc jak będzie tutaj. Na pewno nie będzie taki pozerski, jak mogłoby się wydawać.
- Prawie jesteśmy - Julia uśmiechnęła się, jakby czytała mi w myślach.
Jechałyśmy kretą drogą, aż w końcu odbiłyśmy w prawo. Droga była pusta, więc szybko ją przemierzyłyśmy i zjechałyśmy na ogromny parking i przysadzisty budynek, który po prostu tutaj wyrósł. Z jakiegoś powodu nie potrafiłam sobie wyobrazić ekipy budowlanej, która realizowała ten projekt.
- Phenom - powiedziała Julia, wskazując na szary budynek naprzeciwko nas. Nie mogłam się powstrzymać i zaśmiałam się. Byłam nieźle rozczarowana. Wszyscy mówili o tym miejscu, jakby naprawdę było niesamowite. A nie było. Julia spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała.
Zaprakowała w strefie, która była możliwe najbliżej obiektu (ale i tak była daleko). Może budynek tak nie wyglądał, ale oceniając po ilości samochodów, które się tutaj znajdowały było to dość popularne miejsce. Ludzkie życie. Nigdy nie przestaje zadziwiać.
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam był brak znaków. Myślę, że to jedno z tych miejsc, które nie potrzebują zbyt wielu oznaczać, bo sam wiesz, gdzie możesz przebywać, a gdzie nie. Jedyne wielkie oznaczenie widniało nad ciężkimi, szarymi metalowymi drzwiami. Potem zorientowałam się, że "Phenom" nie był akutalną nazwą klubu. Teraz brzmiała ona "Phenomena". Napis zaznaczony był w ekscentryczny, biały, neonowy napis.
- Gotowa? - Zapytała, wyłąłczając silnik.
- Urodziłam się gotowa - odparłam, posyłając jej mój najgroźniejszy uśmiech i zarzuciłam włosami, jak robiła to Lili.
- Więc ruszajmy - i bez kolejnych zbędnych słów, wysiadłyśmy z auta. Powietrze było jako tako ciepłe, więc czułam się dobrze.
- Zaczekaj. To może Ci się przydać - oznajmiła i rzuciła mi kurtkę o rękawach 3/4 długości ze sztucznej skóry - Nie będzie tak ciepło przez całą noc.
- Dzięki - powiedziałam, wsuwając ją na siebie - A teraz na serio chodźmy.
- Jak sobie życzysz, tak też będzie - odparła tajemnicznym głosem, biorąc mnie pod ramię. Podeszłyśmy chwiejnym krokiemdo drzwi frontowych, które mimo wszystko były w pewnej odległości od samochodu. Jeszcze raz podziękowałam Frondowi za tak wygodne buty. Przed wejściem stał ochroniarz, blokując je całkowicie.Wyglądał na groźnego i nieustępliwego, ale na pewno nie tak bardzo jak Butler. W ogóle nie sądzę, żeby był ktoś lepszy od niego pod tym względem. Ale wracając do tematu bodyguarda, muszę przyznać, że był przystojnym mężczyzną, a nawet bardzo. Był wysokiim afroamerykaninem z mleczną karnacją i przenikliwymi, brązowymi oczami. Miał długie rzęsy, aż za długie jak na faceta tego typu. Długie włosy zabarwione były na czarno i brązowo, i skręcone w dredy, które z kolei opadały mu na twarz, jednocześnie artykułując wysoko położone kości policzkowe i idealny romański nos. Nosił czarne dżinsy, które podkreślały jego zgrabne nogi. Z kolei ciemny T-Shirt, opięty na klatce piersiowej uwydatniał muskuły. Tylko jedno słowo mogło go opisać: łał!
- Witajcie, piękne Panie - powiedział. Jego głos był przenikający i wysoki. Słowa wypowiadał z lekko jamajskim akcentem - Nazywam się Adonis.
Ah, więc tak. Adonis. To było sensowne. Adonis był greckim herosem, który słynął ze swojej urody. Podbił serce Afrodyty (bogini miłości i piękności) i Pesefony (bogini pory wiosennej i żona Hadesa). Na jego nieszczęście, wiele bogów płci męskiej było zazdrosnych i skończył zmaskarowany przez dzika. Jego krew zabarwiła kwiaty i rzeki na czerwono.
Ten mężczyzna z pewnościa zasługiwał na to imię. Ale wydawał się być pantoflarzem i dzięki komplementom mógł zmusić kobiety do robienia tego, czego chciał.
- Cześć Adonis - odparła Julia, trzepiąc rzęsami. Ojj, czasem potrafiła nieźle flirtowac. Ale wygladało na to, że on tego nie zauważał. Prawdopodobnie napotykał już kobiety, które rzucały mu się do stóp.
- Cześć - powiedziałam, uśmiechając się i w nijaki sposób kpiąc z nich obu. Z zapału Julii i oczekiwań Adonisa. Powiedziałabym, że tylko ludzie, ale mijałoby się to z prawdą, więc: wszystkie gatunki są szownistyczne. Postrzegają kobietę, jako słabszą. I może jest to zgodne z rzeczywistością w niektórych przypadkach, ale jednak nie zawsze.
- Mogę zapytać, jak się nazywacie? - Uniósł brew.
- Nazywam się Julia, a to moja najlepsza przyjaciółka Holinda. Wydałam z siebie przytłumiony jęk. Nie chciałam, aby cokolwiek o mnie wiedział. Ale co mogłam zrobić?
CHEEEEEEEEEEEEEEEER! <3
P.s. Dajcie znać, jak są gdzieś błędy, o :) I spóźnionych Wesłoych Świąt oraz udanego Sylwestra :)
- Chodź - powiedziała Julia, wyciągając mnie z pokoju hotelowego - Musimy iść.
- Już idę - powiedziałam skupiając się na tym, aby chwycić w tym samym czasie torebkę. Rozejrzałam się wokół, aby upewnić się, że wszystkie światła są zgaszone i zatrzasnęłam drzwi. Julia szybko zamknęła je na klucz.
- Uhm... Tym razem schody w dół? - Jąknęła.
- Możesz jechać windą, jeśli tego chcesz - odparłam i uświadomiłam sobie, ze brzmiało to, jak któreś ze słów Artiego. No i jesli chcę być bardziej sarkastyczna muszę to ciągle robić... I właśnie z tym nawykiem muszę skończyć.
- Oh, nie denerwuj się. Pójdziemy - westchnęła.
- Myślisz totalnie jak ja - uśmiechnęłam się ironicznie, kiedy zaczęła narzekać na buty. Nie znam się za bardzo na nich, ale raczej nie popsują się na schodach, prawda?
Schodziłyśmy na dół po kilkuset słowa i co było zadziwiające stopy w ogóle mnie nie bolały. Nie żebym chciała przyznać, ale Julia wiedziała co robi, biorąc baleriny.
W końcu dotarłyśmy na sam dół. Byłam zaskoczona, że nasz samochód już czekał. Julia musiała to zorganizować jeszcze gdy byłyśmy w pokoju.
- Dzięki - rzuciła Julia, cmokając lokaja w powietrzu. Po chwili podbiegła do samochodu i wsiadła na miejsce kierowcy.
Młodzieniec spojrzał na mnie z nadzieją, że zrobię to samo. Oj nie, mój drogi przyjacielu.'
- Pomóc w czymś Pani? - Zapytał z nadzieją, która aż opływała jego głos.
- Nie dziękuję - powiedziałam ledwo tłumiąc chichot. Z wolna podeszłam do czekającego samochodu. Julia nachyliła się nad wolnym siedzeniem i z niecierpliwością spuściła szybę.
- Jak sądzisz, dostaniemy się dzisiaj do klubu?
- Mogę iść wolniej - wzruszyłam ramionami.
Julia jęknęła, ale nic nie powiedziała, wiedząc, że naprawdę byłam w stanie zwolnić.
Dotarłam w końcu do drzwi i usiadlam, robiąc to bardzo ostrożnie. W końcu nie miałam zbyt długiej spódniczki. Na szczęście, obyło się bez większych incydentów.
- Dzisiaj...? - Mruknęła Julia.
- Heeej, już jestem! - Powiedziałam, wyrzucając ręcę w górę w podporządkowaniu. Jeśli ktoś, kto mnie znał by to zobaczył pewnie zaniósłby się śmiechem. Nigdy nie byłam podporządkowana, co z pewnością wiecie.
- Taak, a teraz ruszajmy się trochę powyginać, jak prawdziwe dziewczyny.
Zapięłam pas, a gdy tylko się to stało Julia ruszyła z zawrotną prędkością. Teraz już wiedziałam, co Grzebaczek czuł w takich sytuacjach. Szybkość nie była tym, co mnie zaskoczyło. Trzy razy lecąc ponaddźwiękową kapsułą osiągałam większą prędkość. Ale to nie było to. Bardziej przeraziło mnie jej lekkomyślne postępowanie. A najbardziej to, że jestem w to zamieszana.
- Włącz radio - powiedziała Julia, spoglądając na mnie.
- Jasne - odparłam, wciskając guzik. Smutne piosenki poleciały z głośników. Nie lubię country. Miłość świrniętej dziewczyny lub oszukującego faceta. Jeśli wszystkie ludzkie związki są takie złe to ja spadam. Kolejny arguement za zniszczeniem Ziemi. Jeśli nie można sobie poradzić z własnymi problemami, jaki sens ma ratowanie świata?
- Nie, nie - zmarszczyła nos - Przełącz.
Tak więc skakałam po kilku stacjach, jednak Julia wciąż nie była zadowolona.
- Dobra, weź to wyłącz, nie ma tu nic ciekawego.
Zrobiłam to, o co mnie poprosiła, ponieważ miała całkowitą rację. Piosenki były nudne albo po prostu żałosne. Siedziałyśmy w ciszy, jednak nie była ona niekomfortowa. Patrzyłam w okno. Byłyśmy na "totalnym odludziu", jak niektórzy to nazywali. Obszar był zalesiony, zielony i tylko droga miała tutaj inny kolor.
Nigdy nie miałam doświadczenia z przebywaniem w klubie. Więc jak będzie tutaj. Na pewno nie będzie taki pozerski, jak mogłoby się wydawać.
- Prawie jesteśmy - Julia uśmiechnęła się, jakby czytała mi w myślach.
Jechałyśmy kretą drogą, aż w końcu odbiłyśmy w prawo. Droga była pusta, więc szybko ją przemierzyłyśmy i zjechałyśmy na ogromny parking i przysadzisty budynek, który po prostu tutaj wyrósł. Z jakiegoś powodu nie potrafiłam sobie wyobrazić ekipy budowlanej, która realizowała ten projekt.
- Phenom - powiedziała Julia, wskazując na szary budynek naprzeciwko nas. Nie mogłam się powstrzymać i zaśmiałam się. Byłam nieźle rozczarowana. Wszyscy mówili o tym miejscu, jakby naprawdę było niesamowite. A nie było. Julia spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała.
Zaprakowała w strefie, która była możliwe najbliżej obiektu (ale i tak była daleko). Może budynek tak nie wyglądał, ale oceniając po ilości samochodów, które się tutaj znajdowały było to dość popularne miejsce. Ludzkie życie. Nigdy nie przestaje zadziwiać.
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam był brak znaków. Myślę, że to jedno z tych miejsc, które nie potrzebują zbyt wielu oznaczać, bo sam wiesz, gdzie możesz przebywać, a gdzie nie. Jedyne wielkie oznaczenie widniało nad ciężkimi, szarymi metalowymi drzwiami. Potem zorientowałam się, że "Phenom" nie był akutalną nazwą klubu. Teraz brzmiała ona "Phenomena". Napis zaznaczony był w ekscentryczny, biały, neonowy napis.
- Gotowa? - Zapytała, wyłąłczając silnik.
- Urodziłam się gotowa - odparłam, posyłając jej mój najgroźniejszy uśmiech i zarzuciłam włosami, jak robiła to Lili.
- Więc ruszajmy - i bez kolejnych zbędnych słów, wysiadłyśmy z auta. Powietrze było jako tako ciepłe, więc czułam się dobrze.
- Zaczekaj. To może Ci się przydać - oznajmiła i rzuciła mi kurtkę o rękawach 3/4 długości ze sztucznej skóry - Nie będzie tak ciepło przez całą noc.
- Dzięki - powiedziałam, wsuwając ją na siebie - A teraz na serio chodźmy.
- Jak sobie życzysz, tak też będzie - odparła tajemnicznym głosem, biorąc mnie pod ramię. Podeszłyśmy chwiejnym krokiemdo drzwi frontowych, które mimo wszystko były w pewnej odległości od samochodu. Jeszcze raz podziękowałam Frondowi za tak wygodne buty. Przed wejściem stał ochroniarz, blokując je całkowicie.Wyglądał na groźnego i nieustępliwego, ale na pewno nie tak bardzo jak Butler. W ogóle nie sądzę, żeby był ktoś lepszy od niego pod tym względem. Ale wracając do tematu bodyguarda, muszę przyznać, że był przystojnym mężczyzną, a nawet bardzo. Był wysokiim afroamerykaninem z mleczną karnacją i przenikliwymi, brązowymi oczami. Miał długie rzęsy, aż za długie jak na faceta tego typu. Długie włosy zabarwione były na czarno i brązowo, i skręcone w dredy, które z kolei opadały mu na twarz, jednocześnie artykułując wysoko położone kości policzkowe i idealny romański nos. Nosił czarne dżinsy, które podkreślały jego zgrabne nogi. Z kolei ciemny T-Shirt, opięty na klatce piersiowej uwydatniał muskuły. Tylko jedno słowo mogło go opisać: łał!
- Witajcie, piękne Panie - powiedział. Jego głos był przenikający i wysoki. Słowa wypowiadał z lekko jamajskim akcentem - Nazywam się Adonis.
Ah, więc tak. Adonis. To było sensowne. Adonis był greckim herosem, który słynął ze swojej urody. Podbił serce Afrodyty (bogini miłości i piękności) i Pesefony (bogini pory wiosennej i żona Hadesa). Na jego nieszczęście, wiele bogów płci męskiej było zazdrosnych i skończył zmaskarowany przez dzika. Jego krew zabarwiła kwiaty i rzeki na czerwono.
Ten mężczyzna z pewnościa zasługiwał na to imię. Ale wydawał się być pantoflarzem i dzięki komplementom mógł zmusić kobiety do robienia tego, czego chciał.
- Cześć Adonis - odparła Julia, trzepiąc rzęsami. Ojj, czasem potrafiła nieźle flirtowac. Ale wygladało na to, że on tego nie zauważał. Prawdopodobnie napotykał już kobiety, które rzucały mu się do stóp.
- Cześć - powiedziałam, uśmiechając się i w nijaki sposób kpiąc z nich obu. Z zapału Julii i oczekiwań Adonisa. Powiedziałabym, że tylko ludzie, ale mijałoby się to z prawdą, więc: wszystkie gatunki są szownistyczne. Postrzegają kobietę, jako słabszą. I może jest to zgodne z rzeczywistością w niektórych przypadkach, ale jednak nie zawsze.
- Mogę zapytać, jak się nazywacie? - Uniósł brew.
- Nazywam się Julia, a to moja najlepsza przyjaciółka Holinda. Wydałam z siebie przytłumiony jęk. Nie chciałam, aby cokolwiek o mnie wiedział. Ale co mogłam zrobić?
CHEEEEEEEEEEEEEEEER! <3
P.s. Dajcie znać, jak są gdzieś błędy, o :) I spóźnionych Wesłoych Świąt oraz udanego Sylwestra :)
Rozdział 14 'Czas przygotowania: Artemis i Butler' część 2
Dwie opcje z czterech. Jedna z dwóch była trochę pomocna. Więc została matka i Holly. Holly na koniec - definitywnie. Nie mogłem pytać jej o takie rzeczy. Chociaż może powiem to w ten sposób - z dwojga złego lepiej wybrać mamę. Była mniej denerwująca. Z trudem ruszyłem do góry do pokoju matki i ocja, który zajęli zanim się urodziłem. Delikatnie zapukałem w drzwi.
- Wejdź - zawołał głos matki. Postąpiłem krok do przodu; wszystko zawsze było takie same, mimo, że czas mijał. Ściany nadal miały ten głebki kolor karmazynu, a na podłodze leżał dywan z motywem winorośli - Arty - zagruchała - Czego potrzebujesz, kochanie? - "Kochanie". Było to jedno z tcyh absurdalnych ksywek, które mi nadała po powrocie z podróży w czasie i jej czarotropii, ale gdybym jej to powiedział, chyba by mnie zabiła. I oczywiście nie sprzeciwiam się dlatego, że nie chcę jej znowu zranić.
Ostrożnie podszedłem w jej stronę, uważając na dywan pode mną. Stawiałem stopy pomiędzy winoroślami, pamietając słowa ojca. "Jeśli staniesz na winorośli musisz policzyć do dziesięciu". Naprawdę, nie miałem czasu czy cierpliwości, aby natrafiać na takie małe nieszczęścia.
Matka pobłażliwie się do mnie uśmiechnęła. Wyglądała, jakbym właśnie zrobił jej najlepszy prezent.
- Próbujesz nie nadepnąć na winne grona? - Odwzajemniłem gest. Znała mnie tak dobrze. Kiedy znalazłem się już przy niej rozłożyła ręce. Bez wahania się w nie rzuciłem. Przytuliła mnie mocno, a ja zrobiłem to samo. Mimo że byłem nastolatkiem, w tym momencie czułem się jak mały chłopiec. Na myśl przyszły mi też czasy, kiedy szukałem w nich pocieszenia, ale nie dostałem żadnego. Właśnie dlatego teraz te momenty wydawały się jeszcze bardziej magiczne.
- Cześć matko (Ło, mnie by mama zabiła, gdybym się tak odezwała ~ Some) - powiedziałem, ale wtedy poczułem, że jest spięta - To znaczy, cześć mamo.
Znowu rozprawiała o tym, jak powinienem ją nazywać. Sądzi, że "matka" jest zbyt formalna i musimy to zmienić. Więc obiecałem, że spróbuję.
- Dobrze, że w końcu się pojawiłeś. Usiądź - powiedziała, klepiąc miejsce na łóżku obok siebie.
- Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadzam - odparłem i klapnąłem obok niej.
- Nonsens - zagaiła, i machnęła ręką, jakby odganiała ten głupi pomysł - Nigdy tego nie robisz. Zawsze znajdę dla Ciebie czas.
Poczułem, jak coś łapie mnie za serce. Są rzeczy, o których wiesz doskonale, ale zawsze dobrze jest je usłyszeć kolejny raz, zbliżyć się, mimo wszystkich obowiązków, które się posiada. Ale cóż, to i tak nie ułatwiało mi tego, z czym tu przyszedłem.
- Dzięki matko - odpowiedziałem, nie będąc pewnym, jak zacząć konwersacje. Wtedy sobie uświadomiłem, że jeśli jest się Fowlem takie rzeczy Cię nie spotykają.
- Mamo - przypomniała mi.
- Mamo - poprawiłem się - Ja... Ja potrzebuję Twojej rady - Zawsze mam problem z płynnym mówieniem, kiedy zaczynam się denerwować. To może być symptom, który objawia się przez zmiany na lepsze w moim życiu. Ale szczerze mówiąc, wykluczałem to, że mogę stawać się głupszy - Jeśli nie masz nic przeciwko.
- Oczywiście, czy chodzi o Holly? - Zapytała. Wiedziała wszystko o tym w jakich stosunkach byłem z wróżkami. W końcu przez sposób, w jaki była wyleczona było niemożliwe, aby ją zmesmeryzować albo zatrzeć pamięć. Ale tak w zasadzie to dobrze się składa, ze ktoś z rodzny o nich wie. Ale niestety jej wiedza zeszła teraz tylko na temat Holly.
- Nie - powiedziałem i poczułem, że twarz oblewa mi rumieniec z powodu rozmowy, która miała nastąpić - Nie, mamo. Jesteśmy tylko przyjaciółmi - stwierdziłem.
Mama zachichotała i odrzuciła swoje blond włosy, jak nastolatka próbująca przyciągnąć uwagę.
- Oczywiście, że tak. Ale wiesz, ja i tata powtarzaliśmy to samo - Nie myśl o tym. Będzie na to jeszcze mnóstwo czasu. Poza tym, może jednak lepiej tego nie robić.
- Tak, ale MY jesteśmy inni, a czasy się zmieniły.
- Och Arty... Aż poczułam się starzej - nadąsała się.
Odchrząknąłem i wyjąkałem kilka słów:
- Nie mamo... Nie jesteś stara.
- Dziękuję, synu - zaśmiała się. A kiedy w końcu zdołała się opanować dodała - Jednakże czasy nie zmieniły się aż tak bardzo.
- Mamo... Możemy w końcu przejść do mojego problemu? - Zapytałem, chcąc uciec od tematu Holly Niedużej.
- To znaczy? Nie sądziłam, że możesz mieć problem z czymś innym? - Na pewno pomyślała, że na inne sprawy jestem zbyt inteligenty... I w sumie miała rację. Była przyzwyczajona, że ze wszystkim sobie radzę, ale teraz nie o to się rozchodziło. Przynajmniej nigdy wcześniej o tym nie wspominałem.
- Będziesz zaskoczona... - Wymamrotałem.
- Mów, synku - uśmiechnęła się delikatnie.
- Tak więc... Planowałem dziś wypaść do Phenomu... - Zacząłem, ale matka mi przerwała.
- Z tą świetną dziewczyną, Minerwą, prawda? - Zapytałam, pormieniując z dumy. I wtedy coś sobie uświadomiła - Od kiedy Ty gdziekolwiek wychodzisz?
- Od teraz, matko. I nie, idę tam po to, aby się zabawić z Julią i jej przyjaciółką.
- Dziewczyną...? - Uniosła brwi i nachyliła się do przodu. Wiedziałem, że uwielbia tą wiadomość. Teraz miała pewność, że interesowałem się płcią przeciwną. Jak najbardziej chciała się tego dowiedzieć.
- No... Tak - odparłem, a moja twarz oblała się rumieńcem.
- Och... Co masz zamiar włożyć?
- To powód, dla którego przyszedłem - przynzałem, nie mogąc dłużej ukrywać prawdy - Co ludzie ubierają na takie okazje...?
- Wiesz Arty, to dość ciężkie pytanie - powiedziała - Muszę chwilę pomyśleć - usiadła i pogładziła się po brodzie, myśląc.
- Tak...? - Nacisnąłem po kilku sekundach. Raczej byłem cierpliwy, ale teraz nie miałem zbyt wiele czasu.
- Większość na pewno włożyła by coś w stylu obcisłych spodni, koszulkę z kamizelką... I trampki.
- Ale ja nie jestem zwykłym młodzieńcem.
- Tak, to prawda. Nigdy byś tego nie załozył. Więc musimy znaleźć coś jednocześnie unikalnego i eleganckiego. - Eleganckiego? Naprawdę? Uniosłem brwi do góry. Matka i tak gotowa była poświęcić się temu zjęciu. Jak to bywało w genach Fowlów - Wątpisz w to? - Zapytała, a jej oczy zaiskrzyły - Możesz być geniuszem, ale akurat w tej dziedzinie jestem ekspertem.
- Dobrze w takim razie, daję Ci wolną rękę - odparłem, dając jej pozwolenie na to, co chciała zrobić.
- Chodź - powiedziała, chwytając mnie za ramię. Poprowadziła mnie przez pokój, do mojego.
Od razu podeszła do garderoby. Nie patrzała na mnie, wyrzucając praktycznie wszystko z szafy. Nie przegapiła również szuflady z bielizną, co wprawiło mnie w zakłopotanie. Wyciągneła niebieskie, jedwabne bokserki.
- Te będą odpowiednie - odchrząnkęła. Ruszyłem do łazienki, kiedy zobaczyłem, że mama się uśmiecha.
- Arty, równie dobrze możesz przebrać się tutaj. Pamiętaj, że to ja zmieniałam Ci pieluchy. Nie ma nic, co by się od wtedy w Tobie zmieniło - wiedziałem, że moja twarz jest cała czerwona. Ale postanowiłem, że nic nie powiem. Poszedłem się przebrać, nie żeby przebieranie bielizny było jakąkolwiek koniecznością.
Po chwili wróciłem z powrotem... A mama nadal się szczerzyła.
- Mamo, po co tak właściwie miałem zmieniać bokserki...? - Zapytałem tym razem bez żadnego zwahania.
- Większość ludzi to robi... Takie zmiany, chyba wiesz po... - Zaczęła - Kiedy ja wychodziłam z Twoim tatą, zmieniałam, co tylko mogłam - No i zacząłem dostrzegać cel, w który zmierzała ta rozmowa. I musiałem ją zatrzymać.
- Matko... - Urwała mi.
- Wiesz, co miałam na myśli. Właśnie bieliznę. Jak myślisz, jak wypadasz? - Zapytała. Poczułem lekkie mdłości. A raczej okropne. Są rzeczy, o których dobrze wiesz, ale nie chcesz o nich myśleć. Nowa polityka, którą obrała mama, aby być totalnie szczerą chyba nie będzie wpływała na mnie zbyt dobrze.
Postanowiłem, że nie powiem nic więcej. Usiadłem na łóżku i obserwowałem, jak przeszukuje rzeczy, szybko i efektywnie. Chwilę później na podłodze leżały dwie kupy ubrań. Jedna w stylu "nigdy nie ubierać do klubu" i druga "z możliwymi opcjami w tej sytuacji".
- Hm, chyba znalazłam odpowiedni ciuch - uśmiechnęła się promieniście - Włóż to - rzuciła mi kilka ubrań.
Tym razem nie pozwoliłem na żadną konwersację na temat zostawania w pokoju, jako iż nie chciałem znowu wysłuchiwać okropnych informacji... Wciągnąłem czarne spodnie. Były długie, proste i trochę węższe, niż te które lubiłem. Potem włożyłem niebieską bluzkę, która od razu zapiąłem - a na nią czarną kamizelkę. Wtedy matka wyciągnęła z pudełka buty, które kiedyś tam schowałem.
- Te będą najlepsze - powiedziała.
- Jeny - jąknąłem, brzmiąc jak nastolatek - Muszę?
- Tak - odparła mama, podając mi ciemne stopki. Założyłem je. Trampki były biało czarne. Naprawdę nie chciałem ich ubierać, ale matka była, jak każdy Fowl. Nie odpuści.
- Proszę Arty, specjalnie je wzięłam - odpowiedziała, wydymając wargę. Jak już powiedziałem, zrobi wszystko, aby wygrać. Nawet jeśli ma grać nie fair.
- Dobrze - zgodziłem się, nie chcąc zranić jej uczuć - Włożę je - Byłem trochę zaskoczony, kiedy to zrobiłem. Były jako tako wygodne. Prawie tak samo jak mokasyny albo inne eleganckie buty. Nie żebym miał to kiedykolwiek przyznać.
- Dziękuję matko... Mamo - poprawiłem się po chwili. Stare nawyki niegdy nie zginą. Definitywnie. Wciąż nie jestem gotowy, aby zrobić z tym cokolwiek.
- Nie, nie. Nie jesteś jeszcze gotowy - powiedziała, a jej oczy lekko zapłonęły. Nerwowo przęłknąłem ślinę. To co nadchodziło nie mogło być zbyt przyjemne.
Jakby tu ująć w młodzieżowym języku po prostu - o nie.
- Co jeszcze?
- Po pierwsze muszę trochę pokombinować przy koszuli - zaśmiała się.
- Co z nią nie tak? - Zażadałem wyjaśnienia, patrząc w dół czy czasem nie zapomniałem zapiąć któregos guzika. Ale oczywiście - nie.
Zawsze przywiązuje wagę do takich drobiazgów. Nie było nic gorszego niż mieć rozpięty rozporek na spotkaniu...
- Nic. Pomijając fakt, jak wygląda kiedy jest cała zapięta - zmarszczyła nos i spoglądała na mnie, jakby popełnił przestępstwo.
- Co? - Zapytałem - Nie wiem, o co Ci chodzi.
- Patrz Arty, naprawię to - I rozpięła kilka pierwszych guzików bluzki, tak, że widać było mój tors.
- Hm... Wiesz co? Rozepnij kamizelkę i ściągnij bluzkę - poradził i zrobiłem to, zanim zdążyła się do tejo zabrać. Wróciła do mnie ze stosem ciuchów i wyciągnęła z niego białą męską bokserkę - Najpierw to, a potem niebieska bluzka.
Wykonałem nakaz.
- Jest lepiej? - Spytałem mamy.
- Nie, załóż z powrotem kamizelkę i zapnij koszulkę tak, jak zrobiłam to wcześniej.
Podeszła do mnie i podwinęła rękawy powyżej łokci.
- Jeszcze dwie rzeczy - dodała, chichocząc kiedy sfrustrowany westchnąłem. Nigdy się stąd nie wydostanę - Spokojnie, zaraz skończę.
Wyciągnęła dwie pary okularów przeciwsłonecznych. Jedne były białe, drugie czarne - Które?
- Żadne? - Zapytałem z nadzieją. Oczywiście miałem pewność, że nie pójdzie po mojej myśli. Nie przy kobiecie.
- Czarne - odpowiedziała za mnie, podając odpowiednie - Zostały włosy - spojrzała w zamyśleniu. Lekko je przeczesała, ale nie nadała im zwyczajnego wyglądu. Zerknąłem do lustra. Nawet trochę byłem zaskoczony przez to, jak wyglądam. Ta czynność nadała mi trochę starszy wygląd - Gotowe - uśmiechnęła się. Szczerze mówiąc, już chyba nigdy nie przesyanie się szczerzyć. Ale to nawet miła niespodzianka, po starych czasach, gdy ciągle była cicho i nawet mnie nie rozpoznawała.
- Dziękuję, matko - powiedziałem, kiedy ją ściskałem.
- Mamo - poprawiła mnie, klepiąc po plecach.
- Dzięki, mamo.
- Nie ma problemu, skarbie. Swoją drogą, którym autem pojedziesz? - Nie myślałem o tym. A miałem dość duży wybór. Chociaż w większości były czarne... Dwa Bentleye, dwa Porsche Turbo 911 (czerwone i srebrne!), Dixie 350z i dwa Ahtony Martin Vanquishe (niestety nie znam polskich nazw ~ Some). No i oczywiście były odpowiednio zmodyfikowane, żeby nie wydzielać tak wiele dwutlenku węgla - Powinienieś zapytać Butlera, w końcu to on najbardziej lubi jeździć.
Wiem, co myślicie. Tak, potrafię prowadzić, ale zazwyczaj tego nie robię. Butler potrafi się bardzo na tym skupić, podcza gdy ja nie. Poza tym trudniej mu mnie wtedy obronić. Sądzi, że to by go rozpraszało. No i lubi mieć pewność, że pasażerowie są bezpieczni.
- Tak.
- No dobrze, miłej zabawy - odparła, machając dłonią na pożegnanie.
- Na pewno - uśmiechnąłem się, opuszczając pokój. Musiałem znaleźć Butlera. Oczywiście nie zajęło to zbyt długo, ponieważ czekał na mnie u dołu schodów.
- Hm, kto by się spodziewał? - Zaśmiałem się. Butler nie wyglądał tak, jak zawsze. Miał na sobie ciemnoszare, tweedowe spodnie i białą, prążkowaną koszulę, która była rozpięta, tak jak moja. Ale on przynajmniej miał, co pokazać.
- Nawzajem - odpowiedział - Twoja mama świetnie się spisała.
- Pewnie - uśmiechnąłem się - Wyglądasz na dość podekscytowanego.
- Bardzo dawno temu byłem w klubie. Z drugiej strony, to samo widzę u Ciebie. Będzie zabawnie.
- Zabawnie? - Zapytałem zaciekawiony - Co masz na myśli?
- Zaufaj mi, zobaczysz, kiedy dotrzemy na miejsce - Nie chciałem dalej naciskać. I tak byłem szczęśliwy, że nie powróciliśmy na temat o Holly.
Wzruszyłem ramionami.
- Możemy iść? - Spytał Butler.
- Jaki weźmiemy samochód? - Odpowiedziałem pytaniem na pytanie, mieliśmy liczny wybór.
- Hm, cos bardziej sportowego?
Więc na pewno nie Bentley.
- Vanquish? - Zabrzmialo to, jakbym wciąż nie wiedział, o którego mu chodzi.
- Dobry wybór - pokiwał głową z aprobatą - Jaki kolor?
Nie miałem pojęcia. Na pewno nie czarny. Zbyt ciemny i nie na taką okazję:
- Czerwony.
Butler mruknął.
- Co? - Poczułem się skrępowany.
- Nic - odparł. Ruszył w stronę drzwi samochodu. Ale byłem tam pierwszy. Przekręciłem kluczyki i wyszczerzyłem zęby. Obdarzyłem go moim najlepszym wampirzym uśmiechem.
- Ja prowadzę.
Po kilku godzinach od "wstawienia" notki zauważyłam, że ciagle mam ją w kopiach roboczych :))
- Wejdź - zawołał głos matki. Postąpiłem krok do przodu; wszystko zawsze było takie same, mimo, że czas mijał. Ściany nadal miały ten głebki kolor karmazynu, a na podłodze leżał dywan z motywem winorośli - Arty - zagruchała - Czego potrzebujesz, kochanie? - "Kochanie". Było to jedno z tcyh absurdalnych ksywek, które mi nadała po powrocie z podróży w czasie i jej czarotropii, ale gdybym jej to powiedział, chyba by mnie zabiła. I oczywiście nie sprzeciwiam się dlatego, że nie chcę jej znowu zranić.
Ostrożnie podszedłem w jej stronę, uważając na dywan pode mną. Stawiałem stopy pomiędzy winoroślami, pamietając słowa ojca. "Jeśli staniesz na winorośli musisz policzyć do dziesięciu". Naprawdę, nie miałem czasu czy cierpliwości, aby natrafiać na takie małe nieszczęścia.
Matka pobłażliwie się do mnie uśmiechnęła. Wyglądała, jakbym właśnie zrobił jej najlepszy prezent.
- Próbujesz nie nadepnąć na winne grona? - Odwzajemniłem gest. Znała mnie tak dobrze. Kiedy znalazłem się już przy niej rozłożyła ręce. Bez wahania się w nie rzuciłem. Przytuliła mnie mocno, a ja zrobiłem to samo. Mimo że byłem nastolatkiem, w tym momencie czułem się jak mały chłopiec. Na myśl przyszły mi też czasy, kiedy szukałem w nich pocieszenia, ale nie dostałem żadnego. Właśnie dlatego teraz te momenty wydawały się jeszcze bardziej magiczne.
- Cześć matko (Ło, mnie by mama zabiła, gdybym się tak odezwała ~ Some) - powiedziałem, ale wtedy poczułem, że jest spięta - To znaczy, cześć mamo.
Znowu rozprawiała o tym, jak powinienem ją nazywać. Sądzi, że "matka" jest zbyt formalna i musimy to zmienić. Więc obiecałem, że spróbuję.
- Dobrze, że w końcu się pojawiłeś. Usiądź - powiedziała, klepiąc miejsce na łóżku obok siebie.
- Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadzam - odparłem i klapnąłem obok niej.
- Nonsens - zagaiła, i machnęła ręką, jakby odganiała ten głupi pomysł - Nigdy tego nie robisz. Zawsze znajdę dla Ciebie czas.
Poczułem, jak coś łapie mnie za serce. Są rzeczy, o których wiesz doskonale, ale zawsze dobrze jest je usłyszeć kolejny raz, zbliżyć się, mimo wszystkich obowiązków, które się posiada. Ale cóż, to i tak nie ułatwiało mi tego, z czym tu przyszedłem.
- Dzięki matko - odpowiedziałem, nie będąc pewnym, jak zacząć konwersacje. Wtedy sobie uświadomiłem, że jeśli jest się Fowlem takie rzeczy Cię nie spotykają.
- Mamo - przypomniała mi.
- Mamo - poprawiłem się - Ja... Ja potrzebuję Twojej rady - Zawsze mam problem z płynnym mówieniem, kiedy zaczynam się denerwować. To może być symptom, który objawia się przez zmiany na lepsze w moim życiu. Ale szczerze mówiąc, wykluczałem to, że mogę stawać się głupszy - Jeśli nie masz nic przeciwko.
- Oczywiście, czy chodzi o Holly? - Zapytała. Wiedziała wszystko o tym w jakich stosunkach byłem z wróżkami. W końcu przez sposób, w jaki była wyleczona było niemożliwe, aby ją zmesmeryzować albo zatrzeć pamięć. Ale tak w zasadzie to dobrze się składa, ze ktoś z rodzny o nich wie. Ale niestety jej wiedza zeszła teraz tylko na temat Holly.
- Nie - powiedziałem i poczułem, że twarz oblewa mi rumieniec z powodu rozmowy, która miała nastąpić - Nie, mamo. Jesteśmy tylko przyjaciółmi - stwierdziłem.
Mama zachichotała i odrzuciła swoje blond włosy, jak nastolatka próbująca przyciągnąć uwagę.
- Oczywiście, że tak. Ale wiesz, ja i tata powtarzaliśmy to samo - Nie myśl o tym. Będzie na to jeszcze mnóstwo czasu. Poza tym, może jednak lepiej tego nie robić.
- Tak, ale MY jesteśmy inni, a czasy się zmieniły.
- Och Arty... Aż poczułam się starzej - nadąsała się.
Odchrząknąłem i wyjąkałem kilka słów:
- Nie mamo... Nie jesteś stara.
- Dziękuję, synu - zaśmiała się. A kiedy w końcu zdołała się opanować dodała - Jednakże czasy nie zmieniły się aż tak bardzo.
- Mamo... Możemy w końcu przejść do mojego problemu? - Zapytałem, chcąc uciec od tematu Holly Niedużej.
- To znaczy? Nie sądziłam, że możesz mieć problem z czymś innym? - Na pewno pomyślała, że na inne sprawy jestem zbyt inteligenty... I w sumie miała rację. Była przyzwyczajona, że ze wszystkim sobie radzę, ale teraz nie o to się rozchodziło. Przynajmniej nigdy wcześniej o tym nie wspominałem.
- Będziesz zaskoczona... - Wymamrotałem.
- Mów, synku - uśmiechnęła się delikatnie.
- Tak więc... Planowałem dziś wypaść do Phenomu... - Zacząłem, ale matka mi przerwała.
- Z tą świetną dziewczyną, Minerwą, prawda? - Zapytałam, pormieniując z dumy. I wtedy coś sobie uświadomiła - Od kiedy Ty gdziekolwiek wychodzisz?
- Od teraz, matko. I nie, idę tam po to, aby się zabawić z Julią i jej przyjaciółką.
- Dziewczyną...? - Uniosła brwi i nachyliła się do przodu. Wiedziałem, że uwielbia tą wiadomość. Teraz miała pewność, że interesowałem się płcią przeciwną. Jak najbardziej chciała się tego dowiedzieć.
- No... Tak - odparłem, a moja twarz oblała się rumieńcem.
- Och... Co masz zamiar włożyć?
- To powód, dla którego przyszedłem - przynzałem, nie mogąc dłużej ukrywać prawdy - Co ludzie ubierają na takie okazje...?
- Wiesz Arty, to dość ciężkie pytanie - powiedziała - Muszę chwilę pomyśleć - usiadła i pogładziła się po brodzie, myśląc.
- Tak...? - Nacisnąłem po kilku sekundach. Raczej byłem cierpliwy, ale teraz nie miałem zbyt wiele czasu.
- Większość na pewno włożyła by coś w stylu obcisłych spodni, koszulkę z kamizelką... I trampki.
- Ale ja nie jestem zwykłym młodzieńcem.
- Tak, to prawda. Nigdy byś tego nie załozył. Więc musimy znaleźć coś jednocześnie unikalnego i eleganckiego. - Eleganckiego? Naprawdę? Uniosłem brwi do góry. Matka i tak gotowa była poświęcić się temu zjęciu. Jak to bywało w genach Fowlów - Wątpisz w to? - Zapytała, a jej oczy zaiskrzyły - Możesz być geniuszem, ale akurat w tej dziedzinie jestem ekspertem.
- Dobrze w takim razie, daję Ci wolną rękę - odparłem, dając jej pozwolenie na to, co chciała zrobić.
- Chodź - powiedziała, chwytając mnie za ramię. Poprowadziła mnie przez pokój, do mojego.
Od razu podeszła do garderoby. Nie patrzała na mnie, wyrzucając praktycznie wszystko z szafy. Nie przegapiła również szuflady z bielizną, co wprawiło mnie w zakłopotanie. Wyciągneła niebieskie, jedwabne bokserki.
- Te będą odpowiednie - odchrząnkęła. Ruszyłem do łazienki, kiedy zobaczyłem, że mama się uśmiecha.
- Arty, równie dobrze możesz przebrać się tutaj. Pamiętaj, że to ja zmieniałam Ci pieluchy. Nie ma nic, co by się od wtedy w Tobie zmieniło - wiedziałem, że moja twarz jest cała czerwona. Ale postanowiłem, że nic nie powiem. Poszedłem się przebrać, nie żeby przebieranie bielizny było jakąkolwiek koniecznością.
Po chwili wróciłem z powrotem... A mama nadal się szczerzyła.
- Mamo, po co tak właściwie miałem zmieniać bokserki...? - Zapytałem tym razem bez żadnego zwahania.
- Większość ludzi to robi... Takie zmiany, chyba wiesz po... - Zaczęła - Kiedy ja wychodziłam z Twoim tatą, zmieniałam, co tylko mogłam - No i zacząłem dostrzegać cel, w który zmierzała ta rozmowa. I musiałem ją zatrzymać.
- Matko... - Urwała mi.
- Wiesz, co miałam na myśli. Właśnie bieliznę. Jak myślisz, jak wypadasz? - Zapytała. Poczułem lekkie mdłości. A raczej okropne. Są rzeczy, o których dobrze wiesz, ale nie chcesz o nich myśleć. Nowa polityka, którą obrała mama, aby być totalnie szczerą chyba nie będzie wpływała na mnie zbyt dobrze.
Postanowiłem, że nie powiem nic więcej. Usiadłem na łóżku i obserwowałem, jak przeszukuje rzeczy, szybko i efektywnie. Chwilę później na podłodze leżały dwie kupy ubrań. Jedna w stylu "nigdy nie ubierać do klubu" i druga "z możliwymi opcjami w tej sytuacji".
- Hm, chyba znalazłam odpowiedni ciuch - uśmiechnęła się promieniście - Włóż to - rzuciła mi kilka ubrań.
Tym razem nie pozwoliłem na żadną konwersację na temat zostawania w pokoju, jako iż nie chciałem znowu wysłuchiwać okropnych informacji... Wciągnąłem czarne spodnie. Były długie, proste i trochę węższe, niż te które lubiłem. Potem włożyłem niebieską bluzkę, która od razu zapiąłem - a na nią czarną kamizelkę. Wtedy matka wyciągnęła z pudełka buty, które kiedyś tam schowałem.
- Te będą najlepsze - powiedziała.
- Jeny - jąknąłem, brzmiąc jak nastolatek - Muszę?
- Tak - odparła mama, podając mi ciemne stopki. Założyłem je. Trampki były biało czarne. Naprawdę nie chciałem ich ubierać, ale matka była, jak każdy Fowl. Nie odpuści.
- Proszę Arty, specjalnie je wzięłam - odpowiedziała, wydymając wargę. Jak już powiedziałem, zrobi wszystko, aby wygrać. Nawet jeśli ma grać nie fair.
- Dobrze - zgodziłem się, nie chcąc zranić jej uczuć - Włożę je - Byłem trochę zaskoczony, kiedy to zrobiłem. Były jako tako wygodne. Prawie tak samo jak mokasyny albo inne eleganckie buty. Nie żebym miał to kiedykolwiek przyznać.
- Dziękuję matko... Mamo - poprawiłem się po chwili. Stare nawyki niegdy nie zginą. Definitywnie. Wciąż nie jestem gotowy, aby zrobić z tym cokolwiek.
- Nie, nie. Nie jesteś jeszcze gotowy - powiedziała, a jej oczy lekko zapłonęły. Nerwowo przęłknąłem ślinę. To co nadchodziło nie mogło być zbyt przyjemne.
Jakby tu ująć w młodzieżowym języku po prostu - o nie.
- Co jeszcze?
- Po pierwsze muszę trochę pokombinować przy koszuli - zaśmiała się.
- Co z nią nie tak? - Zażadałem wyjaśnienia, patrząc w dół czy czasem nie zapomniałem zapiąć któregos guzika. Ale oczywiście - nie.
Zawsze przywiązuje wagę do takich drobiazgów. Nie było nic gorszego niż mieć rozpięty rozporek na spotkaniu...
- Nic. Pomijając fakt, jak wygląda kiedy jest cała zapięta - zmarszczyła nos i spoglądała na mnie, jakby popełnił przestępstwo.
- Co? - Zapytałem - Nie wiem, o co Ci chodzi.
- Patrz Arty, naprawię to - I rozpięła kilka pierwszych guzików bluzki, tak, że widać było mój tors.
- Hm... Wiesz co? Rozepnij kamizelkę i ściągnij bluzkę - poradził i zrobiłem to, zanim zdążyła się do tejo zabrać. Wróciła do mnie ze stosem ciuchów i wyciągnęła z niego białą męską bokserkę - Najpierw to, a potem niebieska bluzka.
Wykonałem nakaz.
- Jest lepiej? - Spytałem mamy.
- Nie, załóż z powrotem kamizelkę i zapnij koszulkę tak, jak zrobiłam to wcześniej.
Podeszła do mnie i podwinęła rękawy powyżej łokci.
- Jeszcze dwie rzeczy - dodała, chichocząc kiedy sfrustrowany westchnąłem. Nigdy się stąd nie wydostanę - Spokojnie, zaraz skończę.
Wyciągnęła dwie pary okularów przeciwsłonecznych. Jedne były białe, drugie czarne - Które?
- Żadne? - Zapytałem z nadzieją. Oczywiście miałem pewność, że nie pójdzie po mojej myśli. Nie przy kobiecie.
- Czarne - odpowiedziała za mnie, podając odpowiednie - Zostały włosy - spojrzała w zamyśleniu. Lekko je przeczesała, ale nie nadała im zwyczajnego wyglądu. Zerknąłem do lustra. Nawet trochę byłem zaskoczony przez to, jak wyglądam. Ta czynność nadała mi trochę starszy wygląd - Gotowe - uśmiechnęła się. Szczerze mówiąc, już chyba nigdy nie przesyanie się szczerzyć. Ale to nawet miła niespodzianka, po starych czasach, gdy ciągle była cicho i nawet mnie nie rozpoznawała.
- Dziękuję, matko - powiedziałem, kiedy ją ściskałem.
- Mamo - poprawiła mnie, klepiąc po plecach.
- Dzięki, mamo.
- Nie ma problemu, skarbie. Swoją drogą, którym autem pojedziesz? - Nie myślałem o tym. A miałem dość duży wybór. Chociaż w większości były czarne... Dwa Bentleye, dwa Porsche Turbo 911 (czerwone i srebrne!), Dixie 350z i dwa Ahtony Martin Vanquishe (niestety nie znam polskich nazw ~ Some). No i oczywiście były odpowiednio zmodyfikowane, żeby nie wydzielać tak wiele dwutlenku węgla - Powinienieś zapytać Butlera, w końcu to on najbardziej lubi jeździć.
Wiem, co myślicie. Tak, potrafię prowadzić, ale zazwyczaj tego nie robię. Butler potrafi się bardzo na tym skupić, podcza gdy ja nie. Poza tym trudniej mu mnie wtedy obronić. Sądzi, że to by go rozpraszało. No i lubi mieć pewność, że pasażerowie są bezpieczni.
- Tak.
- No dobrze, miłej zabawy - odparła, machając dłonią na pożegnanie.
- Na pewno - uśmiechnąłem się, opuszczając pokój. Musiałem znaleźć Butlera. Oczywiście nie zajęło to zbyt długo, ponieważ czekał na mnie u dołu schodów.
- Hm, kto by się spodziewał? - Zaśmiałem się. Butler nie wyglądał tak, jak zawsze. Miał na sobie ciemnoszare, tweedowe spodnie i białą, prążkowaną koszulę, która była rozpięta, tak jak moja. Ale on przynajmniej miał, co pokazać.
- Nawzajem - odpowiedział - Twoja mama świetnie się spisała.
- Pewnie - uśmiechnąłem się - Wyglądasz na dość podekscytowanego.
- Bardzo dawno temu byłem w klubie. Z drugiej strony, to samo widzę u Ciebie. Będzie zabawnie.
- Zabawnie? - Zapytałem zaciekawiony - Co masz na myśli?
- Zaufaj mi, zobaczysz, kiedy dotrzemy na miejsce - Nie chciałem dalej naciskać. I tak byłem szczęśliwy, że nie powróciliśmy na temat o Holly.
Wzruszyłem ramionami.
- Możemy iść? - Spytał Butler.
- Jaki weźmiemy samochód? - Odpowiedziałem pytaniem na pytanie, mieliśmy liczny wybór.
- Hm, cos bardziej sportowego?
Więc na pewno nie Bentley.
- Vanquish? - Zabrzmialo to, jakbym wciąż nie wiedział, o którego mu chodzi.
- Dobry wybór - pokiwał głową z aprobatą - Jaki kolor?
Nie miałem pojęcia. Na pewno nie czarny. Zbyt ciemny i nie na taką okazję:
- Czerwony.
Butler mruknął.
- Co? - Poczułem się skrępowany.
- Nic - odparł. Ruszył w stronę drzwi samochodu. Ale byłem tam pierwszy. Przekręciłem kluczyki i wyszczerzyłem zęby. Obdarzyłem go moim najlepszym wampirzym uśmiechem.
- Ja prowadzę.
Po kilku godzinach od "wstawienia" notki zauważyłam, że ciagle mam ją w kopiach roboczych :))
Subskrybuj:
Posty (Atom)