Rozdział 4 ‘Zaproszenie’, część 1.2/4

 Zaraz, zaraz. Nieformalnie? Wydaje mi się, że miała na myśli jeansy. Ale ja nie noszę jeansów. Ewentualnie mogę założyć eleganckie spodnie i jedwabną koszulkę. Będzie chciała mnie za to zabić, ale myślę, że mogę tak zaryzykować. Nie miałem własnej pary jeansów, i mimo, że mogłem je kupić w każdej chwili, nie zamierzałem robić tego w najbliższej przyszłości. Te rozmyślanie zostały gwałtownie przerwane przez mojego ojca, który wołał mnie na dół.
 - Arty, przyjdź tutaj! – krzyknął. Tata nigdy nie zwracał się do mnie w ten sposób, ale chodziło o poważną sprawę. Jest bardzo radosny i przepełniony żartami, szczególnie, kiedy spędza czas z bliźniakami. To znaczyło, że lepiej będzie, jeśli pójdę z nim pogadać. Z resztą musiałem też zapytać go o pozwolenie na wyjazd.
 - Już idę tato.
 Zszedłem po schodach w dół, sądząc, że znajdę mojego ojca w jego gabinecie. Było to miejsce, gdzie zazwyczaj rozmawialiśmy na ważne tematy, ale tata się zmienił. I nie było go tutaj.
 - Jestem tutaj, Arty – z jadalni dobiegł mnie jego głos.
 Ojciec nie siedział na czele stołu1, a po prawej stronie; nie tak, jak myślałem. Gestem ręki wskazał mi miejsce naprzeciwko siebie. Oczywiście, zająłem je. Domyślam się, że wybrał takie rozmieszczenie, aby odczytywać funkcję fatyczną2. Przecież wiedział, że jestem w stanie ukryć je z łatwością.
 - Arty, z pewnością wiesz, o czym chcę z Tobą porozmawiać.
 - Nie, tato, nie wiem – skłamałem niewinnym tonem.
 - Kłamca – zaśmiał się – Martwimy się o Ciebie z mamą.
 - Ojcze, zapewniam Cię, że nie ma się… - zacząłem, ale Artemis Senior mi przerwał. Wszyscy to dziś robili. I było to bardzo denerwujące.  Chciałbym w końcu dokończyć jakieś zdanie.
 - Nie, Artemisie, jest taka rzecz, o którą się martwimy. Dwa słowa: Relacje międzyludzkie.
 O nie, znowu to samo. Ostatnio moi rodzice zbyt często wpychali nos w moje prywatne życie. I kochają wnikać w każdy jego szczegół. To znaczy, nie aż tak głęboko. Najczęściej rozprawiali o tym, że nie mam dziewczyny. Nie żeby tutaj jakakolwiek była, która przyciągnęłaby moją uwagę na dłużej. Komunikacja ze społeczeństwem... Jakby rzeczywiście ona mnie obchodziła.
 - Jestem bardzo dobry w takowych relacjach – uśmiechnąłem się, mając nadzieję, że rozmowa na ten temat się skończy. Oczywiście, nic takiego się nie stało.  Fowlowie nigdy nie zaprzestają. Zazwyczaj podziwiam tą cechę, ale teraz ojciec mógłby sobie odpuścić.
 - Arty, jak wielu masz przyjaciół? – zapytał, krzyżując ramiona. Nie mogłem nic na to poradzić, ale przed oczami pojawił mi się obraz tego, jak robiła to Holly. D’Arvit! Skup się!
 - Ojcze, mam mnóstwo przyjaciół.
 Hm, ‘mnóstwo’ można interpretować na wiele sposobów. ‘Mnóstwo’ aspołecznych przyjaciół, kryminalistów; powinienem być bardziej szczery, jako geniusz.
 - Wymień trzech – powiedział z zadowalającym uśmiechem. Z moim uśmiechem. Myślał, że mnie ma.
 - Butler, Julia i Minerwa.
 - Wiem, że z Butlerem jesteście sobie bardzo bliscy, ale nie jestem pewny, co do tego, czy może być Twoim bardzo bliskim przyjacielem. Takie osoby są raczej… W podobnym wieku.
 - Wręcz przeciwnie, ojcze. Napisałem artykuł o… - zacząłem, czując, że ponownie nie dokończę zdania. I miałem rację.
 - Czy kiedykolwiek zwierzyłeś się Julii lub Minerwie? – zapytał.
 Nie, nie zrobiłem tego. Swoje sprawy zatrzymuję dla siebie. Nie jestem wylewny (emocjonalny), więc nie dzielę się z nikim moimi przeżyciami. Milczałem. A to milczenie było wystraczającą odpowiedzią dla ojca.
 - To właśnie robią przyjaciele, synu – wypomniał mi, a jego oczy były zatrwożone.
 - Skoro tak, mam takiego przyjaciela – powiedziałem, myśląc o elfce – Holly.
 - Nigdy o niej nie słyszałem – powiedział. Pewnie myślał, że powstała w mojej wyobraźni. Z resztą tak zachował by się każdy człowiek, kiedy zacząłbym opowiadać o moich przyjaciołach – wróżkach.
 - Mieszka bardzo daleko – odparłem.
 - Czy kiedykolwiek się jej zwierzyłeś? – zapytał.
 - Jak nikomu – odpowiedziałem szczerze.
 - Hm, może kiedyś będzie możliwość, abym ją poznał… - skinął głową i pewnie zaczął sobie wyobrażać, jak może wyglądać.
 - Może – mruknąłem. Chociaż raczej było to nieprawdopodobne.
 - Ale Arty, jeden przyjaciel to zbyt mało… - powiedział, podkreślając każde słowo uderzeniem pięści w stół.
 - Tak, oczywiście, w najbliższej przyszłości – przytaknąłem i wstałem, aby wyjść.
 - Siadaj, Arty. Jeszcze nie skończyłem. Teraz musimy przejść do najcięższej części.
 - N-n-najcięższej części? – zająknąłem się. Nie trzeba było być geniuszem, aby wiedzieć, że to zmierza do czegoś złego.
 - Tak, mój chłopcze - odpowiedział, jednocześnie ściskając knykcie, niezbyt dobry zwyczaj – Musimy pogadać o… dziewczynach.
 - Dz-dziewczynach? – znów zacząłem się jąkać. Dzięki Bogu, że Holly nie była tego świadkiem. Albo Ogierek. Albo Mierzwa! I w ogóle ktoś, kogo by to obchodziło.
 - Nie ma się czym martwić, to będzie szybkie. I nie zaszkodzi naszym relacjom – Artemis senior zaśmiał się – Oczywiście, będzie to na swój sposób okropne. Ale musimy przez to przebrnąć.
 - No dobrze… - odrzekłem nabierając głębokiego oddechu – Jestem gotowy – spróbowałem się opanować.
 - Arty – odchrząknął – Czy Ty… Czy lubisz dziewczyny… No wiesz… W ten sposób? – bardzo naciskał na słowo dziewczyny; ciągle.
 Byłem czerwony. Bardziej niż pomidor. Czy on naprawdę myślał, że ja… wybrałem… odmienność pod tym względem?
 - Ojcze!? – wrzasnąłem, byłem wściekły.
 - Po prostu odpowiedz na pytanie, Arty.
 - Tak, tato. Lubię dziewczyny. Czuję pociąg przy do każdej nastoletniej dziewczyny – zaczerwieniłem się. Wiedziałem, że sprawy mogą przybrać jeszcze gorszy obrót, ale ta sytuacja była taka głupia…
 - Och, to dobrze. Chociaż myślę, że wiesz, że ja i mama zaakceptowalibyśmy Cię jakikolwiek byś był i cokolwiek byś lubił – zastanawiam się nad tym, czy był świadomy, że ja myślę o ‘tym’. Hm, ciekawe, co by powiedział, na to, co ja tak naprawdę lubię.
 - Tak, wiem – powiedziałem. Jeśli mam być szczery, była to jedna z najokropniejszych rozmów, w których uczestniczyłem.
 - Przyczyną, dla której Cię o to zapytałem, jest to, że wyglądasz jakby oprócz nauki nic więcej Cię nie interesowało.
 - Zaufaj mi tato. Inne rzeczy również mnie obchodzą – przyznałem. Naprawdę tak było. W tej chwili na myśl przyszła mi Holly Nieduża, i nie wiedzieć czemu, nie umiałem tego od siebie odsunąć – I to bardzo często.
 - Więc w końcu dotknął Cię okres dojrzewania, tak? – zapytał.
 - Tak ojcze.
 - To dobrze – uśmiechnął się – Tak więc, skoro już wiemy, że na pewno lubisz dziewczyny… To musimy pogadać o Twoich bliższych stosunkach z nimi. A raczej ich braku.
 - Nie spotkałem jeszcze takiej dziewczyny, która wpadłaby mi w oko – skłamałem. Szczerze, to była taka jedna dziewczyna, ale raczej wątpię w ten związek. Tym bardziej, że ona nic do mnie nie czuła.
 - Trudno mi w to uwierzyć, synu. Będąc w Twoim wieku, każda dziewczyna ‘wpadała mi w oko’, jak to powiedziałeś – uśmiechnął się, prawdopodobnie wracając myślami do tych czasów. Wiem, że na pewno był w kilku związkach. Ale jakoś sobie tego nie wyobrażam.
 - Wychodzi na to, że jesteśmy odmienni – odciąłem się.
 - Nie aż tak, jak może Ci się wydawać – ponownie wyszczerzył zęby. Spojrzałem na niego.  Byłem pewny, że ojciec jest spokojny i opanowany… W przeciwieństwie do mnie.
 - A co z tą dziewczyną Paradizo? – zapytał ojciec, wyrywając mnie z zadumy – Minerwa, prawda? – sposób, w jaki o to zapytał, uświadomił mi, że było to pytanie retoryczne. On nigdy niczego nie zapominał, jeśli to wydawało się dla niego ważne. Po prostu chciał ocenić moje położenie.
 Minerwa jest geniuszem z zaskakującymi ambicjami. Jest ładna i zabawna, ale nie w moim typie. Kochałem jej żądzę, pragnienie pokazania siebie i wiem, że ona chciałaby mnie. Ale naprawdę nie jest w moim typie. Może w innym czasie; jednak muszę przyznać, że nie znaczy dla mnie nic ważnego. Szczerze mówiąc, to nie wiem, w jakim typie gustuję. Minerwa powinna nim być: mądra, ambitna. Ale chyba nie tego oczekuję. Lubię wyzywania, ale nie jest trudno przewidzieć jej zachowanie. Nie wiem… Po powrocie z Przedpiekła rozmawialiśmy, jak przyjaciele, ale nic nie poszło do przodu. Chociaż pewnie by tego chciała. Szybko to stłumiłem w odpowiedni sposób.
 - Ziemia do Artiego – powiedział mój ojciec – Rozmawialiśmy o panience Paradizo, pamiętamy?
 - Minerwa, tak – odparłem, wracając do siebie – Jesteśmy tylko przyjaciółmi – zaczerwieniłem się bardziej niż było to możliwe. Uhh, gdyby Holly i reszta teraz mnie widzieli. Jąkanie i zarumienienie. Nie przeżyłbym tego, gdyby mieli tą świadomość.
 - Ehe – skinął głową, wydymając usta. Oczywiście sądził, że nie jestem całkowicie szczery. Nie mogłem go za to winić. Gdybym nim był, zapewne też zachowywałbym się tak sceptycznie. Ale to było nieważne, ja znałem prawdę.
 - Ona nie jest w moim typie, tato – powiedziałem, wzruszając ramionami.
 - No dobrze, Artemisie. Rozumiem Twój punkt widzenia – rzekł, a ja westchnąłem z ulgą. Konwersacja zbliżała się do końca – Ale musisz zacząć trochę rozmawiać z dziewczynami w Twoim wieku.
 - Oczywiście – skłamałem, wiedząc, że takie coś nie jest możliwe. I mój ojciec również to wiedział.
 - Mówię poważnie, Arty – tata spojrzał na mnie gniewnie – Jeśli nic się nie poprawi, będę musiał wziąć to w swoje ręce.
 - Dobrze ojcze – skinąłem głową – Czy to wszystko?
 - Tak synu. Możesz już iść – uśmiechnął się, kiedy niemal odskoczyłem z krzesła. Byłem prawie przy drzwiach, kiedy przypomniałem sobie o zaproszeniu Holly.
 - Tato? – zapytałem, odwracając się do niego.
 - Tak Arty?
 - Mój dobry znajomy zaprosił mnie do siebie na półtorej tygodnia. Mogę jechać?
 - Gdzie mieszka ten ‘dobry znajomy’? – zapytał sceptycznie. Prawdopodobnie myślał, że go wkręcam. Nieprawda.
 - Na południu – odpowiedziałem, jak najszczerzej.
 - No dobrze, możesz jechać – powiedział ojciec machając ręką – Oh… Dobrej zabawy, synu.
 - Oczywiście – odpowiedziałem, uśmiechając się nieznacznie, kiedy otwierałem drzwi.
 A kiedy te się otwarły do środka wpadło pięć osób. Beckett, Myless, Matka (to znaczy mama), Julia, a nawet Butler, który przybrał uśmiech winowajcy.
 - Wścibska rodzinka – mruknąłem, kiedy wchodziłem do góry po schodach. Jeszcze tylko dwa tygodnie…
 Padłem na łóżko i nadąsałem się. Mniej-więcej dziesięć minut później ktoś zapukał. Zignorowałem to. Wiem, że to było dziecinne, ale byłem zły i zakłopotany. Następną rzeczą, którą zauważyłem były otwierające się drzwi i przepychający się w nich Butler. Nie był typem, który czekałby na zaproszenie. Zazwyczaj podziwiałem go za jego czyny, ale w tym momencie byłem zbyt zdenerwowany.
 - Artemis, przepraszamy Cię za wtargnięcie, ale byliśmy bardzo ciekawi…
 - Tak, sądzę, że rozumiem. Ale, jak to mówią „ciekawość to pierwszy stopień do piekła” – upomniałem go.
 - Tak, tak oczywiście. Tak więc, pewnie nam wybaczysz? – zapytał z błagalnym wzorkiem. Widziałem skruchę w jego oczach, więc musiałem to zrobić. Powoli złość zaczęła mi mijać. Mój gniew był całkiem inny niż kiedyś. Wtedy mogłem obrazić się ‘na zawsze’, nawet na własną rodzinę.
 - A czy mógłbyś odpowiedzieć mi na jedno pytanie? – zapytałem bardziej retorycznie, wiedziałem, że odpowie.
 - Oczywiście – skinął głową. Pewnie sądził, że moje pytanie będzie dotyczyło dziewczyn. I w pewien sposób było z tym powiązane.
 - Wiesz, kiedy ojciec rozpoczął rozmowę, zapytał o moją… orientację… - zatrzymałem się na chwilę – Czy ja Ci wyglądam na…?
 - Nie – uciął Butler – Wiem, że lubisz dziewczyny; a raczej kiedyś je polubisz. Gdy w końcu uwolnisz się od nauki.
  Świetnie. Zapewne pozostali też tak myśleli.
 - Artemisie – Butler uśmiechnął się – Nie wspomniałeś o płci Twojego ‘znajomego’  - wiedziałem, że Butler to zauważy.
 - Kobieta, oczywiście.
 - Pamiętaj, co powiedział Twój ojciec – zaśmiał się.
 - Tak, tak – powiedziałem zniecierpliwiony.
 - A więc, lecisz na południe? – ponownie się uśmiechnął; dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co miałem na myśli.
 - Tak – odpowiedziałem – Holly zaprosiła mnie na półtorej tygodnia.
 - I jak się domyślam, mam zostać tutaj?
 - Tak. Przepraszam przyjacielu, ale za bardzo przerażasz wróżki.
 - Prawda – wyszczerzył zęby. I w tym momencie wydawał się o wiele młodszy. To było to, czego większość ludzi nie mogła zobaczyć. Zaliczałem się do tych małostkowych szczęśliwców – Poza tym wątpię, że mają pokój na moje rozmiary.
 Racja. To mogłoby być dużym problemem przy jego masywnej posturze.
 - Dobrze, więc do zobaczenia Artemisie – powiedział, szykując się do wyjścia.
 - Do widzenia – odparłem, może zbyt formalnie.
 - A właśnie, Artemisie? – szybko odwrócił się w moją stronę, co było trochę niemożliwe przy jego rozmiarach.
 - Tak? – zapytałem.
 - Dobrej zabawy – rzekł uśmiechając się – I nie zrób czegoś, czego nie zrobiłbym ja – dodał, zamykając za sobą drzwi i zostawiając mnie w zadumaniu, co mógł mieć na myśli.

C.D.N.


1 czoło stołu – krótsza strona.
2 f. fatyczna – wszystkie gesty i emocje odbiorcy