Rozdział 24 'Wschód słońca' cz. 2

 Znów wyciągnął rękę, którą pochwyciłam bez zawahania. Uśmiechnął się do mnie. Jakby myślał, że ma nade mną kontrolę. Przewróciłam oczami, a on prowadził nas przed siebie. Na szczęście, ziemia nie była zbyt kamienista. Szliśmy tak około pięciu minut. Otaczały nas gęste drzewa, aż ciężko było cokolwiek dojrzeć.
 W końcu doszliśmy na skraj. Przed nami rozpościerała się duża polana. Ależ tu było pięknie, nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego.

  Polana była idealnym okręgiem, no i raczej nie wyszła spod ręki człowieka. Niebo miało kolor atramentu i było pokryte gwiazdami. Księżyc wisiał nad nami. Kiedy nabrałam powietrza do płuc poczułam zapach i smak, usłyszałam muzykę, magiczne połączenie z tym miejscem. Rzadko rozłożone, wysokie drzewa dawały mi możliwość zauważenia potoku, który płynął obok polany. Trawa była bujna, gęsta jak dywan.
 Wszystko to skąpane w świetle naturalnego satelity Ziemi.
 - Łaaał, to wspaniałe – wyjąkałam zdumiona.
 - Tak, pięknie tu – potwierdził. Byłam cicho, kiedy pochłaniałam ten cudowny widok.. - Usiądziemy?
 - Jasne – mruknęłam. Nadal trzymając mnie za rękę, poprowadził nas do podnóża największego drzewa, które górowało nad wszystkimi innymi i wydawało się stare, jak sam czas. Spojrzałam na jego korzenie – niektóre pędy owinęły się na szczycie innych. Miejsce, w którym Arty chciał usiąść tworzyło sploty, które wyglądały jak siedzisko, i w sam raz zmieścilibyśmy się tutaj we dwoje.
 Artemis pozwolił mi usiąść i sam klapnął obok mnie.
 - Przytulnie tu, prawda? - Zapytał z uśmiechem.
 - Troszkę – przewróciłam oczami – Więc... Sprowadzasz tutaj wszystkie swoje dziewczyny?
 Na ogół Artemis lubi pięć dziewczyn. Mnie, Minerwę (która może sobie pomarzyć), Shry, która nie byłaby zainteresowana i wyśmiałaby go, gdyby zapytał, Julia umarłaby ze śmiechu, a jego mama najprawdopodobniej nie wyszłaby ze zdumienia.
 Myślałam, że się zarumieni, albo chociaż zająknie. Ale nie! Jak zwykle pozostał niewzruszony, w dodatku zachichotał!
 - Nie ma żadnych „dziewczyn”. Jesteś pierwszą osobą, którą tu ze sobą zabrałem.
 Łał. Jestem pierwsza. To znaczy bardziej Holinda niż ja. Rzeczywiście musiałam baaardzo go zainteresować. A raczej mój dzisiejszy wygląd go oczarował.
 - Serio? - Zapytałam, a on potaknął głową, z dziwnym spojrzeniem. Zadecydowałam, że nie będę nad tym rozmyślać. Przynajmniej nie teraz.
 - Więc dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - zażądałam wyjaśnienia.
 - Chciałbym Cię lepiej poznać po prostu – wzruszył ramionami – Potrafiłabyś ze szczerością przyznać, że nie masz do mnie żadnych pytań? Nie chcesz nic więcej o mnie wiedzieć?
 - Okej, masz racje – przyznałam niechętnie – Więc... W jaki sposób chcesz się dowiedzieć więcej na mój temat?
 - Prosta gra.
 Chyba się przesłyszałam.
 - Gra? Co masz na myśli? - Zapytałam ponownie, unosząc brwi.
 Może i to zabrzmiało podejrzanie, ale każdy wie, że Arty nie gra w gry, chyba że: a) wygra, b) ktoś pomoże mu wygrać.
 - Jeśli odpowiesz szczerze na moje pytanie, ja zrobię to samo. Będziemy to ciągnąć, dopóki któremuś z nas nie zabraknie pytania.
 Brzmiało sensownie i fair... I zabawnie. No i jeszcze lepiej poznam Artiego.
 - Okej – zgodziłam się – Kto zaczyna?
 - Panie pierwsze – odparł.
 Grr, to było oczywiste, że pozwoli mi zacząć. O co by tu zapytać? Niby dał mi pierwszeństwo, ale wciąż nade mną górował. Znowu sobie ze mną pogrywał, uwielbiał to robić.
 - Dobra, daj mi chwilkę.
 - Nie śpiesz się – jego uśmieszek rozpraszał mnie bardziej niż cokolwiek innego. W końcu go zignorowałam i zaczęłam zastanawiać się nad pytaniem, ale tylko jedna rzecz przychodziła mi do głowy... Ale to nie miało nic wspólnego z Artemisem. Przed oczami ciągle mam twarz Shry, kiedy była okropnie zła i wymieniała z nim spojrzenie. Wiedział o co chodziło i ja też chciałam się dowiedzieć. I nie, nie jestem wścibska. Po prostu martwiłam się o swoją nową przyjaciółkę.
 - Mam coś, ale pytanie nie tyczy Ciebie – ostrzegłam go.
 Artemis uniósł brew, ciągle na mnie patrząc. Po chwili zamachnął na mnie ręką, abym kontynuowała.
 - Co sprawiło, że Shry tak wściekła się na Emorego?
 Chłopak zachmurzył się na chwilę. Ale nie przez to, że zadałam te pytanie, to była raczej reakcja na to, co musi mi powiedzieć. I cokolwiek to było musiało należeć do najnieprzyjemniejszych rzeczy.
 - Żeby to zrozumieć musiałabyś poznać historię Shry – zaczął, a ja tylko skinęłam głową, dając znak, aby mówił dalej.
 - Pochodzi z ciężkiej rodziny. Wyglądali na perfekcyjnych, ale oczywiście nie ma nic idealnego. Nic takiego nie istnieje. Tak czy siak, jej ojciec był miliarderem, który na całe nieszczęście był również alkoholikiem. A kiedy wypił stawał się agresywny – powiedział, a ja poczułam, jak moje serce się kraja. Nie sądziłam, że Shry przeszła tak wiele. Gdzie ona widziała dobro? Gdzie znalazła siłę, aby być tak miłą i dobrą?
 - Bił ją i jej matkę, której była aniołkiem. Trzymały się razem, ale rodzicielka nie chciała opuszczać męża. Miała nadzieję, że się zmieni, poza tym zbyt mocno go kochała. Shry opatrywała rany swojej mamie, dlatego też jest teraz taka opiekuńcza. I podczas tych wszystkich zdarzeń uczyła się i planowała, jak stamtąd uciec. Była geniuszem, w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Pracowała bardzo ciężka, była najlepsza w klasie. Jej ojciec chciał, aby poszła w jego ślady, ale ona nie była ani trochę taka jak on. Więc zrobiła kurs na sprzedawcę i otworzyła swój własny sklep. Swoją drogą, przeżycia z dzieciństwa dały natchnienie do nazwy sklepu.
 Czułam, że zaraz się rozbeczę, jednak powstrzymałam łzy i starałam się uspokoić. Nie mówiłam nic jeszcze przez chwilę, chcąc mieć pewność, że mój głos nie będzie się trząsł.
 - To dlatego nie piła.. - Więc to ukrywała, i to było tym, czego nie chciała mi powiedzieć.
 - Tak, łatwo popaść w alkoholizm. A ona nie chce ryzykować nawet w najmniejszym stopniu, że stanie się taka jak ojciec. Nigdy nic nie wypiła i nie zamierza.
 - Dziękuję, że mi powiedziałeś – słabo się uśmiechnęłam, aby ukryć przed nim to, co naprawdę czułam – Twoja kolej.
 - Jaki jest Twój ulubiony kolor? - Zapytał.
 - Co?
 - Chciałbym Cię poznać. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
 - No dobra – odpowiedziałam przewracając oczami – Zielony.
 - Naprawdę? - Spytał ponownie z błyskiem w oku. - Dlaczego?
 - Jest piękny. To kolor roślin, generalnie kojarzy się z naturą i...
 - I kolor Twoich oczu – przerwał mi.
 - Moich oczu, właśnie – powtórzyłam za nim, próbując w ogóle na niego nie patrzeć. W końcu się przełamałam. Patrzył na mnie radosnym wzrokiem.
 - Moja kolej?
 - Pewnie – skinął głową, wciąż patrząc na nie w ten sposób.
 - Jeśli mowa o oczach – zaczęłam – Twoje zawsze były innego koloru?
 - Nie – odpowiedział zamyślony, jakby przypominał sobie naszą podróż i wszystko to, co działo się dalej – Były takie same, zmieniły się dwa lata temu.
 - Teraz Ty – powiedziałam.
 - Ulubiony muzyk?
 Kiedy zawiał na nas chłodny wiatr przysunął się do mnie trochę bliżej.
 - Jest ich zbyt wielu i nie potrafię wybrać. Słucham praktycznie wszystkiego – wzruszyłam ramionami.
 To prawda. Kocham wszystkie gatunki muzyki. Jak większość elfów. Jesteśmy bardzo emocjonalną rasą i lubimy wiele rodzajów.
 - Hm, dobra zasada – uśmiechnął się do mnie, tak jak robił to kiedyś.
 - Nie, to nie żadna zasada, lol!
 - Lol? - Zapytał zaciekawiony – LOL?
 - Tak.. To kolokwializm... Coś w stylu „bardzo śmieszne”.
 - No tak, jasne – odparł. I nie trzeba być geniuszem, żeby widzieć, że nie zrozumiał.. - Twoja kolej.
 - Co to za wysoki facet, z którym byłeś wcześniej? - Taaak, musiałam zapytać o Butlera. W końcu sama Holinda nie miała pojęcia, kim on właściwie może być. Musiał być obiektem zainteresowania.  Dlatego zadałam to pytanie.
 - Butler. Jest moim ochroniarzem odkąd tylko się urodziłem. No i od tamtego czasu również najlepszym przyjacielem.
 - To bardzo miłe. Fajnie mieć kogoś tak bliskiego.
 Artemis uśmiechnął się, a na jego białych zębach odbiło się światło księżyca.
 - Tylko czasami jest... Przewrażliwiony na moim punkcie.
 - Na pewno – odpowiedziałam, również szczerząc zęby. Pomyślałam o wszystkich naszych wspólnych przygodach – Jak sądzisz, co teraz chodzi mu po głowie.
 - Nawet nie chcę wiedzieć – zachichotał, a ja poszłam w jego ślady.
 - Twoja kolej – powiedziałam po chwili.
 - Oczywiście... Pamiętasz kiedy nazwałeś Minerwę złą czarownicą z zachodu? - Zapytał.
 - Jasne, że pamiętam – znowu się zaśmiałam. Ona naprawdę jest czarownicą! Nietrudno wyobrazić sobie ją jako złą, manipulującą innymi osobę. O wiele ciężej gdyby miała być kimś miłym...
 - Do kogo z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” byś mnie porównała?
 Podrapałam się po podbródku. Widziałam ten film tylko raz, kiedy Juliusz nam go włączył. Jeśli dobrze pamiętałam, to były tam tylko trzy lub cztery męskie, odgrywające ważniejszą rolę postacie.  Strach na wróble, Tchórzliwy Lew, Blaszany Drwal i Oz.
 - Na pewno nie strach na wróble – zastanowiłam się – myślę, że jednak masz mózg.
 - Mam taką nadzieję – zachichotał, a ja rzuciłam w niego maliną – kontynuuj – uśmiechnął się.
 To będzie ciężkie. Muszę kierować się tylko tym, co wie o nim Holinda.
 - Nie jesteś również lwem. Nie wydaje mi się, że brak Ci odwagi.
 - Skąd to wiesz? - Dociekał, robiąc wielkie oczy, tak jakbym właśnie popełniła błąd oceniając go. I gdybym go nie znała to pewnie by mnie przekonał.
 - Ocaliłeś dziewczynę z łap faceta-potwora. Później z nią rozmawiałeś, nawet gdyby chciała Cię pobić, albo coś.
 - Nigdy nie pomyślałem o tym, że mogłabyś mi coś zrobić – powiedział z pewnością.
 - Dzięki, staram się być miła. Ale wracając do mojego wyboru...
 - Właśnie... - Westchnął.
 - Blaszany Drwal również odpada.
 Gdyby Ogierek pobrał ten film ponownie, znów moglibyśmy się z tego pośmiać.
 - Och, naprawdę?
 - Oczywiście! Masz tam serce, nawet jeśli myślisz, że tak nie jest.
 Pod nosem wymamrotał coś, czego nie zrozumiałam. Ale nie miałam zamiaru pytać, o co chodziło.
 - Gdybyś go nie miał nie ocaliłbyś dziewczyny, której nie znasz. Nie zatańczyłbyś z nią, i nie wziąłbyś jej do tak specjalnego miejsca jak to, tylko po to, żeby z nią pogadać – zapewniłam go - Ktoś taki nie mógłby w ogóle żyć. No więc? Nie brzmi, jak Ty?
 - Raczej nie – odpowiedział – Są rzeczy, których o mnie nie wiesz.
 Oj, oj mój drogi, i tutaj się mylisz.
 - Artemisie są rzeczy, których nikt nigdy nie będzie o Tobie wiedział. Wszyscy tacy są. I wcale nie jesteś bez serca.
 - Dobrze więc – powiedział, wydawało mi się, że jest trochę weselszy. I oby tak było. Nienawidzę, kiedy jest smutny. - No więc? Kim jestem?
 Znowu zachichotałam na myśl o tym, kim mógłby być.
 - Oz, Toto i szef latających małp.
 - Wspaniały wybór! - Odparł baaardzo sarkastycznym tonem. - No taaak, kto nie chciałby być porównanym do psa lub latającej małpy?
 - Powstrzymałam chęć poprawienia go, że to był szef, a nie zwykła małpa...
 - Nic się nie martw – przestrzegłam go – Nie jesteś ani jednym, ani drugim.
 - Oz? - Zapytał z niedowierzaniem. - Podaj mi jakieś argumenty.
 - No więc... - Zaczęłam. - To zwykły facet, ukryty pod warstwami inteligencji, mądrości, obaw i pewności. Ma sekret, o którym nie może nikomu powiedzieć, ale chciałby, aby ktoś w końcu go odkrył. Daje innym rzeczy, dzięki którym Ci lepiej się czują. Aah, no i lubi mieć władzę, nie żeby coś – skończyłam, puszczając mu oczko.

c.d.n.

Rozdział 24 'Wschód słońca' cz. 1

 Cóż mogę Wam powiedzieć.. CZEŚĆ:)
Myślę, że powoli z tym będę jechać.. Powoli, ale systematycznie, może nie dziennie, bo czasem po prostu nic mi się nie chce, nawet siedzieć przy laptopie. W wolnym czasie w pracy będę coś tłumaczyć.. Po statystykach widzę, że tu jeszcze jesteście i czekacie wytrwale, na kolejną część.. Dziękuję Wam. Bez Was nie byłoby tego bloga i nic by mnie na nowo nie zmotywowało.. Jeszcze jedno - musicie mi wybaczyć, jestem osobą ze słomianym zapałem, trzeba mnie gonić do tego, abym nie przestawała.. I jeszcze znowu... Teraz części jednego rozdziału będzie trochę więcej, w oryginale są one bardzo obszerne, tutaj jedna część ma trzy strony w open'ie, za to Was muszę przeprosić, ale takie długie części strasznie mnie potem zniechęcały i nie potrafiłam się za to zabrać. Pozdrawiam Was gorąco i zapraszam:) (w konću, o Jezu!)


  O matko! Właśnie zgodziłam się na to, aby Artemis odwiózł mnie do domu. Żebym tylko znowu nie żałowała swojej głupoty..
 - Hej, zabierz ze sobą to – powiedziała Shry, podając mi swoją wizytówkę. Na czarnym papierze widniały informacje na temat jej sklepu, z koli na białym odwrocie precyzyjnym pismem zapisane były cztery numery – Nie zgub, w razie czego jesteśmy w kontakcie. Pierwszy to domowy, drugi komórkowy, trzeci prywatny i ostatni to kontakt do Mackenzie.
 - Dzięki – wyszczerzyłam zęby – Odezwę się do Ciebie później.
 - Mam nadzieję – odburknęła, jakby naprawdę się o mnie bała.
 - Do zobaczenia w hotelu – Julia pożegnała się z nami, mrugając znacząco.
 Artemis chyba zdawał sobie sprawę, że zaraz zacznę znowu nadawać i zanim otworzyłam usta, przerwał mi:
 - To jak? - Zapytał, wyciągając w moją stronę dłoń.
 To była moja ostatnia szansa, aby mu odmówić. Jakaś malutka część mnie nie chciała opuszczać tego miejsca, ale chęć wyjścia razem z nim przejęła nade mną kontrolę. Nie odzywałam się ani słowem po chwyceniu jego ręki i ruszeniu do drzwi.
 Kiedy w końcu dotarliśmy do przejścia prowadzącego do holu odwróciłam się i rozejrzałam ostatni raz. Zorza polarna. Niestety teraz widać było tylko wizualizację światła, która wyglądała jak to zjawisko.
 - Na pewno chcesz wyjść? - Spytał mnie ponownie.
 - Jasne – uśmiechnęłam się – Chodźmy.
 Artemis pchnął ciężkie drzwi i przepuścił mnie przodem. Te zamknęły się z ogromnym hukiem. Dziwne wrażenie. Jakbym nagle przeniosła się do innego świata – razem z zatrzaśnięciem odeszły wszystkie dźwięki, nie słyszałam nic. Jakby nurkowanie pod wodą, wrażenie pływaka wskakującego do wody.
 Nieważne. Teraz się zacznie. Sama tego chciałam. Jeśli będę cierpieć to tylko i wyłącznie z własnej winy. Artemis otworzył kolejne drzwi i wyszliśmy, a ja pozostawiłam wszystkie moje rozmyślania i wątpliwości za sobą w tyle.
 Adonis pojawił się przy przejściu.
 - Do zobaczenia Holindo, do widzenia panie Fowl.
 - Artemisie, jeśli mogę prosić.
 Strasznie zaskoczył mnie tym, co właśnie powiedział... Był taki miły. Normalnie przecież ucieszyłby się, że nie został znieważony. Zdumiewał mnie chyba po raz tysięczny tego wieczoru..
 - Dobrze Artemisie – Adonis wzruszył tylko ramionami – Holindo... Mam randkę ze Shry.
 Chyba myślał, że będę tym przejęta lub zdumiona... Ale przecież każdy, kto posiadał mózg i oczy mógłby to przewidzieć.
 - Lepiej, żeby wróciła cała i zdrowa..
 Albo mi się wydawało, albo jego ciało ciut zadrżało.
 - Możesz mi zaufać. Nie skrzywdzę jej.
 - Dobrze... Przynajmniej jest stąd.
 - Tak, to bardzo dobrze się składa
 Artemis nic nie mówił, stał w ciszy i czekał na mnie.
 - Musimy iść – powiedziałam do Adonisa.
 - Pewnie, nie będę zbierał Ci więcej czasu – odpowiedział i zerknął na Artemisa – Uważaj na siebie.
 Nie ufał Artiemu. I nie żebym go za to winiła. Jeśli bym go nie znała i spotkalibyśmy się w ciemnej uliczce bez zastanawiania się skręciłabym, wybierając inną ścieżkę. Żartuję, znając mnie pewnie przeszłabym obok niego dumnie, niczego się nie obawiając. Ale wiecie o chodzi, większość by zwiała.
 Odwróciliśmy się i już chcieliśmy ruszyć, kiedy Adonis ponownie się odezwał:
 - Artemisie, lepiej trakuj ją dobrze.
 Łał, to było wzruszajace. Czy na serio wszyscy myślą, że nie będę w stanie poradzić sobie sama? Może to przez te włosy... Pewnie dodają kilka punktów do karty „DAMA W OPAŁACH”.
 - Nigdy nie zrobiłbym jej nic złego – zapewnił go Artemis.
 Coś w jego twarzy musiało przekonać Adonisa, który skinął głową i odrzekł:
 - Dobrej nocy.
 Pożyczyliśmy mu tego samego i odeszliśmy. Artemis poprowadził mnie na sam środek parkingu.  Jedynym dźwiękiem, jaki dało się słyszeć był stukot moich obcasów.
 - To tutaj – powiedział.
 Oczekiwałam, że pewnie przyjechał tutaj swoim czarnym Lexusem, ale po raz kolejny musiał mnie zaskoczyć i kliknięciem odblokował zamki w czerwonym Ashton Martinie. Wow, Arty w czerwonym samochodzie. Kiedyś przypięłam mu łatkę: „jeździ tylko czarnymi i eleganckimi samochodami”.
Arty otworzył przede mną drzwi pasażera i przytrzymywał je, kiedy gramoliłam się do środka. Siedzenie było ciepłe, pokryte szarym welurowym materiałem. Dzięki Bogu, że to nie była skóra... W innym wypadku musiałabym wysiąść i iść do hotelu na pieszo. I tak szczerze wątpiłam, że Arty sam jeździłby samochodem, przy którego produkcji zginęło zwierzę.
 Delikatnie zatrzasnął moje drzwi i sam wsiadł do auta. Zablokował drzwi. Po chwili wepchnął srebrne kluczyki do stacyjki i je przekręcił, tym samym włączając silnik.
 - No cóż, to miła niespodzianka – skomentowałam.
 - Co masz na myśli? - Spytał i poprawił lusterko tak, aby mieć lepszą widoczność.
 - Spodziewałam się, że to będzie jakiś czarny wóz, z jakimś luksusowym skórzanym obiciem.
 Ku mojemu zdziwieniu zachichotał:
 - Taaak, wyglądam na takiego, prawda? Ale nie przepadam za skórę.. Jak to ekolodzy mają do siebie.
 - To tak jak ja.
 Zaśmiałam się na widok jego wyrazu twarzy.
 - Dobrze wiedzieć – odpowiedział, po czym wrzucił wsteczny i zaczął wycofywać – Więc jak bardzo chcesz wrócić do domu?
 - Zależy – pokonałam go jego własną bronią, wyszczerzyłam zęby.
 - Od czego? - Zażądał wyjaśnień i zmarszczył brwi... W bardzo atrakcyjny sposób. NIE. Nie mogę o tym myśleć.
 - Od tego, co Ty masz na myśli, oczywiście.
 Holly poszłaby za nim wszędzie. Ale teraz jestem Holindą. Holinda musi mieć trochę zahamowań.
 - Znam miejsce, w którym moglibyśmy zobaczyć wschód słońca.
 - Więc pytasz mnie, czy nie chciałabym się z Tobą tam wybrać? - Zapytałam, spoglądając przez przednią szybę. Nie mogłam na niego patrzeć. Po prostu nie.
 - Owszem. - Potaknął, lekko się uśmiechając. Na jego policzku wykwitł rumieniec.
 - Dobrze wiedzieć. Zgadzam się – potwierdziłam, sama się rumieniąc – Ale chyba nie masz nic przeciwko, jeśli zapytam, gdzie to jest dokładnie.
 - Oczywiście, że nie.
 - No to może odpowiedz – dociekałam, przez tą jedną chwilę było jak zawsze.
 - Zrobiłem to – uniósł kąciki ust, nie odwracając wzroku od samochodu przed nami.
 - GDZIE JEDZIEMY? - Byłam prawie obrażona, co za skończony głupek!
 - Niedaleko stąd – dał wymijającą odpowiedź i wzruszył ramionami.
 W końcu wydostaliśmy się z parkingu. Skręcił za rogiem i pojechaliśmy wprost przed siebie. Zrobił na mnie wrażenie, tym jak jeździł. Myślałam, że nie posiada zbyt wielkich umiejętności w tej dziedzinie... Ciągle zapominam, że on nie jest już dzieckiem... Chłopczykiem, który prawie zwymiotował na statku. Teraz wykonywał naprawdę dobrą robotę. Ale nigdy mu o tym nie wspomnę!
Kontynuowaliśmy jazdę przez kolejne pięć minut, potem wjechaliśmy na łuk, droga prowadziła w dół. Artemis znowu skręcił. W prawo. W PRAWO DO LASU. To było koszmarem każdej dziewczynki. Jak scena z filmu we wszystkich tych horrorach błotniaków, które oglądaliśmy z Wodorostem. Dwóch wjeżdża do środka i nikt nigdy nie jest ocalały. Taka droga bez powrotu. Oczywiście według mnie to jakaś totalna bujda na kółkach. Poza tym, do cholery, byliśmy już w tak niebezpiecznych sytuacjach, że wszyscy zdają sobie sprawę, że i tak byśmy z tego wyszli.
 Artemis zaparkował samochód, urywając moje głupie myśli i przywracając do rzeczywistości.
 - Jesteśmy na miejscu – oznajmił.
 Spojrzałam na niego i uniosłam brew. Nie byłam jakimś snobem, ale... Czy to serio miało być miejsce, do którego Artemis zabiera swoich przyjaciół?
 - Nie tu, tam za drzewami.
 - O. No to wyglądało trochę lepiej.
 Artemis wysiadał właśnie z auta, kiedy zadecydowałam, że nie dam mu wygrać tej gierki.  Otworzyłam drzwi i odpięłam pas, ale nim zdążyłam wyciągnąć nogi już był przy mnie. Nigdy nie był TAK szybki. No cóż, pewnie wyrósł ze swojego głupkowatego i dziecięcego zachowania.
 - Pozwól mi – poprosił i podał mi rękę.
 Przewróciłam oczami, ale chwyciłam jego dłoń. Pomógł mi wysiąść. Pierwsze, co odczułam po opuszczeniu samochodu to temperatura. Spadała. Brr. Owinęłam się rękoma. Chyba porozmawiam sobie z Julią na temat tych krótkich spódniczek w taką pogodę.
 I wtedy uświadomiłam sobie, że zostawiłam swoją kurtkę w klubie na krześle. ŚWIETNIE. Teraz zamarznę na śmierć. I kiedy tak melodramatyzowałam Artemis po prostu wyciągnął czarną marynarkę.
 - Weź – powiedział, próbując mi ją wręczyć.
 - Nie, dzięki – oddałam ją, chociaż nie pragnęłam niczego innego, jak tego okrycia. Pewnie wydawałam się szalona, kiedy odmówiłam, ale sam miał na sobie tylko koszulę i kamizelkę. Nie chciałabym, aby było mu zimno.
 - Trzęsiesz się. Weź marynarkę... Proszę – nie zauważyłam, że naprawdę drgam... Dopóki tego nie powiedział. Pewnie wrażliwość na chłód nie została usunięta przez pierścień. Muszę o tym pogadać z Ogierkiem...
 - Ni-nie – zaszczękałam zębami. Teraz miał stuprocentową pewność, że jest mi zimno. SUPER. (nie żeby przedtem jej nie miał) – Ty też potrzebujesz.
 - Nie, wcale nie – zapewnił mnie – Jestem przyzwyczajony do klimatu, który panuje w Irlandii. Ty z kolei, ani trochę.
 No i oczywiście w ogóle się nie mylił. Przyglądałam się jego twarzy i całemu ciału , poszukując jakichkolwiek oznak, że mu zimno, ale wyglądało na to, że rzeczywiście wcale tak nie było. Nie, żebym mogła temu ufać, bo dobrze wiem, jak Arty potrafi panować nad swoim ciałem.
 Myślałam nad tym chyba z minutę, ale nic innego nie mogłam zrobić.
 - Dz-dzięk-ki – odparłam, wsadzając ręce w marynarkę, którą Artemis przytrzymywał. Kiedy tylko pomógł mi ją nałożyć od razu poczułam ciepło. Oczywiście i tak nadal marzły mi nogi, no ale co takiego mogłam zrobić...
 Dyskretnie powąchałam materiał. Może i brzmi to dziwnie, ale byłam bardzo ciekawa. Ubranie pachniało mężczyzną. Zapach, który mój nos w ułamek sekundy rozpoznał. Woń wody kolońskiej, ciała i czegoś jeszcze... Ale sama nie wiedziałam, co to mogłoby być.
 - Musisz wybaczyć, ale nie mam żadnych spodni, które by na Ciebie pasowały – powiedział przepraszająco.
 - Wszystko okej. Jest w porządku – i naprawdę było. Na całe szczęście przestałam się trząść i mogłam normalnie mówić.
 - Ruszamy? - Zapytał ponownie.
 - Jasne – odpowiedziałam dumnym głosem.
 Znów wyciągnął rękę, którą pochwyciłam bez zawahania. Uśmiechnął się do mnie. Jakby myślał, że ma nade mną kontrolę. Przewróciłam oczami, a on prowadził nas przed siebie. Na szczęście, ziemia nie była zbyt kamienista. Szliśmy tak około pięciu minut. Otaczały nas gęste drzewa, aż ciężko było cokolwiek dojrzeć.
 W końcu doszliśmy na skraj. Przed nami rozpościerała się duża polana. Ależ tu było pięknie, nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego.

c.d.n.