Rozdział 14 'Czas przygotowania: Artemis i Butler' część 1

Dodaję notkę za Wilhelma, który nie ma za bardzo czasu przez obecną pracę.

 - Mówisz poważnie? - Zapytał Butler. Jego brwi były lekko uniesione i wskazywały, że jest naprawdę ciekawy.
 - Oczywiście, że tak - odparłem - Rzadko kiedy żartuję.
 Butler zaśmiał się, prawdopodobnie na wspomnienie tego, kiedy ostatni raz o tym rozmawialiśmy - To było prawdą, aczkolwiek teraz już nie za bardzo nią jest.
 Poczułem lekko kpiący uśmiech wypływający mi na buzię - Zmieniłem się.
 - Ogromnie - wyszczerzył zęby - W dużej mierze ze względu przez ludzi Cię otaczających... I Holly - Zawahał się przy ostatnim słowie, oceniając moją reakcję.
 - Tak, to dużo wprowadziło w moje nowe ja.
 - A jeśli już mówimy o Holly...
 Próbowałem powstrzymać westchnięcie, ale mi nie wyszło: - Co z nią?
 - Słuchaj Artemisie... Przez ten długi czas tak wiele między wami zaszło... Kiedy w końcu... Się zejdziecie?
 - Butler, zapewniam Cię, że jesteśmy tylko przyjaciółmi.
 - To niesamowite - powiedział kręcąc głową i drapiąc się w czaszkę.
 - Co? - Zapytałem zaciekawiony. Naprawdę, jeśli Butlera coś zdumiewało musiało to być również intrygujące.
 - Jesteś najinteligentniejszą osobą, jaką znam. W tym momencie, na kogoś tak mądrego - jesteś głupi. Na kogoś pomysłowego i wszechstronnie uzdolnionego - jesteś naiwny. Na kogoś, kto widzi wszystko - jesteś ślepy. Na kogoś, kto słyszy wszystko - jesteś głuchy. Na kogoś tak elokwentnego - jesteś durniem i nie potrafisz nic powiedzieć.
 - Wytłumacz to - zażądałem - Dlaczego jestem głupi, naiwny, ślepy, głuchy, durny i nie potrafię nic powiedzieć?
 - Głupi, ponieważ nie pojmujesz tego, co każdy chce Ci powiedzieć i czego chce Cię nauczyć. Nieważne, jak bardzo jest to łatwe w zrozumieniu - nie ogarniasz.
 - A czego chcecie mnie nauczyć? - Zapytałem z niecierpliwością.
 - Ślepy, bo nie widzisz tego, co tak naprawdę Cię dotyczy i jest wprost przed Tobą - kontynuował, jakby mnie w ogóle nie usłyszał - Głuchy, jako iż nie słyszysz tego głosu w swym sercu, który do Ciebie krzyczy, pyta, nie błaga, o odpowiedź.
 - Błaga? - Bądźmy szczerzy, Butler potrafi iść na całość, kiedy ma już dość tego, co chodzi mu po głowie.
 - Naiwny, ponieważ odrzucasz prawdziwe uczucia, nie mając żadnego doświadczenia. Durny, bo nie potrafisz wyznać, czego chcesz. Nawet z tym swoim słownictwem, nie umiesz się wyrazić.
 - Nie mam pojęcia, o czym mówisz - Wzruszyłem ramionami. I tak kłamałem.
 - Cholernie dobrze wiesz, że chodzi o Holly - odparł, uderzając dłońmi w moje biurko. Komputer lekko zadrżał, kiedy jego ręce zderzyły się z polerowanym machoniem.
 Przewróciłem oczami, nawet nie próbując ukryć mojego zniecierpliwienia i niedowierzenia - Dalej. Co w związku z nią? - Dopytywałem się, pocierając skronie.
 - Kocha cię, Artemisie - powiedział otwarcie. Poczułem, że serce bije mi szybciej, kiedy chciałem od razu zapomnieć o słowach, które wypowiedział. Nie mogłem myśleć o nich, jak o prawdziwej rzeczy. Nie ma mowy, żeby Holly lubiła mnie w ten sposób.
 - Artemisie... O czym myślisz?
 - Że się mylisz, stary przyjacielu.
 - Jesteś pewny, że to właśnie zaprząta Ci głowę? - A niech Cię szlag, Butler. Przez te wszystkie lata znajomości wie, jak odbierać i rozumieć moje emocje. Jasne, że to toleruję, ale w tym momencie musiałem się zastanowić nad tym wszystkim.
 - Jasne. A tak na marginesie: co Ty o tym sądzisz? - Zapytałem z tonem, który wyrażał, że nie jest to dla mnie najważniejsze.
 - Nieźle, Artemisie - zaśmiał się, opierając się o biurko - Ale niech będzie, to jedyna szansa, jaką mam. Myślę, że czujesz to samo, ale się boisz.
 - Boję? - Byłem oburzony. Fowlów nie zastrasza nic. A szczególnie mnie - Nie przeraża mnie nic. A już na  pewno nie Holly.
 - Oczywiście, że nie - odpowiedział Butler, przewracając oczami. Był za bardzo przyzwyczajony do mojej złości, aby teraz się nią przejmować. Kiedy byłem młodszy miewałem napady złości. To, jak zachowywałem się teraz było miodem - Nie, nie. Masz rację - Niestety, sarkazm, i naprawde twierdził, że się mylę. Ale ja nigdy nie popełniam błędów.
 - Ta - wymamrotałem, zwracając z powrotem uwagę na wyświetlacz ekranu komputera - Hm. Chyba powinienem... Powinniśmy się zacząć przygotowywać.
 - Na? - Zapytał zdezorientowany.
 - Idziemy do klubu.
 - Poważnie? - Znowu zadał pytanie, a jego usta się otworzyły. Deja vu. Znowu o tym rozmawiamy, ale w sumie nie jest źle. Zapowida się wręcz komicznie.
 - Naprawdę nusimy to powtarzać? - Westchnąłem - Nie żartuję.
 - Teraz owszem - poprawił mnie.
 - Prawda - odpowiedziałem z kpiącym uśmieszkiem - Ale nie nabijam się, jeśli chodzi o wyjście dzisiejszego wieczoru.
 - Dobra. Zaciekawiłeś mnie. Dlaczego chcesz to zrobić?
 - Po pierwsze - tata będzie zadowolony, a po drugie - dowiem się więcej o Holindzie Briefs.
 - Oczywiście. Tylko dlatego to robisz - powiedział z niedowierzeniem.
 - Tak.
 - Więc czemu nie zaczynasz się przygotowywać?
 - Szukam tutaj czegoś - powiedziałem, przeglądając stronę SKR.
 - To jest? - Zapytał - I czemu to tak ważne?
 - Właśnie tego próbuję się dowiedzieć.
 Butler stał przez chwilę cicho, próbując zrozumieć o co mi tak właściwie chodzi. Ciągle wpatrywałem się w ekran, przewijałem stronę chcąc znaleźć jakieś pogłoski na temat Holly i Kłopota. Ale jedyne informacje, na ktore udało mi się natrafić były na temat ich ostatniego sukcesu w jakiejś sprawie. Żadnych sprywatyzowanych newsów i czułem się coraz bardziej sfrustrowany. I oczywiście artykuły nie wspomniały o osobie, która im pomogła. Nigdy. Spojrzałem na zegarek w rogu komputera. Wskazywał 20.30.
 Westchnąłem - Chyba muszę się za siebie zabrać - Wstałem i rozciągnąłem odrętwiałe kończyny. Siedzenie przy komputerze przez cały dzień nie jest zbyt zdrowe. Przynajmniej nie dla mnie. Jutro trochę pozajmuję się jazdą.
 - Racja. Chyba też to zrobię - dodał Butler, kiedy podnosił swoje gigantyczne ciało z krzesła - To znaczy, jeśli naprawdę mówisz poważnie.
 - Mówię poważnie - odparłem, kiedy opuszczałem pokój. Z trudem wspiąłem się po schodach i wszedłem do mojego pokoju. Przeciągnąłem przesuwane drzwi prowadzące do garderoby.
 Przekroczyłem próg i rozejrzałem się po ciuchach, które wisiały wokół mnie. Było tu pełno garniturów, elegenckich spodni róznego kroju w kolorach od szarego do czarnego. Były również gustowne koszule w różnych odcieniach. Ujrzałem również mokasyny i inne szykowne buty. I wtedy coś do mnie dotarło. Nie mialem pojęcia, co ubrać do klubu, bo nigdy w nim nie byłem. Chyba potrzebowałem czyjejś pomocy.
 W miejscu, w którym otrzymam jej więcej niż kpiny czy drażnienia. Julia wiedziałao ciuchach najwięcej, ale jej tu nie było. Rownież ojciec i Butler byli poza zasięgiem. Tata zbyt bardzo przejmował się moim życiem społecznym i gdyby dowiedział się, że nie mam o czymś pojęcia natychmiast by to sprostował. Butler powiedziałby coś w stylu tego, co mówiła zawsze Holly, gdyby go o coś poprosił.
 Miałem wybór pomiędzy pięcioma osobami: bliźniakami, Ogierkiem, mamą lub Holly. I niezależnie kogo bym zapytał i tak byłoby to kłopotliwe. Po pierwsze, chłopcy... W ogóle nie wiedzieli nic o klubach. I to lepiej dla nich. Chociaż Beckett ciągle stykał się z kulturą pop. Z drugiej strony, oni najmniej mnie stresowali. Wziąłem głęboki wdech i szybko zapukałem do drzwi. Stanęły otworem, ukazaując eksperymentującego Mylesa.
 - Cześć - powiedzialem, rozglądając się za Beckettem. Skrzywiłem się, widząc nieporządek po stronie Becketta. W przeciwieństwie do Mylesa, który miał nieskazitelnie czyste stanowisko. W końcu dostrzegłem, że po drugiej stronie coś się rusza - O, tutaj jesteś, Beckett.
 - Artemisie, skąd wiedziałeś, że to ja?
 - Doświadczenie - uśmiechnąłem się - Zbyt dobrze Cie znam, aby nabrać się na takie łatwe sztuczki.
 - Cześć Artemisie - wtrącił się Myles, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Pod wieloma względami bardzo przypominał mnie samego. Mam nadzieję, że nie popełni takich błędów, jakie zrobiłem ja.
 - Heeej, Atemisie! - Dodał Beckett, kiedy w końcu uświadomił sobie, że zachował się nieodpowiednio. Uśmiechnął się do mnie, kiedy próbował założyć swoje blond włosy do tyłu - Coś się stało?
 - Nic - odparłem, przewracając oczyma przez ten głupi slang.
 - Słyszeliśmy, że gdzieś się wybierasz - dodał Myles. Nie byłem zadowolny, że newsy rozchodzą się tak szybko. Z innym geniuszem w jednym domu musiałem być bardzo uważny. Chociaż z drugiej strony Butler mógł powiedzieć im przez przypadek. No i jeszcze jeden aspekt - uczyłem się, jak działa prawdziwa rodzina.
 - Owszem - przyznałem, walcząc z rumieńcem, który wypływał na moją twarz.
 - Tak czy siak, czemu to robisz? - Zapytał Myles, jakbym właśnie popełnil przestępstwo. Chociaż z jego myśleniem wcale nie byłoby to coś zadziwiającego.
 - Zrozumiesz to, gdy będziesz starszy - obiecałem, patrząc na niego z czułością. Lepiej, żeby doświadczył życia zanim pojawią się dziewczyny i dojrzewanie, i zaczną komplikować wszystko.
 - Sądzę, że moje IQ jest wystarczająco wysokie, aby to zrozumieć - powiedział sarkastycznie. Tak jak ja bym to zrobił - To nie może być trudniejesze niż fizyka kwantowa.
 Też tak myślałem zanim zacząłem dojrzewać. Wtedy do całego równania doszły dziewczyny i do tej pory nie mam pojęcia, jak je rozwiązać.
 - Twoje IQ jest większe niż wystarczające - poczochrałem jego kręcone, blond włosy - I powiem Ci coś, z mojego doświadczenia - jest to bardziej trudne niż fizyka kwantowa. Zrozumiesz to, kiedy będziesz w moim wieku.
 - Masz na myśli dziewczyny i dojrzewanie? - Zapytał Myles.
 - Może - odparłem, przeklinając jego blyskotliwość. Jak to ktoś powiedział: "geniusz jest wielkim dobrodziejstwem, ale zarówno i przekleństwem" - Czasem po prostu trzeba się oderwać.
 - Tak czy siak, co tutaj robisz? - Spytał tym razem Beckett. Zawsze przodował w zbieraniu newsów. I właśnie to go wyróżniało.
 - Prawdę mówiąc... Potrzebuję pomocy. Twojej, Beckettcie - powiedziałem, zaczynając nienawidzić siebe, że go o to proszę.
 - On? - Myles zaśmiał się - A po co Ci jego asysta?
 - Oł, Myles jest zazdrosny. Co mogę dla Ciebie zrobić, Artemisie?
 - Tak właściwie... - Zacząłem, ale wtedy coś mnie uderzyło: Co ja w ogóle robię? Chcę zapytać młodszego brata o pomoc? - Och, nieważne.
 - Nie, chciałeś zapytać. Dokończ to.
 - Ma rację, Artemisie - Myles potwierdził słowa brata. Również był bardzo ciekawy.
 - Dobrze - westchnąłem, wiedząc że mi nie odpuszczą - Wychodzę i nie wiem, co mam na siebie ubrać. Macie jakieś pomysły?
 - Pomysły? Wiesz, że mamy dopiero po cztery lata? - Zapytał Beckett.
  Myles przytaknął: - W ogóle nie mamy pojęcia. I na razie raczej nie możemy się tam wybierać.
 - Taaak, dzięki za wszystko - powiedziałem sarkastycznie, byłem na siebie wściekły, że zapytałem - Idę poszukać kogoś pomoże mi naprawdę.
 - Do zobaczenia Artemisie - bliźniacy zaskrzeczeli razem. Wyrzuciłem ręce w górę, kiedy wyszedłem. Młodsi bracie czasem potrafią być tak irytujący. A co ciekawe, kolejna osoba, do której mogę się zwrócic nie jest o wiele lepsza. Ogierek. Zapewniam, że to nie będzie zbyt przyjemne. Przeszedłem przez drzwi do swojego pokoju.
 Przekręciłem pierścień wokoło i podlączyłem do powerbook'a. Wysłałem do niego rządanie odbioru przychodzącej video rozmowy. Odpowiedział mniej-więcej po dwóch sekundach.
 - Cześć Błotny Chłopaczku - powiedział - Znowu do mnie dzwonisz.
 - To przez tą Twoją super osobowość - zażartowałem. (axaxax...)
 - Pewnie - przewrócił oczami - A teraz serio. Czego potrzebujesz
 - Czy to zawsze muszą być jakieś ważne cele? Nie mogę po prostu zadzwonić, żeby powiedzieć "cześć"?
 - Taa - odparł, machając lekceważąco ręką.
 - No dobra - przyznałem - Mam ukryte motywy.
 - Nigdy bym nie zgadł - sapnął Ogierek, jakby w podekscytowaniu.
 - Sarkazm odstaw na bok, albo zostawię Cię, żebyś siedział sobie tak w ciekawości.
 - Spróbuję. Wow, ale czemu akurat ja na zasługuję na to, aby mi powiedzieć.
 - Planowałem się gdześ wybrać i zastanawiałem się...
 - Nie. Wybacz, Arty, nie jesteś w moim typie - przerwał mi.
 - Dorośnij Ogierku - zaśmiałem się - Chciałem zapytać, czy byś mi nie pomógł.
 Ogierek złożył palce w pirmaidkę, a brudza przecięła jego czoło:
 - Zaciekawiłeś mnie.
 - Jak już powiedziałem, idę do klubu dziś wieczorem. Do Phenomu.
 - Oł - zaskrzeczał Ogierek - Mój mały Arty dorasta! Idzie na imprezę.
 - Tak - przytaknąłem zdenerwowany.
 - Ale to nie wyjaśnia, dlaczego potrzebujesz mojej pomocy. Potrzebujesz rady, jak przyciągać do siebie kobity?
 Zrozumienie ostatniego zdania zajęło mi chwilę. A kiedy to się stało wybuchnąłem śmiechem:
 - Jasne, jasne. Przecież masz w tym ogromne doświadczenie - wykrztusiłem.
 Ogierek mrugnał, ale nie skomentował:
 - Tak czy siak... Czego potrzebujesz?
 Wracaj na ziemię, trzeba w końcu kogoś poprosić. Znając Ogierka najprawdopodobniej nagrywał całą rozmowę. Nie było innej możliwości. A ja musiałem to z siebie w końcu wyrzucić. Wziąłem głęboki wdech i powiedziałem:
 - Nie wiem, w co się ubrać.
 Ogierek chwilę mi się przyglądał, jakby nie zrozumiał, co właściwie powiedzialem. Chwilę potem to on zaczął się głośno śmiać. Kiedy w końcu przestał jego twarz była czerwona - Wybacz Artemisie, to było po prostu zbyt śmieszne.
 - Tak, tak - odpowiedziałem urażonym tonem, ale również z zażenowaniem - A teraz, jeśli  już skończyłeś...
 - Racja, wróćmy do Twojego malutkiego problemu - powiedział i pogłaskał podbródek, jakby głęboko się zamyślił - A co Twoim zdaniem móglbyś na siebie włożyć?
 Poruszyłem się, czując dyskomfort. Wiedząc, co pomyślałby o moim wyborze, nie miałem zamiaru odpowiadać. Ale chyba wyczytał mi to z myśli:
 - Garniak? Serio?
 - Rozważałem to - przyznałem szczerze.
 - Wyśmialiby Cię w cholerę. Potrzebujesz czegoś... Zwyczajnego.
 - Nie posiadam takich rzeczy.
 - Ale możesz skądś je wytrzasnąć?
 - Co dokładnie masz na myśli?
 - Myślę, że jakieś ciemne, wąskie dżinsy i obcisła koszulka, która eksponowałaby mięśnie - o ile jakieś posiadasz... I trampki.
 - Dżinsy...? Trampki...? - Zapytałem, a usta same mi się otworzyły - Ty mnie w ogóle znasz?
 - Spójrz na to w ten sposób Arty. Chciałeś rady. Ja mówię: idź w czym chcesz, ale chociaż raz wyglądaj odpowiednio do sytuacji.
 - Ogierku, ale ja nie noszę dżinsów!
 - Wiem, ale raz już je na sobie miałeś. Wtedy w Berlinie, przy kradzieży obrazu.
 - I nienawidzę tego momentu ani trochę!
 - Wybacz Artemisie, ale nic więcej nie mogę zrobić. Twój wybór, co założysz.
 - Rozumiem - zapewniłem go - Na pewno ich nie włożę, ale dzięki za radę.
 - W porządku. Po to tu jestem. Aby zaspokoić kaprys człowieka - powiedział, przerywając połączenie. Muszę przyznać, z jednej strony miał rację.

Rozdział 14 'Czas przygotowania: Holly i Julia' część 2


 - Och, nie bądź taka - poprosiła - Musisz któreś wybrać - Od razu się zaciekawiłam. Mogłam zadecydować, które chcę. Wow, tylko nie takie, w których mogłabym się zabić.
 - Jedne z dwóch - powiedziała, podając pudełka. Jedno było duże, jasnoczerwone, a drugie małe, czarne.
 - Są jakieś szanse, że któreś z nich zawiera buty na płaskim obcasie? - Zapytałam powątpiewająco.
 - Niestety nie, Holly - Nie mogłam nic na to poradzić, ale wykrzywiłam twarz. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jaka była zawartość pudełek. Obraz absurdalnie wysokich szpilek zatańczył mi przed oczami - Nie są aż takie złe, no i możesz wybrać.
 - Ta, bo wybór na pewno sprawi, że będę czuła się lepiej - przewróciłam oczami.
 - A powinno.
 - Nieważne, po prostu je pokaż - zaczynałam się już denerwować.
 - Wiem, że uznasz to za... Moją własną decyzję - uśmiechnęła się.
 - Gdybym miała inny wybór - wymamrotałam
 - Holly, zawsze go masz - poprawiła mnie - Musisz jedynie wybrać odpowiedni.
 - Tak więc, kto teraz gada za bardzo jak Arty?
 - Tak czy siak - powiedziała - Zacznijmy. To numer pierwszy - Julia wyciągnęła but. Wiedziałam, że nigdy nie założę czegoś takiego. Była to para czarnych, migocących szpilek. Miały z 13 centymetrow wysokości.
 - Dalej - odparłam, momentalnie zapominając o tym, co przed chwilą widziałam. Następne były o wiele lepsze. Nawet w miarę takie, które mogłabym ubrać. Były to połyskujące, wysokie, czarne i skórzane (fałszywe) buty. Miały srebrny łańcuszek i pełen obcas, raczej wysoki.Wyglądały, jakby można było w nich chodzić, nie łamiąc przy okazji nóg.
 - Biorę te - powiedziałam siadając i wsuwając w nie stopy. Zaciągnęłam zamek. Buty sięgały mi do kolan
 - Wspaniały wybór - Julia przewróciła oczyma - Miałaś naprawdę wiele opcji, jak udało Ci się to zrobić?
 - Oddanie i talent - zachichotałam.
 - Także kiedy w końcu skonczysz się tym napawać... Będziemy musiały poświęcić trochę czasu na makijaż - uśmiechnęła się.
 Poczułam, jak ciepło mnie obleka. Makijaż. Nigdy go nie robiłam. Nie musisz go nosić, jeżeli nie jesteś Lily. Chociaż czasem nawet Vinyaya go robiła - okazjonalnie!
 - Nie chcę.
 - No proszę Cię. To Cię nie zabije.
 - Może. Powiedziałam, nie.
 - Ale dlaczego? - Zażądała wyjaśnienia.
 - Wtedy to nie będę ja, nie moja twarz. Lubię to, w jaki sposób wyglądam.
 - Holly, makijaż poprawia Twoją naturalną urodę - odparła - Jeśli to coś da to... Obiecuję, że będziesz wyglądała olśniewająco!
 - Nie jak klaun? - Zapytałam, próbując stłumić dziecięcy ton w moim głosie.
 - Oczywiście, że nie! - Powiedziała uspokajająco - Chodź i usiądź, wytłumaczę Ci, co mam zamiar zrobić.
 Klapnęłam na skraju krzesła.
 - Szczerze, pewnie myślałaś, że będę Cię torturować - wymamrotałam. Posłałam jej krótki uśmiech i pochyliłam się do tyłu, aby potrafić się zreaksować. Tego nauczyłam się podczas odnawiania magii. To śmieszne, że wszyscy myślą, że się boję. A ja po prostu nie lubię małych przestrzeni. Obcasy, makijaż, spódniczki i inne pierdoły są definitywnie dziwne. Pomijając fakt, że nie mam z nimi żadnego doświadczenia. Chodzi o to, że nie są dla mnie komfortowe i nie w mojej lidze.
 - Odchyl głowę i zamknij oczy - zastosowałam się do tego - Właśnie tak - pogratulowała mi, jak matka dziecku, które narobiło pierwszy raz do nocniczka - Na początku rzecz podstawowa - I odniosła się do swoich słów. Nakładała makijaż powoli, ale bardzo pewnie. Tłumaczyła każdy swój krok - No i... Gotowe - powiedziała - Spójrz.
 Otworzyłam oczy powoli i nerwowo. Ale byłam zaskoczona, kiedy się zobaczyłam. Dziewczyna w lustrze była piękna. Jasnozielony, błyszczący cień uwydatniał róznokolorowe oczy. Długie rzęsy były podkręcone, ciemne i tajemnicze. Jej usta wykrzywiły się w uśmieszku, wargi miała różowe i połyskujące. Skóra pobłyskiwała z każdym ruchem. Trudno było uwierzyć, że to ja - No... Nie-nieźle... - Zająknęłam się.
 - Wiem, wyglądasz świetnie!
 - Dzięki - powiedziałam, ściskając Julię.
 - Już, już - odparła klepiąc mnie po plecach - Teraz kolej na mnie.
 - No dobrze - powiedziałam, siadając na łóżku, kiedy ruszyła do łazienki.
 - Eee... Julia? - Zawołałam, kiedy tylko wyłączyła prysznic - Sądzisz, że on naprawdę się pojawi? - Wiedziała, kogo mam na myśli.
 - Nie jestem całkowicie pewna, Holly. Ale jeśli coś to dla Ciebie będzie oznaczało, prawdopodobnie tak.
 - Skąd to wiesz?
 - Mówiłam Ci, będzie chciał Cię sprawdzić. Z drugiej strony, ojciec dał mu naganę za ciąłe przesiadywanie w domu.
 - No dobrze - skinęlam do siebie głową.
 - Będziesz z nim rozmawiać, jeśli się pojawi? - Zapytałam. W jej głosie słychać było radość.
 - Może. Nie wiem - przyznałam - I jak, jesteś gotowa?
 - Spokojnie, za niedługo będę. Nie wolno popędzać perfekcjonistów - odparła. Przewróciłam oczami.
 Siedziałam w ciszy, czułam, że mogę odpłynąć. Kiedy już traciłam nad sobą kontrolę, drzwi łazienki stanęly otworem. Stała w nich Julia. Kręcone włosy opadały jej na plecy. Twarz podkreślały ciemne, dramatyczne oczy i jaskrawe usta.
 Jej ubiór był bardzo podobny do mojego. Miała ciemnozieloną mini. Na górę założyła czarną podkoszulkę, a na nią bolerko pod kolor spódniczki. Miała również identyczne buty, zza których wystawała część futbolowych skarpetek z zielonym kółkiem. Mogłam ją opisać jako ciemność mojej jasności i na odwrót. Kto był ciemniejszy, trudno było stwierdzić.
 - Jak wyglądam? - Zapytała, pozując.
 - Świetnie - zaśmialam się - Czuję, że głowy będą się za nami odwracały.
 - Holly, Holly, Holly. To robią normalne dziewczyny. Ja i moje przyjaciółki... Za nami łamią się szyje.
 - Czy właśnie nie o to chodziło?